WP SportoweFakty.wp.pl – wiadomości sportowe, relacje live, wyniki meczów

Kokpit Kibice
Relacje na żywo
  • wszystkie
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Skoki narciarskie
  • Tenis

Anna Szafraniec-Rutkiewicz: Tylko ja czuję, co czai się w moim wnętrzu

Kolarka górska Anna Szafraniec-Rutkiewicz ma na swoim koncie m.in. wicemistrzostwo świata w cross-country i mistrzostwo świata wywalczone w sztafecie. Do osiągnięć mogła dołożyć medal olimpijski w Rio, jednak nagle jej karierę przerwała choroba.
Dawid Góra
Dawid Góra
PAP / Bartłomiej Zborowski

WP SportoweFakty: Momentem zwrotnym, zarówno w pani karierze, jak i życiu prywatnym, były zawody w Czechach które rozegrano w kwietniu 2015 roku.

Anna Szafraniec-Rutkiewicz: To były trzecie zawody w sezonie 2015. Jechałam z moją ekipą, Kross Racing Team. Przed startem nie spodziewałam się, że może to być początek końca mojej kariery. Mówiłam Mai Włoszczowskiej, że nie lubię tej trasy, nie odpowiada mi jej profil, ale przekonywała, że szybko zmienię zdanie. Początkowo jej słowa były wręcz prorocze, bo razem z Mają spisywałyśmy się bardzo dobrze - odjechałyśmy od reszty stawki wciąż powiększając przewagę. Do mety pozostała ostatnia runda i nagle, zjeżdżając z góry poczułam, jakbym zderzyła się ze ścianą. W sekundzie osłabłam, nie wiedziałam, co się dzieje. Zaczęłam jechać slalomem. Majka mówiła, że pewnie spadł mi poziom cukru, ale wiedziałam, że objawy były zbyt poważne, jak na tak błahą dolegliwość. Dojechałam do bufetu, musiałam usiąść. Czułam się coraz gorzej. Bardzo szybko biło mi serce. W pewnym momencie straciłam przytomność. Diagnoza nie zajęła lekarzom dużo czasu - częstoskurcz komorowy.

Miała pani wcześniej jakiekolwiek niepokojące objawy?

- Nie. Raz na pół roku musiałam przechodzić badania w Centralnym Ośrodku Medycyny Sportowej w Warszawie. Byłam tam dwa miesiące przed zawodami. EKG nie wskazywało na zaburzenia. Kiedyś podczas badań wydolnościowych pojawiły się pojedyncze pobudzenia, jednak były one związane z niskim poziomem magnezu i potasu. To się zdarza nawet ludziom nie uprawiającym sportu i nie świadczy o chorobie serca. Również rozszerzone echo serca nie wykazało nic niepokojącego.

ZOBACZ WIDEO: Oktawia Nowacka chciałam się poddać, to były bardzo ciężkie dni

Jeszcze w kwietniu pojawiła się nadzieja, że wszystko wróci do normy. Lekarze, mimo wykrytej arytmii, pozwolili na dalsze treningi. W wielkim stylu, dwa razy, wygrała pani zawody Pucharu Polski.

- Zalecenia czeskich lekarzy były jasne - po powrocie do Polski należy zrobić wszelkie możliwe badania. W Szpitalu im. Jana Pawła II w Krakowie powiedziano mi, że muszę przejść ablację [niszczenie energią termiczną fragmentu serca, będącego anatomiczną przyczyną problemu - przyp. red.]. Dowiedziałam się, że arytmię łatwo usunąć, a sam zabieg jest prosty i trwa zaledwie dwie godziny. Wielu czołowych sportowców miało arytmię i bez większych komplikacji wracało do sportu. Kiedyś nawet pisała o tym Justyna Kowalczyk - ona tez przeszła ablację. Zabieg przeprowadzono na drugi dzień - spieszyłam się, bo przecież nie po to ciężko pracowałam przygotowując się do sezonu, aby teraz cały zaprzepaścić. Szczególnie, że był to rok kwalifikacji olimpijskich. Niestety, podczas ablacji okazało się, że arytmia nie będzie tak łatwa do wyleczenia. Dodatkowo przyplątały się problemy z przetoką w prawej nodze. Musiałam przejść operację zszywania tętnicy i żyły głębokiej. Przez miesiąc nie było mowy o powrocie na rower. W tym czasie większe problemy miałam z nogą niż z sercem.

Powikłanie było błędem lekarskim?

- To niestety może się zdarzyć podczas ablacji. Lekarze dostają się do serca za pomocą elektrod przepuszczanych przez tętnicę. Czytałam, że zdarza się to w 0,5 procenta przypadków. Na szczęście po miesiącu noga zagoiła się, w Szpitalu im. Jana Pawła II przeszłam testy i okazało się, że moje serce świetnie reaguje na wysiłek fizyczny. Arytmia częściej pojawiała się, kiedy nie uprawiałam sportu! Co prawda, na starty w najważniejszych imprezach było już za późno, ale, jak pan wspomniał, zdążyłam wygrać z kilkuminutową przewagą w dwóch zawodach Pucharu Polski.

Serce jednak znowu dało o sobie znać na zawodach w Austrii. Powróciło to, czego najbardziej się pani obawiała.

- To był kluczowy moment. Znowu przydarzył się częstoskurcz, szybko podjęto decyzję o kolejnej ablacji, która była wykonana w łódzkim szpitalu. Jak mnie poinformowano, podczas pierwszego tego typu zabiegu często nie udaje się wypalić wszystkich obszarów odpowiadających za tę przypadłość, ale po drugim powinno być super! Ablację udało mi się załatwić szybko - do igrzysk w Rio zostało niewiele czasu, a wciąż miałam dużą szansę na start w Brazylii.

Co tym razem mogło pójść nie tak?

- Ablacja trwała pięć godzin. Nie udała się. Już na drugi dzień po wyjściu ze szpitala pojechałam na SOR. Potem problemem nie było już tylko uprawianie sportu - zaczęłam mieć trudności z codziennym funkcjonowaniem. Nawet wejście po schodach powodowało częstoskurcz. Po którejś już wizycie w krakowskim szpitalu, lekarze stwierdzili, że choroba jest zbyt poważna i nie są w stanie sobie z nią poradzić. Karetką zostałam przewieziona do Anina, gdzie leczy wybitny kardiolog profesor Łukasz Szumowski. Przeprowadził trzecią ablację. Niestety, również ten zabieg nie powiódł się i za miesiąc przeszłam kolejną ablację. Przeprowadzono ją z dodatkowym dojściem przez niewielki otwór w klatce piersiowej. Niestety, znowu przyplątała się przetoka, tym razem lewej nogi.

Przecież przed chwilą pani mówiła, że ryzyko wystąpienia tego powikłania to 0,5 procenta.

- Tak, ale stało się. Znowu musiałam przejść operację zszywania tętnicy i żyły głębokiej. Ponadto, okazało się, że arytmia została. Piątą ablację przeprowadził jeden z największych specjalistów w Europie, ale ponownie - zabieg nie do końca się powiódł. Na tym etapie sprawa zatrzymała się i trwa do dzisiaj. Mam wrażenie, że odwiedziłam już wszystkich lekarzy, ale nadal nie poddaję się i wciąż mam nadzieję na pełne wyleczenie. Co warto podkreślić, od zabiegu wykonanego przez profesora Szumowskiego, zniknął częstoskurcz, który z tego wszystkiego jest najbardziej niebezpieczny dla życia. Nadal mam jednak bardzo liczne dodatkowe pobudzenia komorowe, które utrudniają mi normalne funkcjonowanie.

Na drugiej stronie dowiesz się, co czuje mistrzyni świata podczas ataków choroby, jak na co dzień wygląda jej życie oraz jakie ma plany na dalszą walkę z problemami.

Polub SportoweFakty na Facebooku
Zgłoś błąd
inf. własna

Komentarze (12):

[ Anuluj ] Odpowiadasz na komentarz:

Dowiedz się jak umieszczać linki od tagów, pogrubiać tekst, itp.
  • Mateusz Sender 0
    Współczuje pani Anno tej przypadłości. Nie uprawiałem sportu zawodowo ale amatorsko i owszem i na początku też mi było ciężko zrezygnować z uprawiania sportów nie mniej nigdy do mnie nie docierała wiadomość ,że może być lnaczej. Obecnie jestem już rok po ablacji i częstoskurcze komorowe(a miałem ich około 30 dziennie )nie pojawiają się , zacząłem chodzić na basen, jeździć na rowerze po kilkanaście km dziennie i uważam że najważniejsze jest poukładać wszystko w glowie a pani jako sportowiec wie jak to się robi więc życzę powodzenia...
    Odpowiedz Zgłoś Zablokuj
  • kawinus 1
    Aby osiągnąc jakiś sukces w sporcie trzeba stracic zdrowie ponieważ wyniki są tak wyśrubowane że innej możliwości nie ma.Zdrowy jest sport na niskim poziomie czyli rekreacyjny.
    Odpowiedz Zgłoś Zablokuj
  • Nie chcę islamskich imigrantów w Polsce 1
    Nie uprawiajcie sportu wyczynowego, chyba że chcecie zostać inwalidami.
    Odpowiedz Zgłoś Zablokuj
Pokaż więcej komentarzy (9)
Pokaż więcej komentarzy (12)
Pokaż więcej komentarzy (12)
Pokaż więcej komentarzy (12)