PAP / Na zdjęciu: Natalia Kaczmarek

Amerykanki zdyskwalifikowane. Rosną szanse Polski

Tomasz Skrzypczyński

Sztafeta 4x400 metrów awansowała do finału. Po biegu okazało się, że Amerykanki zostały zdyskwalifikowane. - Szczerze mówiąc, trochę się ucieszyłam, choć może nie powinnam. Chcemy jutro walczyć o jak najwyższe miejsce - powiedziała Natalia Kaczmarek.

Z Budapesztu - Tomasz Skrzypczyński, WP SportoweFakty

Bardzo dobrze spisała się polska sztafeta 4x400 metrów kobiet w eliminacjach lekkoatletycznych mistrzostw świata w Budapeszcie. Mimo mocno zmienionego składu Polki awansowały do finału, zajmując w swoim biegu czwarte miejsce (3:24,05 s).

Alicja Wrona-Kutrzepa, Marika Popowicz-Drapała, Patrycja Wyciszkiewicz-Zawadzka i Natalia Kaczmarek były bardzo zadowolone z rezultatu, choć podczas rywalizacji nie brakowało problemów. Dla pierwszej z nich był to dodatkowo debiut na tak dużej imprezie.

- Na pierwszych 50 metrach byłam jak sparaliżowana. Emocje bardzo na mnie zadziałały, ale potem dostałam mocnego kopa. Mam nadzieję, że spełniłam nadzieje i jutro będzie tylko lepiej - zapowiedziała zawodniczka AZS UMCS Lublin.

27-latka przekazała pałeczkę Marice Popowicz-Drapale, która także miała swoje ciężkie 50 metrów. Z tym, że na końcówce.

 - Ostatnie 50 metrów to dramat! - przyznała doświadczona sprintera. - Na tej pierwszej zmianie dzieje się mnóstwo! Trzeba tam tyle myśleć, działać, że ja tylko proszę trenerów o podpowiedzi i analizę. Trochę jeszcze nie ogarniam wszystkiego w tej sztafecie, wszystko dzieje się bardzo szybko. Mam nadzieję, że zrobiłam dobrą robotę. Czujemy się trochę niedoceniane, ale chcemy wykorzystać swoje karty i grać. Wyniki są przecież bardzo wyrównane.

ZOBACZ WIDEO: Ludzie Królowej #7. Nikola Horowska ozłocona. "Przeżywałam w tym roku trudne chwile" 

Po raz pierwszy od 2019 roku w sztafecie kobiet zobaczyliśmy Patrycję Wyciszkiewicz-Zawadzką. Powrót okazał się bardzo udany - na ostatniej prostej udało się jej dużo nadrobić do rywalek i bardzo poprawić sytuację przed ostatnią zmianą Natalii Kaczmarek.

 - Ja jako joker? Może nie taki z kart, ale z filmów o Batmanie. Może to moje alter ego, mam przed oczami scenę z filmu "Mroczny Rycerz", jego wyjścia ze szpitala, gdy wszystko za nim wybucha. Mam nadzieję, że jutro za nami tak wszystko będzie wybuchać - śmiała się.

Zapowiedziała, że w finale wcale nie są bez szans w walce o wysokie pozycje. 

 - Nikt nie stawia na nas wielkich pieniędzy, ale pokazałyśmy już nie raz, że dajemy radę. Dziś też to pokazałyśmy. Czułam, że z takim czasem awansujemy. Biegło mi się bardzo dobrze, była to moja najlepsza zmiana na tych mistrzostwach. Podejście na jutro? Na chłodno, ale va banque!

W eliminacjach pojawiła się wspomniana Kaczmarek i tak jak się spodziewaliśmy, nie zawiodła nikogo. Wicemistrzyni świata stoczyła świetny pojedynek z wielką Femke Bol i przegrała z nią bardzo niewielką różnicą.

 - Podjęłam walkę o jak najlepszy czas. Czułam, że Femke biegnie bardzo spokojnie. Poczułam, że muszę biec mocno, a nie żeby z nią wygrać. Miałam dwa dni wolnego, zdążyłam odpocząć, jutro też będzie dobrze - oceniła.

Dużym wydarzeniem eliminacji była dyskwalifikacja Amerykanek, które popełniły błąd w strefie zmian w drugiej serii eliminacyjnej. Jak skomentowała to nasza najlepsza sprinterka?

 - USA to była tutaj najmocniejsza ekipa. Szczerze mówiąc, trochę się ucieszyłam, choć może nie powinnam. Chcemy jutro walczyć o jak najwyższe miejsce. Nie wiem co tam się stało, nie widziałam tego. Ale faktycznie, rzadko się zdarza takie coś w sztafecie 4x400 metrów, zwłaszcza gdy nie ma przepychanek - podsumowała.

< Przejdź na wp.pl