Po tragedii przewartościował swoje życie. "Bez Jezusa nie poradziłbym sobie w żałobie"

Zdjęcie okładkowe artykułu: WP SportoweFakty / Tomasz Kordys / Na zdjęciu: Rafael Wojciechowski
WP SportoweFakty / Tomasz Kordys / Na zdjęciu: Rafael Wojciechowski
zdjęcie autora artykułu

Rafael Wojciechowski w 2016 roku był jedną z tych osób, które wskrzesiły gnieźnieński żużel. Dziś znajduje się poza Startem. Jego życie wygląda natomiast zupełnie inaczej. Wiele zmieniła tragedia z grudnia 2020 roku.

Rafael Wojciechowski to człowiek, którego nikomu w Gnieźnie przedstawiać nie trzeba. Między innymi to jemu kibice zawdzięczają, że miejscowy klub w 2016 roku wrócił na ligową mapę Polski. To również on przyczynił się do tego, że w 2017 roku Start Gniezno  awansował na zaplecze PGE Ekstraligi.

Wojciechowski był menedżerem zespołu do końca sezonu 2021. Później wspierał klub m.in. pod kątem marketingowym. Ze Startem definitywnie rozstał się w lipcu 2022 roku.

Jeżeli chodzi o działalność w gnieźnieńskim klubie, to dziś żałuje tylko jednego. Chodzi o to, że nie opuścił Startu przed śmiercią syna Mikołaja.

- Myślę o tym tak, że wtedy wszystkie wydarzenia z tym związane potoczyłyby się inaczej - powiedział w rozmowie z WP SportoweFakty.

Tragiczne zdarzenie, które bezpowrotnie zmieniło jego życie, miało miejsce 10 grudnia 2020 roku. Mikołaj Wojciechowski zginął w wypadku drogowym. Śmierć poniosła też jego dziewczyna Nicole. Dla Rafaela Wojciechowskiego był to ogromny cios. Po tragedii dużo rozmyślał. Choćby o tym, czy mógł zapobiec temu wypadkowi.

- Gdybym nie był tak pochłonięty klubem sportowym w ostatnich miesiącach 2020 roku, to pewnie miałbym czas zawieźć syna z jego dziewczyną na pociąg z Wrześni do Warszawy lub chociaż uprzedzić o utrudnieniach drogowych w trasie, na której miał miejsce wypadek. Być może wtedy nie doszłoby do tego zdarzenia. Każdy rodzic po śmierci dziecka rozważa, co mógłby zrobić, aby do tego nie doszło, ja także o tym często myślałem - nie ukrywa były menedżer gnieźnieńskiego Startu.

Strata syna sprawiła, że Wojciechowski przeszedł przemianę. - Po stracie syna przewartościowałem moje życie. Nadal prowadzę działalność kulturalno-rozrywkową i gastronomiczną (jest właścicielem klubów muzycznych - dop. red.), a wolny czas poświęcam głównie rodzinie - podkreślił.

- Oczywiście realizuję różne zainteresowania, sporo czytam i odbywam kurs profilaktyki dotyczący uzależnień, a rekreacyjnie gram ostatnio z bratem w bilard. Staram się też dbać o zdrowie i kondycję - dodał Rafael Wojciechowski.

Nawrócił się po stracie syna

W okresie żałoby postanowił napisać książkę "Dzieli nas tylko czas...". Dlaczego podjął się takiego zadania? - Napisałem książkę "Dzieli nas tylko czas…", którą wydałem w nakładzie 250 egzemplarzy. Pisanie jej było formą mojej terapii po stracie i jest ona głównie skierowana do osób w żałobie. Poświęciłem na to około dwóch lat i zawarłem tam wspomnienia dotyczące także mojego syna Mikołaja. Książka to tak naprawdę bardzo osobista historia mojego nawrócenia - wyjaśnił nam były działacz żużlowy.

Wcześniej nie był gorliwym katolikiem. - Najtrafniejszym określeniem będzie chyba stwierdzenie, że wcześniej byłem osobą słabo wierzącą lub - jak to się często mówi - niepraktykującą. Dzisiaj wiem, że byłem zagubiony i zauroczony życiem doczesnym, które często nas wszystkich pochłania, przez co zapominamy o tym wiecznym - dodał.

Na jego facebookowym profilu regularnie pojawiają się zachęty do wspierania różnych zbiórek finansowych. Nie brakuje też akcentów religijnych. Czy poprzez publikację takich treści Rafael Wojciechowski chce zmobilizować innych do tego, by stawali się lepsi?

- Każdy ma własne sumienie, ja dzielę się tym, co odczuwam, dlatego udostępniam czasami zbiórki dla osób szczególnie potrzebujących wsparcia w moim odczuciu. Tych osób jest wiele i nie wszystkim można pomóc. Co do pozostałych treści, to nie określiłbym ich jako religijne. Dotyczą mojej wiary, z która się nie kryję, ponieważ bez Jezusa nie poradziłbym sobie w żałobie - wytłumaczył.

Jak zatem Jezus pomógł mu w okresie żałoby? - Po śmierci syna otrzymałem łaskę głębokiej wiary, z niej czerpię siłę. Moje świadectwo jest opisane w książce i trudno byłoby je streścić tutaj, zachęcam do lektury, mam jeszcze kilka bezpłatnych egzemplarzy dla chętnych - podkreślił. - Mam nadzieję, że uda mi się w przyszłości wydać komercyjnie wersję poprawioną dla szerszego grona odbiorców - przekazał Wojciechowski.

Start Gniezno? "Dobrze zrobiłem"

Dziś Rafael Wojciechowski absolutnie nie żałuje tego, że w 2022 roku odszedł ze Startu Gniezno. - Pozostawienie klubu innym osobom było dla mnie dobrą decyzją, mam więcej czasu dla rodziny, znajomych i przyjaciół, a także dla siebie. Dzięki tej decyzji mogę przeżyć żałobę i realizować swoje nowe cele - powiedział podczas rozmowy z WP SportoweFakty.

Od "czarnego sportu" zupełnie się jednak nie odciął. W trakcie ostatniego sezonu był członkiem teamu Adriana Gały, wychowanka Startu Gniezno, który w rozgrywkach 1. Ligi Żużlowej 2023 bronił barw drużyny z Poznania. Dla Gały nie był to udany rok - nie był w stanie skutecznie punktować na zapleczu PGE Ekstraligi i miał duże problemy z płynną jazdą.

- Byłem aktywny w teamie Adriana tylko na początku sezonu, gdy czas wolny mi na to pozwalał. Sezon nie ułożył się tak, jak zakładaliśmy, poza awansem do IMP było zbyt wiele stresu widocznego w zawodach, zwłaszcza tych ligowych, ale temat jest bardzo złożony. Znam podłoże problemów, a Adrian znalazł przyczyny i robi wszystko, aby takie sytuacje się już nie powtarzały. Nie jestem osobą upoważnioną, aby wypowiadać się szczegółowo na ten temat - podkreślił Wojciechowski.

A czy po opuszczeniu Startu Gniezno miał oferty współpracy menedżerskiej od innych zawodników, a może z jakichś klubów? - Po rezygnacji w Gnieźnie stanowczo zdeklarowałem się, że chcę odpocząć od żużla i nie byłem takimi rozmowami nawet zainteresowany. Później spotkałem się z Adrianem, któremu także za pierwszym razem odmówiłem. Dopiero po upływie kilku miesięcy, po kolejnej rozmowie, obiecałem, że w wolnej chwili będę do jego dyspozycji, ale uprzedziłem, że nie będzie to możliwe przez cały sezon - dodał.

- Adrianowi pomagam cały czas, zawsze może liczyć na moje dobre słowo i rozmowę, pomagam także jako sponsor, ale tylko na tyle mogę sobie pozwolić. Podobnie pomagam również Mikołajowi Czapli (wychowanek i zawodnik Startu Gniezno - przyp. red.), są to głównie kwestie wsparcia finansowego i pozyskiwania innych darczyńców - kontynuował.

Praca w sporcie nauczyła go pokory

Zapytany o szanse na to, że jeszcze kiedyś poprowadzi jakąś drużynę żużlową, stwierdził, że jest to "raczej mało realne". - Nie myślę o takiej pracy w przyszłości - wyznał otwarcie. Jeżeli chodzi zaś o okres działalności w Starcie Gniezno, to nie ukrywa, że w tym czasie nauczył się pokory.

- Dobrze wspominam wiele chwil, a z tych najlepszych w ostatniej dekadzie, to zwycięstwo w finale w 2017 roku i awans drużyny do pierwszej ligi. Cofając się dalej, miło wspominam moją przyjacielską relację z Toni Kasperem - stwierdził.

Obecnie Start Gniezno jest drużyną rywalizującą na najniższym poziomie rozgrywkowym. Jak Wojciechowski zapatruje się na przyszłość klubu i czy wierzy w to, że w sezonie 2024 zespół zdoła powalczyć o awans?

- Trudno jest wygrać ligę, dlatego zawsze trzeba walczyć i wierzyć do końca w sukces - stwierdził zachowawczo, zaś o samych ruchach klubowych działaczy nie chciał rozmawiać, tłumacząc, że nie ma wystarczającej wiedzy w tym zakresie.

Krótko odniósł się też do zmian następujących w polskim żużlu. - Nie wszystko mi się podoba, ale są podmioty i osoby, które te zmiany wprowadzają i mam nadzieję, że wezmą pod uwagę także opinie klubów w temacie propozycji nowych zasad, a nie będą decydować o tym tylko pod wpływem telewizji - wyznał.

Czy jest szansa, że wykorzysta umiejętności pisarskie w celu stworzenia książki o żużlu? Jego wspomnienia mogłyby zainteresować szerokie grono czytelników.

- Nie wykluczam tego, choć nie planuję w najbliższej przyszłości. W wydanej już książce poświęciłem cały rozdział oraz w innych miejscach kilka wspomnień związanych z żużlem. Chciałbym za jakiś czas uzupełnić książkę oraz wydać ją w większym nakładzie, być może komercyjnie jako wersję poprawioną i rozszerzoną o kolejne rozdziały - podsumował Rafael Wojciechowski.

Rozmawiał Mateusz Domański, dziennikarz WP SportoweFakty

Czytaj także: > Junior Włókniarza nie miał łatwo z kibicami. Pamiętali, że odmówił jazdy w meczuKluby dostaną większe pieniądze. Będzie nowa inwestycja jak w Big Brotherze

Źródło artykułu: WP SportoweFakty
Komentarze (4)
avatar
Wieczna beka z gorzowiaczków
2.02.2024
Zgłoś do moderacji
0
4
Odpowiedz
@Daje na WOŚP: Nie dajesz na pomoc bliźnim, ale jesteś głęboko wierzącym katolikiem? Gratulacje polaczku.  
avatar
GABOR
2.02.2024
Zgłoś do moderacji
3
0
Odpowiedz
Osobiste tragedie ludzi odmieniają, przychodzi refleksja nad tym, jak kierujemy swoim życiem. Wielu, tak jak bohater artykułu, znajduje ukojenie w wierze. I dobrze.  
avatar
Nie daję na Owsiaka
2.02.2024
Zgłoś do moderacji
8
0
Odpowiedz
Dziękujemy za świadectwo wiary i za to, że nie boi się o tym otwarcie mówić!