Kokpit Kibice
Relacje na żywo
  • wszystkie
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Skoki narciarskie
  • Tenis

La Liga. Damian Kądzior: Trudne chwile zaprowadziły mnie tam, gdzie jestem

Damian Kądzior długo czekał na swoją szansę. Miał 25 lat, gdy został wybrany najlepszym piłkarzem 1. ligi. Od tego czasu jego droga to pasmo sukcesów. Został właśnie zawodnikiem Eibar, jedynym Polakiem w lidze hiszpańskiej.
Marek Wawrzynowski
Marek Wawrzynowski
Damian Kądzior WP SportoweFakty / Mateusz Czarnecki / Na zdjęciu: Damian Kądzior

- Czasem siadamy z żoną w naszym mieszkaniu przy dobrej kolacji i rozmawiamy o dawnych czasach. O tym jak nie było nas stać na obiad, bo od 6 miesięcy nie płacili. Może gdyby nie tamte doświadczenia, nie byłoby mnie dziś tu gdzie jestem? - zastanawia się Damian Kądzior.

Będzie jedynym Polakiem w Primera Division, jednej z dwóch najlepszych lig świata. Pasuje tam. Świetna technika, chirurgiczne dośrodkowanie, a przecież droga Kądziora do dużej piłki nie była łatwa. Ale też może powiedzieć, że ukształtowała jego charakter. Oto jego opowieść:

"Całe życie walczyłem o swoje. Byłem jedynakiem, ale rodzice nauczyli mnie, że nie ma nic za darmo. Jeśli chciałem coś dostać, musiałem mieć dobre oceny. Zdarzało się zresztą, że jeśli w szkole coś szło nie tak, mama zabraniała mi iść na treningi. Wiedziała, że nie ma dla mnie większej kary. Ale wtedy tata wkraczał do akcji i zawsze jakoś to udało się załagodzić. Tata mówił, że gdybym nie poszedł na trening, to nie byłoby to sprawiedliwe, taka kara byłaby krzywdząca, niesprawiedliwa. Ale na pewno wiedziałem, że muszę się dobrze uczyć. I tak było.

Trening z ojcem to rytuał

Kocham trening. Gdy złamałem nos w meczu z Hajdukiem, dostałem 5 dni wolnego. Wróciłem do Białegostoku. Trenowaliśmy z tatą dwa razy dziennie. To nasz rytuał. Odkąd pamiętam, trenujemy razem. Siódma rano, pada deszcz, a my już wchodzimy na boisko. Jak przyjeżdżamy na święta, moja żona, mama i babcia przygotowują od rana jedzenie a my z ojcem idziemy na trening. W lato trenujemy na Grabówce, to teraz klub mojego ojca. Ćwiczę precyzyjne dośrodkowania, stałe fragmenty gry, rzuty wolne nad murem (ustawiamy bramkę 2x5 metrów), a więc pracuję nad swoimi atutami.

ZOBACZ WIDEO: #dziejesiewsporcie: najpierw gol, a potem salto. Zobacz wyjątkową "cieszynkę"

On też był piłkarzem, grał w Jagiellonii, ma na koncie 6 spotkań w Ekstraklasie. Pewnie mogło być więcej. Kiedyś nie wyszedł na boisko, zagotował się, powiedział kilka słów za dużo... i tak krok po kroku jakoś ta jego kariera się skończyła. Myślę, że gdybym dołożył jego szybkość do mojego repertuaru, to bym był dużo wyżej niż jestem. Ale przecież nie ma na co narzekać.

Dostałem dar od Boga - moją lewą nogę. Resztę musiałem wypracować, żeby ten dar nie poszedł na marne. Nigdy nie powiem, że tata realizuje jakieś swoje ambicje, bo to nasza wspólna droga. On jest moim przyjacielem i najlepszym trenerem, jakiego miałem. Nie tylko dlatego, że jest fachowcem, ale też trenerem, który zrobi wszystko dla mojego dobra, mogę być tego pewien.

Zresztą na pierwszy trening zaprowadziła mnie babcia, gdy rodzice byli we Włoszech. Mój ojciec kochał futbol, moja mama również polubiła, ja się wychowałem w piłkarskiej rodzinie. Miałem 12, może 13 lat, gdy grałem z ojcem w drużynie seniorów w beach soccera, w futsalu. Przebieraliśmy się w jednej szatni, razem wychodziliśmy na boisko. Gra w piłkę zawsze była dla mnie czymś tak bardzo naturalnym, częścią mnie.

Może dlatego nigdy nie zwątpiłem. A przecież było pełno takich momentów, że mogłem. Choćby wtedy gdy miałem 18 lat i złamałem kość w stopie. To typowa kontuzja wynikająca z przetrenowania. Przez trzy miesiące nie mogłem chodzić. Na szczęście Piotrek Wołosik (dziennikarz "Przeglądu Sportowego") pomógł mi zorganizować operację u doktora Urbana. Druga stopa była narażona na złamanie więc od razu i ją zoperowano. Na szczęście poza tym kontuzje mnie omijały. Co nie oznacza, że od tej pory miałem łatwo. Jako 21-latek przeszedłem do Motoru Lublin. Wszystko wyglądało nieźle, ale nagle w klubie przestali płacić. Przez 6 miesięcy nie dostałem pensji.

Klub dawał jedynie tysiąc złotych na wynajem mieszkania. Musieliśmy dołożyć od siebie po kilkaset złotych na głowę, bo jednak mieszkanie to musi być pewien komfort. Dom jest tym miejscem, gdzie musisz się czuć dobrze. Wydatki były, a oszczędności szybko zaczęły topnieć, mama przysyłała jedzenie z Białegostoku, pomagała też rodzina dziewczyny, a obecnie już żony. Głupio tak być w wieku 20 lat na utrzymaniu rodziców, nie móc czasem zabrać dziewczyny na obiad, ale też te chwile spędzone w Lublinie nauczył nas szanować to co mamy, nie szastać. Nauczyliśmy się wtedy, że kupujemy to co potrzebne.

Droga na szczyt

Po powrocie do Jagiellonii znowu nie dostałem szansy, więc pojechałem do Dolcanu. Tam trener Darek Dźwigała pchnął mnie do przodu, stałem się lepszym piłkarzem. Zresztą zawsze miałem szczęście do trenerów. Dźwigała, Dominik Nowak, Marcin Brosz, Nenad Bjelica - ze wszystkimi mam dobry kontakt. Michał Probierz? (Nie dał szansy Kądziorowi w Jagiellonii, a potem doprowadził do zerwania jego negocjacji z Cracovią) Nie mamy problemu. Rozmawialiśmy, wszystko wyjaśniliśmy. Szanuję go jako trenera, doceniam jego wyniki i nie powiem złego słowa.

Wracając do Dolcanu, wszystko szło dobrze, aż któregoś dnia, z dnia na dzień, powiedziano nam: "To koniec, gasimy światło". I wtedy zgłosiły się Wigry Suwałki. Prezes Mazur dał mi naprawdę dobrą umowę. Sporo się wtedy zmieniło.

Myślę, że w Suwałkach zrozumiałem, że jestem naprawdę dobry. W sezonie 2016/17 strzeliłem 14 bramek, zaliczyłem 16 asyst, pobiłem chyba wszystkie rekordy, wygrałem klasyfikację kanadyjską, nagrodę dla najlepszego zawodnika 1. Ligi. To był przełom dla mnie. Zaraz poszedłem do Górnika, gdzie trener uznał, że nie ma co czekać i od razu rzucił mnie na głęboką wodę. Potrzebowałem kilku meczów, żeby się rozkręcić, ale potem poszło już dobrze. U trenera Brosza nauczyłem się innej piłki. Gra w defensywie, szybkie wyjście, szybkość podejmowania decyzji. Przestałem być piłkarzem jednowymiarowym, zrobiłem ogromny postęp. Po dobrym sezonie wjechałem do Chorwacji. Może nie jest to popularny kierunek, ale razem z moim agentem (Kamil Burzec - red.) bardzo dobrze to przemyśleliśmy.

Jechaliśmy do Nenada Bjelicy, a więc trenera, który mnie dobrze znał z Ekstraklasy. Do tego jechaliśmy do niezłej ligi i mocnego klubu, który gra w Europie. Same plusy. Dzięki temu zrozumiałem jak to jest zdobywać trofea. Po dwóch latach uznałem, że czas na kolejny krok.

Zagrać przeciwko najlepszym

Eibar był bardzo konkretny. Chciał mnie trener, chciał mnie dyrektor sportowy, gdy przedstawili mi analizę mojej gry, zrozumiałem, że śledzą mnie od dawna, obserwowali mnie jeszcze w czasach Górnika Zabrze. To zrobiło wrażenie. Ale też to, że jestem w bardzo specjalnym miejscu. Hiszpania to kraj futbolu, a w Kraju Basków gra aż 5 drużyn z La Liga (Athletic, Real Sociedad, Eibar, Alaves, a także Osasuna, która jest częścią Nawarry, regionu historycznie należącego do kraju Basków - red.)

Miałem trzy dobre oferty (jeszcze z Arminii Bielefeld i PAOK Saloniki - red.), było też spore zainteresowanie z dobrych lig, właściwie wszystkich czołowych poza angielską. Pewnie najlepiej zarobiłbym w Turcji, ale uznałem, że potrzebuję jeszcze wyzwania sportowego. Wciąż mogę się rozwijać sportowo. Mam 28 lat, ale czuję się znacznie młodziej. Może to kwestia późnego dojrzewania. Kiedyś, gdy miałem problemy z nogami, zrobiłem sobie badania i okazało się, że biologicznie jestem młodszy o ponad 2 lata od moich rówieśników. Pewnie to spowodowało, że później wskoczyłem do dużej piłki, ale też wciąż się rozwijam i wcale nie mam zamiaru kończyć. Kto wie co by było, gdybym wyjechał do Hiszpanii mając lat 18, może już dawno by mnie tu nie było? Podchodzę do życia tak, że wszystko ma swoje miejsce i czas, a to co osiągnęliśmy wynika ze zdarzeń w przeszłości.

Na razie odchodzę zawsze w sytuacji gdy czuję, że osiągnąłem tyle, ile mogę. Z Wigier Suwałki jako najlepszy zawodnik 1. Ligi, z Górnika Zabrze po znakomitym sezonie (15 punktów w klasyfikacji kanadyjskiej), w Dinamie Zagrzeb po dwóch tytułach mistrzowskich i po dwóch zwycięstwach w klasyfikacji najlepszych asystentów. Zagrałem w Lidze Europy, w Lidze Mistrzów, dotknąłem dużej piłki.

Czas na większe wyzwanie. Hiszpania to marzenie. Chciałbym zagrać przeciwko Realowi Madryt, Barcelonie, Atletico. Na razie trenuję i czuję, że daję radę. Mój cel to wywalczyć miejsce w składzie, zdobywać teren krok po kroku, a potem zobaczymy.

Kadra narodowa? Na razie mój licznik zatrzymał się na 4 meczach. W ostatnim, w którym zagrałem, strzeliłem bramkę. Grając w Eibar, będę mieszkał w Bilbao, z widokiem na stadion San Mames. W 2021 roku Polska zagra tu na EURO 2021 z Hiszpanią... kto wie, co się wydarzy".

Mecz 1. kolejki Primera Division SD Eibar - Celta Vigo w sobotę o godz. 16:00. Transmisja w Canal+ Premium.

not. Marek Wawrzynowski.

ZOBACZ Nenad Bjelica: Kądzior dostał to, na co zasłużył

ZOBACZ Premier League najbardziej polska od lat

Czy Damian Kądzior da sobie radę w Hiszpanii?

zagłosuj, jeśli chcesz zobaczyć wyniki

Polub Piłkę Nożną na Facebooku
Zgłoś błąd
WP SportoweFakty
Komentarze (1):
Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
×
Sport na ×