Karta się odwróciła

Zdjęcie okładkowe artykułu:
zdjęcie autora artykułu

Pokonując Benoita Paire'a, Łukasz Kubot ponownie stanął przed szansą na osiągnięcie życiowego wyniku na londyńskich trawnikach. Droga do tego sukcesu była jednak długa i wyboista.

W tym artykule dowiesz się o:

Ostatni turniej w sezonie, w paryskiej hali Bercy. Oficjele z ATP akurat nie okazali się zbyt pomocni, więc z Łukaszem Kubotem rozmawiamy na stojąco, gdzieś w kącie, przed wejściem do strefy dla zawodników. Zaczęliśmy od turnieju w Bazylei, skąd Polak przyleciał prosto do francuskiej stolicy.

- To był dobry turniej, choć uważam, że zupełnie nie wyszedł mi mecz z Benoîtem Paire'em - mówi Kubot, po czym patrzy w bok i uśmiecha się pod nosem. Patrzę i ja - rakietą do lubinianina macha przechodzący obok i także promiennie uśmiechnięty... Benoît Paire.

Minione miesiące były dla polskiego tenisisty trudne, jeśli nie bardzo trudne. Australian Open, Indian Wells, Miami, Monachium, Madryt - wszystkie pojedynki przegrane w tych turniejach Polak mógł przy odrobinie szczęścia wygrać. W każdym meczu brakowało niewiele, pojedynczych punktów i każdy z nich zamienił się we frustrującą porażkę. Od zbyt częstej gry ucierpiało zdrowie, ucierpiał też ranking i Kubot niedawno pożegnał się z czołową setką notowania.

Oprócz niespotykanego już dziś stylu, u Łukasza Kubota imponuje mi przede wszystkim chłodny, skalkulowany profesjonalizm. W kwestiach mentalności i podejścia do gry Polaka można przedstawiać jako wzór dla wszystkich młodych adeptów białego sportu. Mimo upływu czasu, Kubot wciąż nie oszczędza się na treningach, starannie planując wszystkie ich aspekty. Doskonale wie, gdzie i dlaczego chce zagrać, zna swoje silne strony i wierzy w sens swoich poczynań. Postawa człowieka, który całe życie szedł pod prąd, niczego nie dostał i wszystko, co osiągnął, wyszarpał swoją ciężką pracą.

- Zawsze mówię, że najlepiej uczy porażka. Na tym poziomie decydują jednak dwie piłki, a szczęście lubi sprzyjać temu tenisiście, który jest lepiej przygotowany - Łukasz Kubot cierpliwie tłumaczył podczas naszej rozmowy w Madrycie.

- Nie myślę o tym, co było, staram się iść do przodu swoim rytmem. Zobaczymy, jak wszystko się ułoży. Nie rozmyślam już o tym, co było dobrze, co było źle, mam grać swoje i liczę, że przełamię się już w najbliższym meczu - mówił Polak. - Myślę, że teraz jestem na dobrej drodze i liczę, że karta ostatecznie się odwróci - dodał z przekonaniem.

Dla osoby nie śledzącej kariery lubinianina, patrzącej tylko na wyniki jego spotkań, takie deklaracje mogły brzmieć jak puste frazesy, które równie dobrze mógł powiedzieć każdy inny zawodnik. Kubot jednak jeszcze raz pokazał niedowiarkom, że doskonale wiedział, co robi. W Londynie karta się odwróciła.

Poza kortem Polak może sprawiać wrażenie osoby dość chłodnej i zdystansowanej. Wrażenie mylne, bowiem Kubot wspaniale analizuje i opowiada, do tego płynną i nienaganną polszczyzną. Lubinianina nie trzeba naciskać - wystarczy podstawić dyktafon, zadać pytanie i przez kolejnych kilka minut ze szczegółami opowie absolutnie wszystko, począwszy od tego, że dobrze wyspał się przed meczem, kończąc na tłumaczeniu, dlaczego naturalny naciąg w rakiecie Karola Becka powoduje, że po jego uderzeniach piłka inaczej się zachowuje, ilustrując przy okazji różnice w odbiciu piłki na stoliku w sali konferencyjnej. Błysk w oczach, gdy rozmowa schodzi na temat Pucharu Davisa, celne obserwacje dotyczące innych tenisistów w stawce - Kubot perfekcyjnie lawiruje między wszechobecną dziś poprawnością i najmniejszymi detalami tenisowego rzemiosła. Gdy jest zły, to jest zły, gdy wygrał piękny mecz, szczęśliwy o nim opowiada. Bez cienia sztuczności czy zachowania na pokaz, tak powszechnego dziś w tenisowym światku.

Wreszcie efektowny styl gry, przypominający o tym, jak grało się w tenisa jeszcze przed dekadą. Ostre returny z obu skrzydeł, częste wyprawy do siatki, z drugiej strony solidność z głębi kortu i dobry slajs. Uważam, że Polak jest jednym z najlepszych aktywnych tenisistów, którzy nigdy nie wygrali zawodowego tytułu, a występy takie jak w sobotę tylko mnie w tym przekonaniu utwierdzają.

Kibice też wiedzą, co dobre. W pamięci utkwiła mi sytuacja z Madrytu, gdzie w pierwszej rundzie eliminacji Kubot mierzył się z Michaëlem Llodrą. Tenisiści stoczyli wspaniały, trzysetowy bój, boczny obiekt madryckiego kompleksu (wcale nie taki mały) był wypełniony do ostatniego miejsca, a rozentuzjazmowani fani co i rusz nagradzali nieszablonowe i piękne zarazem zagrania obu zawodników głośnymi brawami. W tym samym czasie na korcie obok grała była liderka rankingu, Jelena Janković. Przy pustych trybunach.

Tegoroczny Wimbledon w wykonaniu Polaka - w dużym powiększeniu - przypomina jego występ na kortach All England Club przed dwoma laty. Co prawda wtedy musiał dodatkowo przebijać się przez eliminacje, ale także awansował do czwartej rundy, notowany poza setką, wzbudzając zainteresowanie i szept podziwu swoją brawurową grą (czy też grą "kamikadze", jak sam ją określa). Także dwa lata temu rozegrał perfekcyjny mecz nie w pierwszej, a w trzeciej rundzie wielkiej imprezy. Uporem i nieustępliwością Kubot wyrwał z rąk losu kolejną szansę na powtórzenie wyczynu Fibaka sprzed 33 lat.

Rok temu polski tenisista mówił, że występ na igrzyskach olimpijskich to pewnego rodzaju nagroda za całą karierę. Oby w poniedziałek mógł uzupełnić to zdanie o wimbledoński ćwierćfinał.

***

W czasach tenisa amatorskiego o ćwierćfinał Wielkiego Szlema miała szansę walczyć czwórka polskich tenisistów: Stanisław Czetwertyński, Ignacy Tłoczyński, Władysław Skonecki oraz Wiesław Gąsiorek. Do tego grona można dołączyć także Adama Baworowskiego, który występował pod flagą Austrii.

Gąsiorek swoje dobre występy kontynuował także w Erze Open i w 1969 roku dotarł do 1/8 finału Rolanda Garrosa. Dwa lata później w tej samej fazie francuskiego czempionatu zameldował się Tadeusz Nowicki. Potem swoje sukcesy święcił Wojciech Fibak i od tego czasu polski tenis opuścił światowe elity. Dopiero w 2010 roku w Melbourne Łukasz Kubot nawiązał do dawnych wyników znakomitych polskich tenisistów. Tegoroczne sukcesy Janowicza i Kubota w tegorocznym Wimbledonie są jednak wydarzeniem bez precedensu.

Polub i komentuj profil działu tenis na Facebooku, czytaj nas także na Twitterze!

Źródło artykułu: