Myślałam, że jestem ze stali
Newspix / Łukasz Sobala / PressFocus / Urszula Radwańska
Dariusz Faron Dariusz Faron

Myślałam, że jestem ze stali

- Brakowało mi świadomości. Chciałam sukcesu za wszelką cenę, a środowisko nie akceptowało słabości. Kiedy bolało, zaciskałam zęby i skończyło się operacją - mówi WP SportoweFakty Urszula Radwańska, triumfatorka juniorskiego Wimbledonu z 2007 roku.

Dariusz Faron, dziennikarz Wirtualnej Polski: Czytałem niedawno, że "straszne z pani kur***sko, przynosi pani wstyd Polsce i zaciąga jak wieśniara". 


Urszula Radwańska, tenisistka: Taką wiadomość wysłał mi w kwietniu pan Mateusz. Gdy to upubliczniłam, jego konto zostało zablokowane. Mam nadzieję, że zrobiło mu się wstyd. Pewnie postawił na moje zwycięstwo w zakładach bukmacherskich i przelał frustrację na mnie. Przywykłam. Natomiast wiem, że wiele młodszych zawodniczek nie radzi sobie z hejtem. 

Pani naprawdę nie ma dość? 

Mimo wyzwisk tenis ciągle sprawia mi frajdę. Ta pasja nie wygasa. Miałam w karierze długie przerwy, więc nie jestem tak zmęczona jak Agnieszka, która przez jedenaście lat nie opuściła Wielkiego Szlema. Ciągle czuję niedosyt. Chciałabym wrócić do pierwszej setki rankingu.  

W 2018 roku mówiła pani, że pogra jeszcze cztery, maksymalnie pięć lat. 

Ta granica się przesuwa. Kiedyś zawodniczki kończyły karierę w wieku 30 lat, teraz w półfinale Wimbledonu wystąpiła 34-letnia Tatjana Maria, która urodziła już dwójkę dzieci. Nie będę grać do czterdziestki, pewnie jeszcze dwa, trzy lata. Nie boję się momentu, w którym powiem dość, bo istnieje życie poza tenisem. Kiedy odłożę rakietę, chciałabym się spełniać jako matka. 

Wielu sportowców ma problem z przejściem na "drugą stronę". 

Bo nie mają alternatywy. Duża liczba zawodniczek nie robi nawet matury. Kilka lat temu sprawdzałyśmy z Agnieszką, że w pierwszej setce tylko pięć tenisistek poszło na uczelnię. Ojciec zawsze powtarzał, że w życiu liczy się nie tylko forhend i bekhend. Skończyłyśmy AWF w Krakowie. Trudno łączyć karierę i edukację, ale się da.
Urszula Radwańska już jako 15-latka rywalizowała z profesjonalistkami. (fot. Tomasz Markowski / Newspix).  Urszula Radwańska już jako 15-latka rywalizowała z profesjonalistkami. (fot. Tomasz Markowski / Newspix). 
"W środowisku mówiło się, że z tych chudych dziewczyn nic nie będzie. Ojciec nas przed tym chronił". Urszula Radwańska z siostrą Agnieszką (fot. Archiwum PS / Newspix).

Nie gra już pani na największych arenach. Trudno było się odnaleźć w gorszym tenisowym świecie? 

Początkowo tak. Na najwyższym poziomie funkcjonujesz w bańce. Odbierają cię z lotniska, zawożą na kort. A człowiek szybko przyzwyczaja się do wygody. Tutaj musisz ogarnąć sobie transport, zamówić taksówkę, rozplanować  logistykę. To faktycznie inny świat. Pamiętam, jak raz rozgrywałam mecz na jakimś korcie przy krzakach. Pojedynek oglądali tylko trenerzy. Psuję pierwszy serwis, koncentruję się na drugim i czekam. Po chwili myśl: OK, tu przecież nie ma dzieci, które podają piłki. Po pierwszych meczach lamentowałam, że moje miejsce jest na dużych turniejach. Rywalki bardzo się na mnie mobilizowały, bo przecież dopiero co znajdowałam się w pierwszej trzydziestce. Jedna dziewczyna mnie pokonała, rozgrywając bardzo intensywny mecz. A drugiego dnia… nie wyszła na kort, bo nie miała sił.  

Wypadnięcie z czołówki to też dużo mniejsze zarobki. 

Teraz dokładam do interesu. Mogłabym jeździć bez trenera, żeby było taniej, ale traktuję to jako inwestycję w siebie. Na korcie zarobiłam swoje…

… więc nadal może pani spać na turniejach w pięciogwiazdkowych hotelach.  

A skąd! Jesteśmy z Agnieszką krakuskami i oszczędzamy! A mówiąc poważnie, rodzice nauczyli nas szacunku do pieniędzy. Nie szukam najtańszych hosteli, ale nie mam też wielkich wymagań. 

Trwa Wimbledon, więc wróćmy do 2007 roku, kiedy była pani najlepsza wśród juniorek. 

W finale przegrałam pierwszego seta i trzy kolejne gemy, ale miałam w głowie, że mogę to odrobić. Zawsze byłam zadziorą. Potrafiłam rzucić rakietą, krzyknąć, przekląć, ale ta wewnętrzna złość mnie napędzała. "Kurde, nie oddam jej tego gema!". Po ostatniej piłce wygranego finału poczułam radość i ulgę. Byłam w cieniu Agnieszki, chciałam jej dorównać. Rok wcześniej przegrałam w półfinale z Caroline Wozniacki, marnując piłkę meczową. W szatni bardzo płakałam. Agnieszka miała już na koncie triumf w juniorskim Wimbledonie i wszyscy liczyli, że pójdę jej śladem. Tata, który mnie trenował, był bardzo zawiedziony. 

Dał to pani odczuć? 

Po przegranym półfinale się na mnie obraził. Pamiętam to jak dziś! Zabolało, bo liczyłam, że mnie pocieszy. Zszedł z trybun, poszedł w swoją stronę i przez dwa, trzy dni w ogóle nie rozmawialiśmy. Bardzo dużo od nas wymagał, tyle że od siebie też. Nie był tyranem. Kłóciliśmy się, jak to rodzina, ale nie dochodziło do żadnych scen. Rodzice bardzo o nas dbali i wytyczyli kierunek. Nie zapomnę, jak jeździliśmy całą rodziną na turnieje oplem corsą. Bagaże pod sam sufit. Szukałyśmy z Agą luki między walizkami, żeby pograć w karty. A4 była płatna, więc wracaliśmy do Krakowa innymi drogami, by zaoszczędzić. Finansowo nie było wtedy kolorowo. Z drugiej strony, nie znałyśmy innego życia, więc nie czułyśmy, że jest trochę biednie. Bardzo pomagał nam dziadek, który w pewnym momencie sprzedał swoje obrazy, byśmy się mogły rozwijać. A kiedy miałam 15 lat, zaczął nas sponsorować pan Ryszard Krauze. Przyszły też pierwsze sukcesy. 

I presja. 

Nie czułyśmy, że wszystko stawiamy na jedną kartę. Tata starał się nas chronić. Kiedy miałyśmy trzynaście, czternaście lat, w środowisku nie brakowało głosów, że z tych chudych dziewczyn nic nie będzie. Kontrakty dostawały inne zawodniczki, mimo że byłyśmy już najlepsze w Polsce.

2007 rok. Urszula Radwańska wygrywa juniorski Wimbledon (fot. PAP/str). 2007 rok. Urszula Radwańska wygrywa juniorski Wimbledon (fot. PAP/str).

Tata mocno dokręcał śrubę?  

Czasem zabierał nas na lody, ale przede wszystkim był trenerem, a nie ojcem, którego trochę mi brakowało. Może gdyby było inaczej, nie odniosłybyśmy takiego sukcesu? Z drugiej strony, potrzebowałam więcej ojcowskiej czułości. Byłyśmy z Agnieszką bardzo zżyte, więc gdy dochodziło z tatą do utarczek, zawsze tworzyłyśmy wspólny front. Dziś wspominam to z uśmiechem. Dopiero gdy zakończyłyśmy z ojcem współpracę, relacje się zmieniły. Zaczęliśmy rozmawiać nie tylko o tenisie. 

Debiutowała pani w wieku piętnastu lat. Skok na głęboką wodę. 

Dostałam dziką kartę na turniej w Warszawie. W drugiej rundzie trafiam na Venus Williams. Stoimy w korytarzu i nagle czuję, że z nerwów trzęsą mi się ręce. "Boże, przecież ja ani razu nie trafię w kort!". Dla Venus byłam dzieckiem. Chwyciłam rakietę, odbiłyśmy kilka piłek na rozgrzewce i na szczęście wszystko puściło. Zagrałam bardzo dobry mecz. 

Siostry Williams początkowo traktują wszystkich z dystansem. Rozumiem to, bo wszędzie wzbudzają ogromne zainteresowanie. Ale kiedy kogoś wpuszczą do swojego świata, są fajnymi dziewczynami. Venus niedawno sama do mnie napisała, chwaląc produkowane przeze mnie torebki. "Jesteś w Miami? Ja też! Wyskoczymy gdzieś?". Poszłyśmy na kolację, tam po raz pierwszy dłużej pogadałyśmy, wykraczając poza tenis. W czasie Rolanda Garrosa wysłałam do jej hotelu torebkę w ramach prezentu. Niedługo później telefon od Agnieszki. "Włączaj telewizor!".  Venus przyszła na kort z moją torebką, robiąc mi wspaniałą reklamę. 

Spotkała pani na korcie idolkę, a niedługo później sama mogła się pani czuć jak gwiazda. W wieku 22 lat przekroczyła pani barierę miliona dolarów. Nie zaszumiało w głowie? 

Gdybym zarobiła taką kwotę jednego dnia, pewnie tak by się stało. Ale pieniądze nie spadły mi z nieba, ciężko na nie pracowałam. Dlatego je szanuję. Od początku miałam świadomość, o jakie kwoty gra się na najwyższym poziomie. Nie myślałam, ile mam na koncie. Nieraz dziennikarze pytali, ile mogę zarobić w danym turnieju, a ja nie miałam pojęcia. Nie było mowy o wodzie sodowej, chciałam się piąć w rankingu. Kiedy miałam osiemnaście lat, kupiłyśmy z Agnieszką mieszkanie i wyprowadziłyśmy się z domu. Mogłyśmy codziennie imprezować, a nic takiego się działo. Wiedziałyśmy, że jeśli chcemy osiągnąć sukces, z wielu rzeczy musimy zrezygnować. 

Nie wierzę, że nie zdarzało się zaszaleć. 

Po dobrym meczu czy turnieju nagradzałyśmy się z Agnieszką, kupując sobie lepsze torebki. Przez całą karierę nazbierało się pewnie koło pięćdziesięciu. To stanowiło nasz rytuał.

Były reprezentant Polski w piłce nożnej Jacek Bąk potrafił latać na zakupy samolotem po całej Europie. 

Ja nie musiałam, bo największe turnieje tenisowe rozgrywane są w świetnych miastach. Przy okazji US Open szłyśmy na Piątą Aleję w Nowym Jorku. Tokio, Londyn, Paryż… W dzień wolny zawsze ruszałyśmy na zakupy. W outletach byłyśmy pierwsze. Potrafiłyśmy spędzić tam cały dzień! Zakupy nas odprężały. 

Nie mam pojęcia, ile kosztuje ekskluzywna torebka na Piątej Alei w Nowym Jorku. 

Za jakieś trzy tysiące dolarów można już coś znaleźć.   

W bardzo młodym wieku stałyście się symbolami tenisa w Polsce. Paparazzi chowali się w krzakach? 

Były takie historie. Pamiętam, jak poszłyśmy w Krakowie na Sylwestra do klubu. Kelner od razu dał cynk i zlecieli się paparazzi. Wiedzieli, gdzie mieszkamy, więc często stali pod domem. Myśmy za tym nigdy nie biegały, nie chciałyśmy być na świeczniku. Wiem, że dziś niektórzy celebryci sami dzwonią do paparazzich i robią ustawki. Dla mnie to trochę żenujące. Irytował nas ten świat, wolałyśmy spokój. Jesz kolację, a tu zaczynają pstrykać ci zdjęcia i musisz wyjść. Nie mogłyśmy temu zaradzić, musiałyśmy przywyknąć. Do dziś, gdy wychodzimy w Krakowie na kolację, nie bukujemy stolika na nazwisko Radwańska.
Siostry Radwańskie od małego mogły liczyć na ogromne wsparcie rodziców (fot. Jacek Bednarczyk / PAP). Siostry Radwańskie od małego mogły liczyć na ogromne wsparcie rodziców (fot. Jacek Bednarczyk / PAP).

Robert Lewandowski dostał kiedyś propozycję biznesową od firmy pogrzebowej. Otrzymywała pani równie dziwne oferty? 

Najdziwniejsza dotyczyła reklamowania pieluch. Duża marka, dawali super pieniądze, ale nie było szans. Gdzie ja z pampersami?! Przecież jeszcze nie mam dziecka! 

Porozmawiajmy o kontuzjach, które wywoływały u pani dużo większą frustrację niż paparazzi. Przeszła pani cztery operacje. 

Brakowało mi świadomości. Dzisiaj przygotowujesz ciało do wyjścia na kort przez czterdzieści minut. Każdy jedzie na turniej z własnym fizjoterapeutą. A kiedyś - krótka rozgrzewka i dawaj! Nie dbałam o regenerację. Jako osiemnastolatka trenowałam codziennie po pięć, sześć godzin. Myślałam, że jestem ze stali. Boli? Trzeba zacisnąć zęby i grać dalej!. Sukces za wszelką cenę. Pamiętam, jak miałam stan zapalny barku. Zamiast miesiąc odpocząć, grałam na lekach i zastrzykach sterydowych. Przez gonitwę za punktami trafiłam na stół operacyjny. Z Polski tylko my grałyśmy z Agnieszką na najwyższym poziomie, nie było wokół tak wielu specjalistów. 

Czasy się zmieniły. 

Bardzo. Przecież niedawno Bianca Andreescu zrobiła przerwę, by zadbać o zdrowie psychiczne. Rozmawiałyśmy z Agnieszką, że za naszych czasów coś takiego nie miało racji bytu. Dwadzieścia lat temu mało kto korzystał z psychologa sportowego. Gdyby ktoś stwierdził, że dostał na korcie ataku paniki, środowisko by go wyśmiało. Problem psychiczny traktowano jako słabość. Z drugiej strony, miałyśmy łatwiej, bo nie było tak rozwiniętych mediów społecznościowych. To, co dzieje się w internecie, może przytłoczyć. 

Pani nigdy nie czuła się przytłoczona? 

Czasem nienawidziłam tenisa. Męczył mnie, potrzebowałam przerwy, ale myślałam, że nie mogę sobie na nią pozwolić.

Jako 19-latka miała pani przeciążeniowe złamanie kręgosłupa. Wysoka cena sukcesu.  

Lekarze w Polsce nie potrafili mi pomóc. Powiedzieli, że mam czekać, aż kość sama się zrośnie. Po dwóch miesiącach stania w miejscu zaczęłam szukać innego rozwiązania. Poleciałam do Los Angeles. Operowano mnie innowacyjną metodą, byłam siódmym tego typu przypadkiem. Po operacji najpierw usiadłam na wózek inwalidzki, potem założyłam specjalny gorset. Nie mogłam się schylić. Agnieszka zakłada skarpetki uciskowe, łamiąc sobie na nich wszystkie paznokcie! Ciężki czas, ale nie brałam pod uwagę, że już nie wrócę na kort. 

Agnieszka powiedziała kiedyś w wywiadzie, że są dni, gdy nie może odkręcić butelki. Pani organizm jest w równie złym stanie? 

W sezonie z tyłu głowy miałyśmy myśl, że trzeba się jakoś trzymać. A po ostatnim turnieju zawsze zaczynało coś boleć. Teraz nie walczę z żadną kontuzją, bardzo dbam o regenerację. Nie mogę trenować tak intensywnie jak kiedyś, ale ciało jest w dobrym stanie. Dałabym siedem na dziesięć.

Niezły wynik jak na siedemnaście lat w profesjonalnym tenisie. 

Wiem, że koniec nadchodzi. Kariera to życie na walizkach, a chciałabym niedługo osiąść w jednym miejscu. O założeniu rodziny już mówiłam. Więc kto wie, może propozycja reklamowania pieluszek jeszcze do mnie wróci.

Rozmawiał Dariusz Faron, dziennikarz Wirtualnej Polski

Jeżeli chcesz być na bieżąco ze sportem, zapisz się na codzienną porcję najważniejszych newsów. Skorzystaj z naszego chatbota, klikając TUTAJ.

Komentarze (0)
    Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
    ×