Nikola Grbic: Niezależnie od wyniku finału, już jestem bardzo dumny z moich zawodników

Materiały prasowe / FIVB
Materiały prasowe / FIVB

Reprezentacja Serbii po bardzo zaciętym i pełnym zwrotów akcji pięciosetowym meczu pokonała Włochy i awansowała do finału Ligi Światowej. Zagra w nim przeciwko Brazylii.

W tym artykule dowiesz się o:

WP SportoweFakty: Jak będąc trenerem nie zejść na zawał w trakcie tak dramatycznego meczu?

Nikola Grbić: To jest bardzo dobre pytanie. To jest bardzo trudne w spotkaniu pięciosetowym z taką liczbą wzlotów i upadków w każdym secie. Ale trener musi sobie z tym poradzić, z napięciem, ze stresem, z presją. Pracowaliśmy ostatnie trzy miesiące na te kilka dni w Krakowie, przed każdym meczem ustalamy dokładnie taktykę i w trakcie spotkania nagle widzisz, że zawodnicy robią zupełnie coś innego niż założone. I przegrywają. Wtedy trener musi umieć do nich trafić, dotrzeć, zmienić sytuację. Trzeba mieć ogromnie dużo cierpliwości i spokoju, umieć ich zachęcić do powrotu do dobrej gry. To samo w sobie jest już wyzwaniem. A do tego dochodzą problemy z sędziowaniem czy inne poboczne. Trzeba nie dać się emocjom, umieć ogarnąć to wszystko. I tak przez pięć setów. To jest bardzo trudne i bardzo wyczerpujące.

[b]

Ale kiedy się kończy zwycięstwem, to pewnie daje bardzo dużo satysfakcji?[/b]

- Bardzo dużo. I ogromnej dumy. Moi chłopcy wielokrotnie pokazali wspaniały charakter na boisku w tym półfinale. Przegrali w bardzo nieprzyjemny sposób pierwszego seta, mimo że prowadzili wysoko prawie do końca, a potem przegrywali w drugim. I zdołali dogonić rywali i doprowadzić do remisu w meczu. A potem taką samą koncentrację i siłę pokazali w tie breaku, bo wysoko przegrana czwarta partia mogła podciąć im skrzydła. A tymczasem zagrali tego piątego seta agresywnie i w pełni skupieni. Jestem z nich niewiarygodnie dumny. Mam poczucie, że w porównaniu z poprzednim rokiem bardzo się poprawiliśmy w aspekcie mentalnym. Kiedyś niewiele było trzeba, żeby moi zawodnicy spuszczali głowy i przestawali walczyć, teraz jest inaczej. Do końca grali skoncentrowani i z wiarą w zwycięstwo. I z tego powodu ten półfinał przyniósł mi wiele radości i dumy, innej niż ta oczywista, wynikająca z awansu do finału Ligi Światowej.

ZOBACZ WIDEO Serbowie o polskich kibicach. "Czujemy się tutaj jak w domu" (źródło TVP)

{"id":"","title":""}

Sędziowanie w tym meczu budziło wiele kontrowersji.

- Zdecydowanie. Bardzo współczuję wszystkim na igrzyskach, jeżeli ten pan będzie tam sędziował. Błędy, które popełniał, nie tylko wypaczały wynik, ale wybijały z równowagi moich siatkarzy. Sam byłem jeszcze niedawno zawodnikiem, wiem jak to jest i jak ogromne wtedy są emocje i stres, kiedy dajesz z siebie wszystko i tracisz punkt czy nawet seta przez błąd sędziego. Dlatego musiałem to wziąć na siebie i pokazać im, żeby to zostawili mi. Zależało mi na tym, żeby oni się nie angażowali w spory z sędziami. Starałem się zachować spokój i przekonać moich graczy, żeby skupili się na graniu.

Oprócz sfery mentalnej bardzo poprawiliście swoją zagrywkę od zeszłego sezonu, wszyscy to przyznają. Trenowaliście ten element jakoś specjalnie?

- Nie do końca, nie spędzamy codziennie pół godziny na szlifowaniu serwisu. Raczej starałem się nauczyć chłopaków zmiany podejścia. Żeby w momencie wykonywania zagrywki nie myśleli ani o rywalu, ani o ustawieniu, ani o wyniku, ani o tym, czy ten przed nim zepsuł serwis, tylko wyłącznie o swoim ruchu, piłce i gdzie ona ma spaść. I żeby nie bali się błędów, bo w siatkówce - nie tylko w zagrywce - strach przed popełnieniem błędu prowadzi wyłącznie do złych rzeczy.

Była szansa na to, że zagracie z Brazylią w półfinale, pewnie się ucieszyłeś, że ostatecznie padło na Włochów?

- Nie obawiam się Brazylii. Tutaj wszystkie drużyny są na bardzo podobnym poziomie, choć rzeczywiście Brazylijczycy grają chyba najlepszą siatkówkę obecnie. Reszta zespołów ma swoje problemy, mniej lub bardziej widoczne. Ale nikt nie jest poza zasięgiem innych, a mecz zawsze zaczyna się od 0:0. To nie ma znaczenia, jak się zagrało poprzednie spotkania, każdy dzień może przynieść odmianę i ktoś inny zagra lepiej.

[b]

Teraz spotkacie się z Brazylią w finale. Nie wolałbyś jednak Francji?[/b]

- Wiem, że jestem nudny i to nie jest ciekawa odpowiedź, ale to nie ma znaczenia, kto stoi po drugiej stronie siatki. Jedyne, co ma znaczenie, to jak zagramy my. To jest finał Ligi Światowej i chciałbym, żebyśmy zagrali naszą najlepszą siatkówkę. Żebyśmy pokazali na boisku wszystko, co potrafimy. Zostawili siły i serce i zagrali z pełną koncentracją od początku do końca. Nie chciałby, żeby moi zawodnicy myśleli, że jakiś tam rywal jest łatwiejszy albo trudniejszy, bo to zawsze wpływa na ich występ.

Rozumiem to podejście, ale czy wy jesteście w stanie zagrać waszą najlepszą siatkówkę grając czwarty dzień z rzędu?

- Zobaczymy. Oczywiście nie zagramy już z taką samą energią jak na początku Ligi Światowej w Kaliningradzie albo w pierwszym meczu w Krakowie. Ale wszyscy są tak samo zmęczeni teraz.

No nie do końca, bo nikt inny z walczących o medale nie gra czterech meczów z rzędu i to prawie cały czas tą samą szóstką.

- Są, bo jedne mecze są bardziej męczące niż inne. Zresztą, słuchaj, ja chcę wierzyć, że wszyscy jesteśmy tak samo zmęczeni. Nie mam zamiaru się nad tym zastanawiać i nie chcę, żeby moi siatkarze o tym myśleli, że skoro jako jedyni grają cztery spotkania dzień po dniu, to są na straconej pozycji. Może są faktycznie zmęczeni, ale to jest finał Ligi Światowej. Mam nadzieję, że ta świadomość i stawka tego meczu tchnie w nich dodatkowe siły. To jest jak wyciskanie już wyciśniętej cytryny, kiedy się ma nadzieję, że może jednak coś jeszcze poleci. W niedzielę musimy wycisnąć z siebie wszystko, do ostatniej kropelki.

Ola Piskorska z Krakowa

Źródło artykułu: