(Około)Tenisowy przegląd tygodnia: Cisza przed burzą

Zdjęcie okładkowe artykułu:
zdjęcie autora artykułu

Jako że miniony tydzień upłynął pod znakiem mniejszych imprez, przegląd poświęcony jest głównie rozpoczętej w sobotę imprezie w Madrycie oraz donosom spoza kortów.

Miniony tydzień upłynął przede wszystkim pod znakiem małych turniejów, bowiem zarówno tenisistki, jak i tenisiści w większości odpoczywali po dużych imprezach inaugurujących rozgrywki na kortach ziemnych i szykowali formę na turnieje w Madrycie i Rzymie.

Ze sporym wyprzedzeniem, z domowej imprezy w Belgradzie, wycofał się Novak Djoković. Turniej w tym roku ominęły także pozostałe serbskie gwiazdy (Janko Tipsarević i Viktor Troicki), a pierwszy numerek w rozstawieniu przypadł notowanemu pod koniec czwartej dziesiątki Pablo Andújarowi. Gdyby nie obecność w drabince wielkoszlemowego finalisty w osobie Davida Nalbandiana, można by pomyśleć, że ogląda się nieźle obsadzonego challengera, a nie imprezę głównego cyklu. Kibiców nie przyciągnęło nawet nazwisko "Djoković" (dzikie karty do eliminacji i turnieju głównego otrzymali odpowiednio młodszy i starszy z braci Novaka) i cała rywalizacja toczyła się w zasadzie przy pustych trybunach.

W Monachium na szczególne słowa uznania zasłużył Tommy Haas. Trapiony przez kontuzje 34-latek, były wicelider światowego rankingu, wciąż znajduje siły, by walczyć w turniejach i cieszyć kibiców swoją przepiękną grą, co zaowocowało wywalczonym w świetnym stylu półfinałem. Niemiec ciągle potrafi ukąsić, o czym przekonał się piąty na świecie Jo-Wilfried Tsonga, któremu Haas oddał pięć gemów.

W Estoril tytuł obronił Juan Martín del Potro, który przetoczył się przez turniej jak walec, nie tracąc w zawodach seta, a w ostatnich dwóch spotkaniach nie musiał nawet bronić break pointów. Argentyńczyk wypoczął po intensywnych startach na kortach twardych i zdaje się być gotów, by nawiązać walkę z czołówką na nawierzchni ziemnej. Del Potro, mimo że preferuje grę na korcie betonowym, na ceglanej mączce także czuje się doskonale i może właśnie w tej części sezonu wreszcie pomiesza szyki czołowej trójce rankingu.

Problemem Argentyńczyka nie jest ostatnimi czasy jego forma, ale... sprzęt. Mistrz US Open z 2009 roku ma niemały problem z rakietami. Del Potro zostały trzy (tak, trzy!) egzemplarze z modelu, którego używał w drodze po wielkoszlemowe zwycięstwo w Nowym Jorku. Przedstawiciele Wilsona co i rusz proponują mu nowe ramy, które regularnie testuje, jednak wciąż nie chce on zmienić "szpadla" (choć w jego przypadku to raczej siekiera, a nie szpadel). W podobnej sytuacji znajdował się niedawno James Blake, który posunął się do tego, że szukał swojego modelu na e-Bayu. Może to nie jest taki głupi pomysł?

Już w sobotę rozpoczął się wielki turniej w Madrycie (ATP World Tour Masters 1000 u panów i WTA Premier Mandatory u pań), gdzie na starcie zameldowała się cała czołówka. Bezsprzecznie dominującym tematem wcale nie jest dyspozycja faworytów, ale osławiona już niebieska nawierzchnia, która wywołała gorące dyskusje i protesty.

Dopiero teraz zawodnicy i zawodniczki mieli okazję przetestować niebieski pył w warunkach bojowych i opinie są różne. Janko Tipsarević i Tomáš Berdych zdają się być zadowoleni z wprowadzonych zmian, suchej nitki na nowym korcie nie pozostawił za to narzekający ostatnio na wszystko Rafael Nadal: - Kort jest bardziej śliski. Nie wiem, dlaczego, może po prostu jest na nim za mało mączki, a może to przez pofarbowaną nawierzchnię. Miejscami kort jest za miękki, choć to drugorzędny problem - powiedział, mówiąc też, że piłka czasami krzywo się na korcie odbija. Na nawierzchnię narzekały też Woźniacka i Szarapowa, cicho za to siedzi Roger Federer, który wcześniej bez skrupułów atakował decyzję właściciela turnieju. Kort jest ponoć szybszy niż rok temu, a kozioł niższy, więc Szwajcar summa summarum nie ma powodów do niezadowolenia.

Dzięki zamieszaniu w kalendarzu (w tym roku duże imprezy na kortach ziemnych rozgrywa się tydzień później niż w roku ubiegłym, więc punkty są odliczane tydzień wcześniej), na trzecią lokatę w rankingu WTA awansowała Agnieszka Radwańska, wyrównując nieoficjalny najlepszy wynik w historii polskiego tenisa (w latach 30. trzecią zawodniczką świata była w dziennikarskim rankingu Jadwiga Jędrzejowska - patrz: Bud Collins). Osiągnięcie trzeciej pozycji przez Polkę i tak było kwestią czasu, bowiem to rywalki muszą obecnie bronić punktów i realny zdaje się być atak na miejsce nr 2.

Awans Radwańskiej postanowiły chyba uczcić w hiszpańskiej stolicy koleżanki z drabinki, bowiem wszystkie rozstawione zawodniczki w sekcji Polki solidarnie odpadły w pierwszej rundzie i krakowianka może zmierzyć się z tenisistką z numerkiem przy nazwisku najwcześniej w półfinale. Tak więc jest realna szansa na zasilenie swojego dorobku o co najmniej 450 punktów i pomniejszenie dystansu do przodującej dwójki.

Oczywiście można podnieść raban, że polska tenisistka nie osiągnęła jeszcze wielkoszlemowego półfinału, a w czołowej dziesiątce jako jedyna nie grała w finale takiej imprezy, ale tenisowa historia zna dziwniejsze przypadki. Najciekawszym chyba jest sama Steffi Graf: co prawda w 1985 roku wystąpiła w półfinale US Open, ale w kwietniu roku 1986 awansowała na trzecie miejsce w światowym rankingu nie mając na koncie wygranego turnieju!

W minionym tygodniu poznaliśmy więcej szczegółów dotyczących grudniowych pokazówek Rogera Federera. Jak się okazało, za pojedyncze spotkanie z Del Potro, na które zostanie przygotowanych 20 tysięcy miejsc, Szwajcar otrzyma 2,5 miliona dolarów - więcej niż za zwycięstwo w turnieju wielkoszlemowym. Podobno mecz pokazowy w Belgradzie planują też Djoković i Nadal.

Dlaczego zawodnicy, którzy ciągle narzekają na trudy sezonu, bezceremonialnie grają pokazówkę za pokazówką? Odpowiedź jest prosta: pieniądze. Popyt na mecze pomiędzy największymi gwiazdami jest gigantyczny i przyciągają one zarówno tłumy kibiców, jak i bogatych sponsorów. Za wygranie siedmiu ciężkich spotkań w turnieju Wielkiego Szlema, gdzie na nagrody przekazuje się ułamek dochodu (US Open przeznacza na premie dla zawodników 4-6 procent), otrzymuje się obecnie nieco ponad 2 miliony dolarów. Za zagranie półtoragodzinnego meczu pokazowego tenisiści z Top 3 bez problemu zainkasują milion dolarów i zbiorą drugie tyle na cele charytatywne - rachunek jest prosty.

*

Redakcję francuskiej L'Équipe odwiedził w zeszłym tygodniu Nicolas Sarkozy. Ustępujący prezydent Republiki poruszył przy okazji osławioną już sprawę Marion Bartoli, która z powodu konfliktu z Francuską Federacją Tenisową nie zagra na igrzyskach w Londynie: - Bartoli to niezwykła mistrzyni. Wielka szkoda, że nie gra w Pucharze Federacji i nie wystąpi w Londynie. Nie mam nic przeciwko Nicolasowi Escudé [kapitanowi francuskiej reprezentacji], ale czy naprawdę nie mógł się dogadać z ojcem zawodniczki?

Źródło artykułu: