Mimo spięć przed pierwszym gwizdkiem sędziego Włosi chcieli rozegrać mecz. - My byliśmy gotowi wyjść na boisko. Normalnie przeprowadziliśmy rozgrzewkę. Kiedy wróciliśmy do szatni, zastanawialiśmy się tylko, ile potrwa ta przerwa, bo chcieliśmy uniknąć problemów fizycznych. Cały czas myśleliśmy, że zagramy - wyjaśnia Prandelli.
Z minuty na minutę atmosfera na stadionie była coraz bardziej napięta. Piłkarze i kibice zgromadzeni na trybunach bezpiecznie czuć się nie mogli. - Kiedy zobaczyłem, że chuligani z Serbii próbują pokonać ogrodzenie oddzielające ich od włoskich kibiców, naprawdę zacząłem się bać. Widziałem uciekających ludzi z dziećmi na rękach. Byli przerażeni. Kiedy dochodzi do takich sytuacji, może się zdarzyć dosłownie wszystko. Brakowało naprawdę niewiele, by doszło do tragedii - podkreśla selekcjoner.
Prandelli współczuł serbskim piłkarzom, przeciwko którym była wymierzona cała ta akcja. - Zostali zaatakowani przez własnych fanów. Wszyscy mają domy i rodziny w Serbii, muszą tam wrócić. Ci chłopcy byli naprawdę przestraszeni. W futbolu nie można jednak bać się ultrasów, trzeba zapobiegać tego typu sytuacjom. Prosiliśmy naszych rywali, aby podeszli pod trybunę, na której zasiadali ci chuligani i spróbowali ich uspokoić. Nie wiem, jakie gesty im pokazali, ale byli naprawdę przerażeni - wspomina Włoch.