KokpitKibice
Relacje na żywo
  • wszystkie
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Tenis
  • Zimowe

Przyczepny (7): Jak mawiają Niemcy - "the best is the winner"

Jeśli wydaje wam się, że tytułowy cytat jest nieco pozbawiony sensu, spieszę przybliżyć wam tajniki zachodnioeuropejskiej myśli żużlowej, które zgłębiłem podczas weekendowej wyprawy do Wielkopolski.
Marcin Kuźbicki
Marcin Kuźbicki
Piotr Protasiewicz WP SportoweFakty / Jakub Janecki / Piotr Protasiewicz

Pierwszym przystankiem był Ostrów i ostatnie w tym roku zawody z cyklu Speedway Best Pairs. Jedną z kwestii, która najmocniej zwróciła moją uwagę, była liczna delegacja z Niemiec. Liczna do tego stopnia, że pod stadionem język niemiecki dało się usłyszeć równie często, co nasz. Wprawdzie wynika to po części z faktu, że nasi zachodni sąsiedzi lubią dosyć ostentacyjnie dawać o sobie znać i ich obecność mocno rzuca się w uszy, ale tak czy inaczej było ich tam dość sporo. Jednego z nich poznałem w ogródku piwnym i muszę wam powiedzieć, że jeśli uważaliście ich za żużlowych laików - mylicie się srodze.

- Którego niemieckiego zawodnika najbardziej lubisz? - zagadnąłem w pewnym momencie, gdy rozmowa zeszła z tradycyjnego "skąd jesteś" na temat zawodów.
- Nie mam takiego.
- Ale tylko wśród Niemców, czy w ogóle?
- Ten jest fajny - wskazał palcem na zdjęcie Hancocka w programie. - Ale tak ogólnie to nie mam ulubionego. The best is the winner.

Tak, ostatnia sentencja zasługiwała na to, by zostawić ją w oryginale. The best is the winner. Podejście tak genialne w swojej prostocie, tak wyjaśniające temat, że nie miałem już nic więcej do dodania. Mało tego - postanowiłem na tej złotej sentencji oprzeć cały tekst. Tym oto przydługim wstępem zapraszam na przegląd winnerów z mojej wycieczki do Ostrowa i Poznania.

ZOBACZ WIDEO Grzegorz Zengota trafił w sedno? "Największym problemem żużla nie jest tytan i tłumiki"

Winner nr 1: Piotr Protasiewicz. Chociaż mój niemiecki kolega zwróciłby uwagę, że w sobotę wygrał kto inny, to nagroda MVP weekendu wędruje właśnie do PePe. Bieg 20 w sobotę w Ostrowie i 10 w niedzielę w Poznaniu należały do tych, które w pojedynkę ratują całe zawody. Gdy patrzyłem, jak kosmicznie napędzony Polak próbuje wcisnąć się przed Hancocka to po dużej, to po małej, to przechodząc tuż za jego tylnym kołem i ostatecznie dopina swego tuż na kresce, zachwyt mieszał się u mnie z żalem. Oto zawodnik po 40-tce, który nigdy w życiu nawet nie stanął na podium pojedynczej rundy GP, demonstruje speedway, którego pokonany, trzykrotny Indywidualny Mistrz Świata, nie zaprezentował przez całą karierę. To tylko świadczy o tym, jak duże znaczenie ma w żużlu pomijana często rola psychiki. Sprzęt sprzętem, technika techniką, a na końcu i tak zwycięża lub przegrywa głowa. Protasiewicz umiejętności prowadzenia żużlowego motocykla ma na absolutnie najwyższym poziomie, ale jak to bywało z odpornością psychiczną w kluczowych momentach - wszyscy wiemy. Lata lecą, a o powrót do cyklu GP będzie już coraz trudniej. Na szczęście mamy przyjemność oglądać go w turniejach takich jak ten sobotni i żal jedynie, że bieg 20 był ostatnim występem Protasiewicza tego dnia. Co prawda para Zengota - Kołodziej poradziła sobie w barażu, więc puszczenie ich do boju w finale jakoś się broni, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że zespół eport2000 podał zwycięstwo w całym cyklu drużynie Fogo Power na srebrnej tacy. Co się wszak odwlekło, to nie uciekło, bo już następnego dnia, na absolutnie niewyprzedzalnym torze, Protasiewicz zaprezentował kolejny fantastyczny pościg, tym razem mijając na samej kresce protegowanego Grega Hancocka, Macieja Janowskiego. O ile zawody w Ostrowie miały kilka innych niezłych momentów, o tyle bieg Protasiewicza w Poznaniu był absolutną perełką i jedynym ciekawym momentem tych zawodów. Dlatego PePe - dobrze, że jesteś. I pobądź jeszcze trochę.

Winner nr 2: Antonio Lindbaeck. Sympatyczny Szwed powrócił do gry w najlepszy możliwy sposób, potwierdzając, że dodaje żużlowemu światu kolorytu nie tylko poprzez odcień skóry. Karambol z Pawlickim to wynik bardziej ścisku na torze niż niefrasobliwości Szweda, zresztą swoim zachowaniem po wyścigu kupił sobie błyskawiczne wybaczenie u wszystkich, z Piterem włącznie. W pozostałych biegach był fantastyczny i robił więcej wiatru niż połowa konkurencji razem wzięta. Życzę mu jak mało komu, by jego talent wreszcie przekuł się w jakieś wymierne osiągnięcie na arenie międzynarodowej. W dodatku dzięki jego niedawnym wybrykom nawiązałem intrygującą znajomość.

Wracałem po zawodach do hotelu i pod stadionem, od strony drugiego łuku, zobaczyłem dwóch gości przysłuchujących się z zaciekawieniem pewnemu krzyczącemu wniebogłosy panu. Pan oczywiście był Polakiem, stan trzeźwy opuścił bezwzględnie, a krzyczał właśnie w kierunku Lindbaecka, głównie o jego kolorze skóry i preferencjach seksualnych, dając w mało wybrednych słowach do zrozumienia, że Szwed nie jest najmilej widzianą osobą w Ostrowie. Wspomniana dwójka ewidentnie nic z tych krzyków nie rozumiała, więc wytłumaczyłem im pokrótce, o co chodzi. Okazało się, że jeden jest z Francji, drugi z Anglii, Francuz jest na żużlu pierwszy raz, a Anglik jeździ na zawody regularnie, pracując dla Monstera.

- A skąd dokładnie jesteś?
- Spod Manchesteru.
- O, to pewnie fanem Belle Vue?
- A co to jest?

Po tej wymianie zdań uznałem, że facet należy do grupy ludzi którzy jeżdżą na żużel wyłącznie z przymusu służbowego i nie odnajdują w tym żadnej frajdy, ale po chwili zaczął opowiadać mi, jak pod okiem Grega Hancocka próbował sił na motocyklu żużlowym w zeszłym roku w Sztokholmie i że był to jeden z lepszych dni w jego życiu. Zagadkę, jak taki człowiek mógł nie zdawać sobie sprawy z istnienia klubu żużlowego w jego okolicy pozostawiam zatem nierozstrzygniętą.

A Francuzowi w debiucie bardzo się podobało. Dodał jedynie, że tory w telewizji wydawały mu się dużo krótsze. Przyjąłbym to ze zrozumieniem, gdyby nie fakt, że kolega którego wziąłem kiedyś na żużel do Leszna w pierwszym odruchu stwierdził "o rany, w telewizji te tory są znacznie dłuższe!"

I nie, 40 metrów dzielących długość owalu w Ostrowie i Lesznie nie może robić aż takiej różnicy.

Winner nr 3: moneta. Przedmiot tak drobny, a kluczowy dla przebiegu sobotnich zawodów. Rozumiem, że sytuacja po 21 biegach skomplikowała się nieco bardziej niż wskazywałby na to rachunek prawdopodobieństwa, ale mimo wszystko dobrze by było nie dopuszczać w przyszłości do takich sytuacji. Wystarczy przecież dołożyć w regulaminie zapis, że gdy uda już się zmniejszyć liczbę zainteresowanych stron do dwóch, wówczas decyduje wynik bezpośredniego biegu między parami. W tym przypadku akurat wyszłoby na to samo, ale niesmak byłby mniejszy. 

Winner nr 4: pan Tomek. Nie, tym razem nie chodzi mi o Golloba. Pan Tomek był wywoływany przez głośniki przed zawodami, ponieważ zostawił dokumenty w toalecie. Spiker jednak dodał: "uwaga, chciałbym doprecyzować, że chodzi o toaletę damską".

Winner nr 5: Andrzej Malicki. Wspomniałem już o tym, że na zawodach w Poznaniu nie działo się za wiele i cały mecz osłodził tylko bieg Protasiewicza. Tak naprawdę do uprzyjemniania czasu na Golęcinie walnie przyczyniał się również wyżej wymieniony, będący spikerem. Ktoś mało przychylny może co prawda uznać, że gadał głupoty, ale ja traktowałem go jako bardzo ciekawe urozmaicenie. W świecie pana Andrzeja każdy wyścig był piękny, każdy następny zapowiadał się jeszcze piękniej, kibice Falubazu byli "piękni i wspaniali", a wszyscy zgromadzeni na stadionie powinni przez cały mecz stać, czasem w celu "uszanowania zawodników", a czasem by "krążeniowo poprawić sobie samopoczucie". Jak wyczytałem na jego stronie internetowej, pan Andrzej jest prawnikiem z ponad trzydziestoletnim doświadczeniem. Biorąc pod uwagę, że oba zawody wymagają czasem wykreowania nieco bardziej różowej wersji rzeczywistości - nie powinno to dziwić.

Winner nr 6: stadion na Golęcinie. Ostatnia symboliczna nagroda wędruje na ręce samego obiektu. Tor torem, spiker spikerem, Protas Protasem, ale przede wszystkim - jak ten stadion jest pięknie położony! Słyszałem już wcześniej, że okolica jest ładna, ale i tak zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Idąc z centrum Poznania ostatnie 20 minut spaceru to wędrówka wyłącznie po terenach zielonych, pośrodku których nagle odnajdujemy stadion. I to nie wystający ponad obszar drzew, a usytuowany w niecce, tak, że z ulicy wychodzi się na szczyt trybun. Przyznam szczerze, że bardziej malowniczo położonego obiektu nie widziałem nigdy. Sam w sobie już takiego szału nie robi, zwłaszcza z krzesełkami zamontowanymi tylko w górnej połowie trybun, ale okolica jest bajeczna.

No i to by było na tyle. Morał z tego taki, że wrażeń sportowych lepiej szukać w Ostrowie, a wizualnych w Poznaniu. Poza tym zawsze warto nosić przy sobie drobne, a jeśli już gubić portel, to w toalecie adekwatnej do własnej płci.

Marcin Kuźbicki

Zobacz więcej felietonów Marcina Kuźbickiego ->

Polub Żużel na Facebooku
Zgłoś błąd
inf. własna
Komentarze (8)
Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
×
Sport na ×