Kokpit Kibice
W lustrze jest już ktoś inny
WP SportoweFakty / Mateusz Skwierawski / Na zdjęciu: Jan Furtok
Mateusz Skwierawski Mateusz Skwierawski

W lustrze jest już ktoś inny

Najpierw nie zamknął bramy wjazdowej. Pomylił godzinę mszy. Ostatnio zobaczył siebie w lustrze i zaczął przeklinać. Jan Furtok, były reprezentant Polski, myślał, że to ktoś inny.

Oto #HIT2021. Przypominamy najlepsze materiały mijającego roku.

Starszy mężczyzna kręci się po pokoju, patrzy na stare zdjęcia drużyn piłkarskich. Wodzi po nich wzrokiem, przypatruje się po kolei wszystkim zawodnikom. Mówi coś po cichu do siebie. Jest wyraźnie podekscytowany. Szuka jednej postaci - chłopaka z  dłuższymi włosami z charakterystycznym gęstym wąsem. 

Najeżdża palcem na młodego zawodnika i nawet tego nie zauważa. Mija go tak co najmniej kilka razy. Jest w swojej świątyni, pokoju wypełnionym własnymi zdjęciami i wycinkami z gazet z tytułami artykułów, opisujących jego karierę. Czuje się nieswojo, błądzi. Nie wie, po co się tam znalazł i kto to w ogóle jest Jan Furtok, choć coraz głośniej powtarza to nazwisko.

Zaraz przy drzwiach wejściowych w domu Furtoków jest pokój z plakatami. Anna Furtok zawiesiła na ścianach zdjęcia męża z różnych etapów kariery. W ramkach są papierowe plansze zapowiadające mecze HSV z Gladbach i Karlsruher. Jest portret Jana Furtoka, jego zdjęcie z papieżem, zdjęcie, gdy śpiewał hymn z reprezentacją kraju. "Spieler des Monats Mai 1991" - tytuł piłkarza miesiąca od magazynu "Kicker". Wiele drużynowych fotografii z autografami graczy, z którymi napastnik występował w Niemczech.

- Tu - pokazuje żona. - Tu jesteś, zobacz - wbija palec w ścianę. Następne zadanie ma być dużo prostsze. - Pokaż Yeboaha - zachęca. 
Furtok reaguje szybko. Zadowolony ustawia się na wprost trenera.
- To nie ten, Jasiu. Yeboah, gdzie on jest?
- O, tu - Furtok bardzo chce go znaleźć. Próbuje jeszcze kilka razy. Od lat 90. dorosło już następne pokolenie, większość z tamtych graczy wygląda dziś zupełnie inaczej. Ale nie Tony Yeboah. On rzuca się w oczy od razu. W drużynie Eintrachtu Frankfurt to był jedyny czarnoskóry piłkarz. W dodatku siedzi obok Polaka z bujnym wąsem. 

Zaczęło się niewinnie

Kilka lat temu Anna Furtok jeszcze nie miała świadomości, że powtarzające się raz na jakiś czas dziwne sytuacje okażą się wkrótce przerażającą diagnozą. Niepokojące symptomy stawały się coraz bardziej wyraźne.  

Furtok, prowadząc auto, przestał zatrzymywać się na czerwonym świetle. To miała być miła podróż do domku letniskowego, tymczasem siedząca obok żona piłkarza prosiła, by zamienili się miejscami.

Były sportowiec zaczął gubić rzeczy. Nawet w domu potrafił zapodziać butelki z piwem. Wziął z lodówki jedną, odłożył na parapet, poszedł po następną. Drugie piwo zostawił w pokoju na kredensie i nie mógł znaleźć. Trzecie też gdzieś zapadło się pod ziemię.

Takie drobnostki się mnożyły. Po przyjeździe z pracy, z GKS-u Katowice, Furtok nie zamknął bramy wjazdowej przed domem. Innym razem zostawił w samochodzie otwarte drzwi. Auta nie zamknął również pod galerią handlową i skradziono mu służbowego laptopa. 
Pewnej nocy pani Anna obudziła się, męża nie było. O godzinie 4 wziął na smycz Korsę i poszedł z nim do lasu. Żonę piłkarza zaczepiła też sąsiadka. - Ania, bo Jasiu z pieskiem do kościoła poszedł - usłyszała. 

Furtok zaczął mylić godziny mszy, a do kościoła chodził co niedziele od lat. Przychodził w innych porach, a później mówił do żony z lekką pretensją: "Wycyganili mnie, zamknięte drzwi mieli".

Profesor zajmujący się przypadkiem Jana Furtoka stwierdził, że choroba zaczęła rozwijać się dużo wcześniej niż w 2015 roku. Wtedy sportowiec miał już postawioną diagnozę. Był po specjalistycznych badaniach psychologicznych, a poprzednie zdarzenia i uzyskane wyniki dały jednoznaczną odpowiedź - to postępujący alzheimer. 

Wyniszcza krok po kroku

Były napastnik reprezentacji i jeden z najlepiej grających Polaków w historii ligi niemieckiej jest nieuleczalnie chory. Alzheimer powoduje otępienie, atakuje mózg, który z czasem ulega zanikowi. Stopniowo, ale nieodwracalnie, odbiera pamięć i inne funkcje intelektualne, jak mowa czy orientacja w czasie i przestrzeni.

Sprawia, że chory traci wspomnienia, a szczególnie zapomina, co robił jeszcze kilka godzin wcześniej. W późniejszym etapie chory nie jest w stanie samodzielnie wykonywać najprostszych czynności życiowych - myć się, jeść, chodzić.

Na alzheimera choruje ponad 50 milionów ludzi na świecie. Statystycznie alzheimer zaczyna objawiać się klinicznie przed 65. rokiem życia (Furtok ma 59 lat), ale może dotykać osoby młodsze, nawet przed czterdziestką.

Błogi stan

Z pozoru wszystko wygląda normalnie. Jedzący makowca Jan Furtok sprawia wrażenie, jakby niedługo wcześniej wrócił z pracy na etacie. Jest starannie ogolony, do samej skóry, z pozostawionym celowo charakterystycznym wąsem. Włosy, choć nie tak bujne jak kiedyś, i już lekko siwe, ma zaczesane grzebieniem na bok. Może jedynie zakola przypominają, że czas nie stanął w miejscu.

Sylwetki pozazdrościłby mu niejeden były piłkarz z brzuchem. Jest wyprostowany, opalony, z widocznymi mięśniami na obu rękach. Na koszulce nieco odznacza się brzuch, ale daleko mu do nadwagi. Ubrany schludnie, jak zadbany emeryt nie martwiący się o wydatki. W klasyczne dżinsowe spodnie za kostki, ciemne skarpetki i klapki. Twarz ma radosną, momentami błogą. Sprawia wrażenie człowieka wyluzowanego, odciętego od jakichkolwiek obowiązków i rozterek.
Porusza się sprawnie. Nie kuleje, niczego się nie przytrzymuje. Wchodzi po schodach, siada, wstaje. Gdy słyszy, że jest w dobrej formie, uśmiecha się i napina bicepsy. Lubi siłować się na rękę ze znajomymi. Żona mówi, że mocy mu nie brakuje. 

Śmiech na dzień dobry

To nawet piękny obrazek: wesoły, starszy, zadbany "dziadek" żyje sobie po karierze na starych śmieciach. U siebie w Katowicach, na Kostuchnie, w dużym domu z ogrodem, co by pomieścił kilka rodzin. W tym miejscu rzadko jest cisza. Przychodzą znajomi, rodzina tylko się wymienia, biegają dzieci. Z ostatnich weekendowych odwiedzin został jeszcze rozstawiony na ganku grill z niedopalonym do końca brykietem w środku. Jan Furtok spaceruje po ogrodzie z rękoma splecionymi z tyłu. Tylko uchwycić moment, zrobić zdjęcie i wysłać znajomym z podpisem: "Jak u was? Bo u nas nudno, ciągle tylko odpoczywamy".

Wystarczy jednak kilka prostych sytuacji, by zauważyć, że coś w tym świecie z obrazka nie funkcjonuje. Na wystawioną dłoń Jan Furtok reaguje zdziwieniem. Na "dzień dobry" odpowiada śmiechem. Kilka minut siłuje się z bluzą, lecz nie potrafi złączyć suwaka z zamkiem. Przewraca go w dłoni, jeździ z góry w dół, patrzy, ale bluza ciągle pozostaje rozpięta. 

Rzadko przemieszcza się sam, raczej podąża za żoną jak cień. Siada, jeżeli wszyscy siedzą. Mówi półsłówkami. Najczęściej to, co przed chwilą usłyszał. - Jak papuga - porównuje Anna Furtok. Sam tylko się śmieje. Raz dłużej, raz krócej. I sam też tylko wie, z jakiego powodu. To jego sposób komunikacji z innymi.

Zostały tylko przebłyski

Są momenty, w których były reprezentant Polski zaskakuje. W niektórych sytuacjach odpowiada płynnie. - Ciasta jeszcze? - pyta żona. - Ja już pojodł - odpowiada. Rozpoznaje część zdjęć. "To jest to!" - widząc siebie po strzelonym golu podrywa się z miejsca i unosi ręce - jak na obrazku. Brązowy album z napisem "HSV" jest prawie pełny. Anna Furtok gromadziła fotografie męża przez lata. Czarno-białe zdjęcia podpisane z tyłu po niemiecku przedstawiają sceny z meczów i treningów. Furtok ma swoje określenia na różne sytuacje. Sprint z piłką nazywa: "szybko dawać". Strzał to: "buch i gol". Największym skarbem jest zdjęcie z Janem Pawłem II. Furtok pokazuje rękę, którą podawał papieżowi.
A później, jakby część historii w jego życiu zupełnie nie istniała, pyta nagle: "Co to?", sięgając do kartonu po proporczyk GKS-u Katowice. Klubu, w którym grał paręnaście lat, a później pracował jako trener, prezes, dyrektor sportowy.

Piłką żył w innym wcieleniu, teraz futbol jest dla niego czymś nowym. Jakby znowu pierwszy raz znalazł się na boisku. Ostatnio krzyczał "Polska gola!" podczas meczu siatkarzy. Czasem miewa przebłyski. Żona mówi, że nieraz sensownie zareaguje i powie: "tam graj", "tu biegnij".

Być cierpliwym

Od zawsze był duszą towarzystwa, bawił ludzi, z kolegami mógł gadać do rana. Dziś przysłuchuje się rozmowie. Co jakiś czas wybudza się z dłuższych chwil wyciszenia, wtrąca przypadkowe wyrazy. Głównie wtapia wzrok w stół. Siedzi spokojnie: dłoń trzyma na dłoni, jest obecny ciałem, lecz nie uczestniczy w dyskusji.

Ciasto je sam, rękoma. Miesza kawę. Wskazuje palcem półmisek, są tam małe plastikowe kartoniki. To sygnał, że trzeba mu pomóc, otworzyć i wlać śmietankę do kubka. Na naczyniu jest zdjęcie chłopca w stroju pirata. Furtok promienieje.
- Kto to, powiedz? - pyta Anna Furtok. 
- Łobuz - śmieje się.
- Nie łobuz! Jedyne dziecko, które grzeczne było. Wiaderko nosił, szmatkę i okna mył - droczy się żona. 
- A by go, by go - na twarzy sportowca widać czystą radość. Żona tłumaczy, że to wnuczek, a mąż chciałby go wyściskać. 
- Kto to jest, ten malutki? - drąży pani Anna.
- Malutki.
- Ale kto? Od Jacka, na literę O... - pomaga.
- Od Jacka.
- "Osss"...
- Oskar - odpowiada były piłkarz. 
- Tak trzeba z mężem rozmawiać. I być cierpliwym - przypomina żona Jana Furtoka. 

Zaczęłam zamykać drzwi

- Ze szkoły się znamy - opowiada. Troskliwa i ciepła kobieta, po której nie widać zmęczenia czy pretensji do świata. Choć tego nie okazuje, jej psychika musi być naciągnięta jak struna. Już ósmy rok czuwa nad mężem. Kto miał styczność z małym dzieckiem, wie, jak bardzo jest to absorbujące zajęcie. W tym przypadku skala wydaje się nawet większa. Od mniej więcej roku Anna Furtok zajmuje się mężem całą dobę. - Jak niemowlakiem - obrazuje. Jana Furtoka musi umyć, ubrać, przebrać, nakarmić, ogolić, położyć spać, obudzić. - Godzinę się trzeba gimnastykować, rano i wieczorem. A później jeszcze jest na mnie zły, bo mu skarpetki zabiorę. Mówię mu: no trzeba przebrać, ściągaj! - uśmiecha się. 

- Dwa lata temu było inaczej - mówi. - Nawet rok temu było lepiej. Chodził jeszcze do spożywczego koło nas, na grzyby. Później zaczęłam zamykać drzwi, klucze od auta też schowałam. Krzyczał wtedy, że umie jeździć, ale lekarz zapytał mnie wprost: chce mieć pani męża na sumieniu? - komentuje. - W tej chwili choroba postępuje, samego go nigdzie nie puszczę. Nie wiedziałby, gdzie jest - opowiada. 

Przypomina moment, w którym dowiedzieli się o chorobie. - Najpierw mąż chodził do neurologa. Dostawał tabletki, które nic nie dawały. Nie pasowało mi to i w końcu wybrałam się do tego pana - relacjonuje Anna Furtok. - Zapytałam lekarza, o czym rozmawiają na wizytach, czy on zauważył, że Jasiu traci pamięć. Gdy powiedziałam, co mąż robi w domu, skierowano nas do innego specjalisty. On nie był nawet w stanie dogadać się z Jasiem, musiałam mówić za męża. Dobrze, że dali go szybko na oddział. Po wszystkich badaniach mąż zaczął przyjmować lekarstwa na spowolnienie choroby - opowiada Anna Furtok.

Szukał piłki

Na początku były piłkarz chodził na rehabilitację. Nie chciał jednak wykonywać ćwiczeń, na przykład podnosić rąk czy przewracać się na drugi bok w łóżku. Nie słuchał personelu.

- Rok temu woziłam go na trzy godziny do ośrodka psychiatrycznego na zajęcia grupowe - kontynuuje pani Anna. - Byli tam ludzie po udarach, wylewach. Mieli fajne zajęcia: fizyczne i zręcznościowe. Na przykład malowali kółka na kartce papieru, co pobudzało mózg do pracy. Mąż chodził do ośrodka kilka miesięcy i był jakby spokojniejszy. Lubili go, wszystkich rozweselał, ale rozwalał paniom zajęcia. Nie robił tego, o co go proszono. Wolał kopać piłkę po sali albo ciągle jej szukał. Pani powiedziała w końcu, że niestety, Janek nie może już przychodzić, bo mają rozpisane zajęcia na cały miesiąc i nie zrealizują planu - opowiada Anna Furtok.

Żona piłkarza sprawdzała wszystkie możliwe miejsca, do niedawna jeszcze wierzyła w odwrócenie sytuacji. - Sąsiadka mówiła, że w Siemianowicach Śląskich cuda robią, że leczą z alzheimera. A wie, bo od niej z rodziny ktoś miał. No to się zgłosiłam. Przeprowadzili z mężem rozmowę, zrobili ćwiczenia. Powiedzieli: "W tym przypadku jest tak zaawansowane stadium, że nie da się pomóc". A lekarstwa, które mąż bierze, są najlepsze - komentuje żona byłego piłkarza.  

Opowiada, jak wygląda przykładowy dzień w ich domu. - Wstaję pierwsza, idę po bułki koło nas. Mówię do męża, żeby jeszcze poleżał. Zamykam drzwi - tłumaczy.

Generalnie jednak bez męża się nie rusza, choć raczej nie może liczyć na jego pomoc. W markecie Jan Furtok myli wózki. Gdy spuści się go z oka, przejmuje te z cudzymi zakupami. 

- Mówię, by spakował coś do worka, to nie chce. Trzeba stać koło niego, pokazywać dokładnie, wtedy powtarza. Patrzy, co ja robię, i naśladuje. Czasem coś pomoże przy krojeniu. Muszę do niego mówić głośno, żeby wiedział, że to nakaz. Zauważyłam, że gdy zwracam się normalnie, ściszonym głosem, to nie reaguje - opowiada. - Nie odpuszczę mu. Nie pozwolę, żeby mu się już całkiem odechciało - dodaje. 

Jasiu, rozumiesz?

Strzelca 60 goli w Bundeslidze żartobliwie określa "leserkiem". Poklepując go po brzuchu, sugeruje, że zaraz przytyje. - Mamy rowerek w domu, ale mąż jedzie dwie minuty i koniec, nie chce mu się. Nie skosi trawy, bo powie, że nie umie - wymienia. - Coraz więcej rzeczy trzeba robić za niego - komentuje żona piłkarza. A Jan Furtok chyba rozumie, bo mu się to nie podoba - wzdycha i krótko nuci jakąś melodię. 
Trudno poznać, czy wie, że od kilkunastu minut żona opowiada o jego chorobie. 

- Panie Janie, o czym mówimy? - Anna Furtok obejmuje męża.

On się śmieje. - Co? - pyta.

- O tobie godomy! Wspominamy, jak z Orłami Górskiego na mecze jeździłeś. Później z Ryszardem ze spółdzielni mieszkaniowej graliście. Z old boyami żeś jeździł, kawał świata żeś widział chopie!

Herr Furtok

Rekord 20 goli Furtoka w niemieckiej lidze pobił dopiero Robert Lewandowski. Napastnik z Katowic przez 22 lata był najskuteczniejszym polskim piłkarzem w historii Bundesligi. W sezonie 1990-91 o jedną bramkę wyprzedził Furtoka gracz Bayernu - Roland Wohlfarth - i to on został królem strzelców. Mimo to "Kicker" wybrał Polaka najlepszym napastnikiem tamtego sezonu niemieckiej ligi.

Furtok po jedenastu latach gry dla GKS-u Katowice został kupiony przez HSV Hamburg. Po pięciu sezonach trafił do Eintrachtu Frankfurt. Tam po dwóch latach poprosił o rozwiązanie kontraktu. Stwierdził, że nie prezentuje już formy odpowiedniej na Bundesligę. Wrócił do kraju, do GKS-u. W niemieckiej lidze rozegrał prawie dwieście meczów. W reprezentacji Polski 36 spotkań (strzelił w nich 10 goli).

- Pamiętasz, Jasiu, jak żeście NRD ograli? Jedną czy dwie strzeliłeś?
- Dwie - odpowiada z automatu.
- I cię z mamy urodzin od razu zabrali. Przyjechałeś się tylko przywitać ze mną i z dziećmi i wzięli cię do Hamburga. Tak było - wspomina Anna Furtok. - Tak było - powtarza były piłkarz. 

Kobieta rozwija plakat młodzieżowej reprezentacji. Mówi, że w ten sposób pobudza męża, ćwiczą tak pamięć. Na zdjęciu między innymi Wdowczyk, Dziekanowski, Tarasiewicz, Kazimierski. - Waldek! - Furtok pokazuje na Matysika. Trzy sezony grali razem dla Hamburga, do dziś się przyjaźnią. - Mąż dał synowi Jacek na imię, od Kazimierskiego. Nie chciałam tego słyszeć w szpitalu. Ale zostało - puszcza oko Anna Furtok.

Żona wspomina: - Wtedy nie było takiego szału na piłkarzy, to byli normalni ludzie, żadne gwiazdy. Można było normalnie po ulicy chodzić, Niemcy zachowywali się bardzo życzliwie. Szaleństwo było w Katowicach. Janka zaczepiali przypadkowi ludzie, jak z ojcem na piwko wychodził. Byle kto podchodził, klepał po plecach i krzyczał: "Jasiu" - opowiada. 

Bardziej podoba się jej zachowanie Niemców. - Gdy jeździliśmy do Niemiec, nawet kilka lat temu, to obojętnie gdzie - na lotnisku, na granicy - wszyscy Janka rozpoznawali. Traktowali z ogromnym szacunkiem, prosili o zdjęcie. Byli bardzo serdeczni. "Herr Furtok" mówili.

- Herr Furtok! - śmieje się Jan.

- Szkoda tylko tej jednej bramki wtedy - mówi dalej pani Anna. - Zabrakło gola i by Jasiu został królem strzelców Bundesligi. Szło mu świetnie. On się nigdy sukcesami nie chwalił. Groł, bo groł - opowiada. 

Zero alkoholu

Piłkarz wyszedł z biedy. By pomóc rodzinie, kradł węgiel i żelastwo. W rozmowie z "Weszło" mówił, że mieszkali w dziewięć osób w jednym pokoju, a on spał w nogach. Gdy miał pół roku, jego ojciec zmarł po wypadku na kopalni. Podczas kariery Furtok żył po swojemu: palił papierosy, pił - raz więcej, raz mniej, przed meczami jadł golonkę, a później strzelał gole w czołowej lidze świata. Od pięciu lat nie pije w ogóle: ani wódki, ani piwa. 

- Zawsze był uśmiechnięty, prowokował żarty, podpuszczał - mówi Jan Urban. Trener Górnika Zabrze był z Furtokiem na stuleciu PZPN-u (grudzień 2019 r.). Przekonał się, że stan kolegi jest poważny, gdy Furtok nie mógł założyć garnituru. W te wakacje byli razem na otwarciu muralu napastnika w Katowicach. Trzymający go pod pachą Urban przemawiał w imieniu zawodnika.

- Trudno mi mówić teraz o Janku. To tak, jakbyśmy rozmawiali o kimś, kto zmarł. A Janek żyje - trener Górnika Zabrze markotnieje. - Fajnie, że jest, że mogę do niego podjechać, zobaczyć, uśmiechnąć się. Wcześniej jeszcze do siebie dzwoniliśmy, teraz bardziej z żoną rozmawiam, to złota kobieta. Trzeba być normalnym i pośmiać się z nim, bo co zrobić? Kto by się spodziewał, prawda? Przecież to zdrowy chłop, kawał byka - mówi Urban, który grał z Furtokiem w reprezentacji Polski. 

Kocha tańczyć

Może Furtok niewiele mówi, ale jest pierwszy do śpiewania i tańczenia. Furtokowie oglądają razem musicale czy "Taniec z gwiazdami". Sportowiec na samo wspomnienie się kołysze.

- Janek śpiewa z pamięci piosenki kościelne na mszach, i to bardzo ładnie - nawet pani Anna się dziwi. - W kościele jesteśmy w każdą niedzielę. Przestaliśmy tylko chodzić do komunii, bo mąż stawał przy księdzu i chciał z nim rozmawiać - tłumaczy. 

Zresztą Jan Furtok często śpiewa też z radiem. Najbardziej lubi "Dżem".

- Czerwony jak? Jak co? - zaczepia żona.

- Jak trzeba.

- Jak cegła! 

Jan się śmieje. Żona: - Jakby usłyszał melodię, to by wiedział, zaśpiewałby - dodaje.

Na niedawnym weselu rodziny nie schodził z parkietu.

- Zaczepiła mnie mama od pana młodego. Była zaskoczona, że Janek tak ładnie prowadzi. Prosta sylwetka, rusza się do rytmu, nie depcze! Ale się wtedy wybawił! Równo z tym koksem jedzie. Z niego tancerz zawsze był dobry. Ja tylko z mężem umiem tańczyć - śmieje się żona. 

Zabezpieczyć chorego

Profesor Konrad Rejdak, kierownik Kliniki Neurologii SPSK nr 4 Uniwersytetu Medycznego w Lublinie, tłumaczy, skąd takie zachowanie u piłkarza.

- Odlegle informacje nabyte sprzed choroby, szczególnie te, które przyswajamy długo i często, kodują się w mózgu i na ogół są pamiętane. To fenomen tej choroby - kojarzymy, co było wiele lat temu, a nie możemy sobie przypomnieć, co wydarzyło się kilka godzin wcześniej - mówi.
Radzi też, jak pobudzać chorego: - Angażować go w życie codzienne, zachęcać, by pisał na kartce zadania, które mógłby realizować. Generalnie jednak najważniejsze zadanie to zapewnić choremu bezpieczeństwo - komentuje. 

Jak twierdzi profesor, mając wiedzę o pewnych skłonnościach genetycznych w rodzinie, można opóźnić uaktywnienie się choroby, stosując odpowiednie zasady: zdrowy tryb życia, dietę, aktywność społeczną czyli kontakty międzyludzkie. Na mózg dobrze działa też nauka języków różnych obszarów kulturowych, nie tych podobnych. Z kolei rozwijanie alzheimera mogą przyspieszyć między innymi używki: papierosy, alkohol, narkotyki.

Furtoka "ręka Boga"

Przy długim stole w dużym pokoju jest naprawdę bardzo miło. Pani Anna staje na głowie, donosi ciasto, parzy kawę, pyta, czy podać szynkę, bo ma świeżą, swojską. Z szuflady wyjmuje rękawice Andreasa Koepke, znakomitego niemieckiego bramkarza. Wyciąga też reklamówkę z koszulkami. Czerwoną z numerem "9" Eintrachtu Frankfurt wkłada Furtok. - Pokazać "rękę Boga?" - proponuje i rozkłada na stole niebieską z herbem San Marino. W 1993 r. gol Furtoka ręką w tym meczu dał Polsce wygraną 1:0.
W atmosferze wspomnień nie da się wyczuć, że pani Anna bardzo się boi. - Mąż już zapomina, jak wnuki mają na imię. Mówi "ten" i pokazuje palcem. Przypominam: Leon, Anatol, Oskar. Lekarze powiedzieli, że Jasiu na przestrzeni kilku lat może zapomnieć wszystko. Jak wstawać, kim ja jestem - mówi. 

To nie pierwszy przypadek alzheimera w rodzinie Furtoków. - Pamiętam, jak to było z teściową. Mama Jasia mieszkała u brata męża, na wsi w domu. Sześć lat leżała, zapomniała, jak się chodzi. Jeździła na wózku inwalidzkim, nie wiedziała, kto ją odwiedza, nie poznawała nas - opowiada Anna Furtok. - Mama Janka żyła do 86. roku życia. Na alzheimera zachorowała później niż mąż, miała około sześćdziesiątki - porównuje. 

Anna Furtok boi się też o siebie. W jej rodzinie zmagano się z tą chorobą. - Mąż ma wsparcie we mnie, ale jestem przerażona, co to będzie, jak mnie to chwyci. Moja mama miała trepanacje czaszki i wylew, na oczy nie widziała. Tata dostał udaru, jak się o psa przewrócił na stolik. Miał już ze szpitala do domu wracać, a tu nagle arytmia. Później lekarz mówił mi na rehabilitacji: niestety, ale pani ojciec nie słucha, to alzheimer. Nie wierzyłam. W domu powtarzał, że mu ukradli krasnoludki z ogrodu. Gdy umarł i robiliśmy porządki, znalazły się. Stały w garażu - opowiada Anna Furtok.

Zobaczył siebie w lustrze

Kobieta mówi, że nie potrzebuje pomocy, tylko "kilogramów zdrowia". Twierdzi, że ratuje ją ogrom zajęć. Podczas naszej rozmowy na posesję nawieźli piasek. Szykuje się mały remont, na działce powstaje trzecia studzienka. W tygodniu mają też węgiel dowieźć. Na cmentarz trzeba pójść, ogródek obrobić. A Jan Furtok wznawia rehabilitację - będzie ćwiczył indywidualnie z trenerem.

Były piłkarz znowu się śmieje. - On myśli, że jest dobrze, dlatego tak reaguje. To taki pozytywny stan - tłumaczy jego zachowanie żona. - W tej chorobie ludzie przechodzą różne stany: jedni są agresywni, drudzy złośliwi. Janek jest spokojny - mówi. Choć Furtok miał ostatnio dziwny moment. Zobaczył siebie w lustrze i się wzburzył. - Ty chuju, co robisz! - krzyczał. Myślał, że to ktoś inny.

Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
×