"Pamiętaj, że jesteś zerem". Mocne oskarżenia pod adresem znanego trenera
Archiwum prywatne / Wszyscy widzieli, lecz nikt nie reagował / fot. Pixabay
Dariusz Faron Dariusz Faron

"Pamiętaj, że jesteś zerem". Mocne oskarżenia pod adresem znanego trenera

Niniejszy artykuł może zawierać nieprawdziwe informacje i bezpodstawne sugestie mogące naruszać dobra osobiste. Jest on przedmiotem sporu w postępowaniu o ochronę dóbr osobistych, które toczy się przed Sądem Okręgowym w Warszawie i jest publikowane jako zabezpieczenie udzielone przez Sąd na czas trwania procesu.

"Często wybierał dziewczyny z rozbitych rodzin. Niszczył psychicznie przez lata, były też przypadki molestowania seksualnego. Wszyscy widzieli, lecz nikt nie reagował. Panicznie się bałyśmy. Czas przerwać milczenie, żeby nikogo już nie skrzywdził".

Oto #HIT2021. Przypominamy najlepsze materiały mijającego roku.

* Czternaście koszykarek oskarża na naszych łamach znanego trenera o znęcanie się psychiczne. Szkoleniowiec miał też dopuszczać się molestowania 

* Trzynaście naszych rozmówczyń to byłe uczennice elitarnej Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Łomiankach. Nadzór nad placówką sprawuje Polski Związek Koszykówki 

* "Biegasz jak pizda", "wypierdalaj z drużyny" - takie słowa miały padać z ust pedagoga pod adresem koszykarek. Trener stanowczo zaprzecza oskarżeniom

Autorzy: Dariusz Faron, Marek Wawrzynowski 

ZŁY SEN 

Wiktoria: Podcięcie żył musi bardzo boleć, więc zastanawiałam się nad skokiem z mostu albo tabletkami. Chciałam zasnąć i się nie obudzić. Nikt nie traktował mnie jak on. Do dzisiaj zadaję sobie pytanie: dlaczego? Przecież nie zrobiłam mu nic złego. 

Dominika: Leczę się na depresję i stres pourazowy. Jestem pod opieką psychiatry, biorę leki. Gdy wzywał mnie do siebie, sztywniało mi całe ciało i nie mogłam złapać oddechu. Specjaliści nie mają wątpliwości, że przeżyłam traumę. Nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby nie rodzina i przyjaciele. Naprawdę byłam u kresu.

Lidia: Zniszczył mi dzieciństwo. W szkole byłam na tabletkach uspokajających, bez nich nie mogłam zasnąć. Ciągle mam koszmary. Kilka razy w miesiącu śni mi się facet, który obserwuje mnie z auta lub zza drzewa. Chce mnie skrzywdzić. Kiedy go zauważam, budzę się z krzykiem. Psycholog mówi, że to efekt traumy. 

Wiktoria, Dominika i Lidia są byłymi uczennicami Szkoły Mistrzostwa Sportowego w podwarszawskich Łomiankach. To prestiżowa, wręcz elitarna placówka, o której marzy wiele dziewczyn. Jeśli trafiasz do SMS-u, wjeżdżasz na autostradę do kariery. Koszykarki z Łomianek lądują w silnych klubach, a szkoła chwali się, że trzydzieści jeden absolwentek wystąpiło w reprezentacji.

Jednym z głównych architektów sukcesu SMS-u jest trener Roman Skrzecz. Ze szkołą był związany od początku jej istnienia (1997), rozstał się z nią dopiero w ubiegłym roku. Przez blisko 20 lat współpracował też z Polskim Związkiem Koszykówki, głównie jako trener reprezentacji młodzieżowych i koordynator szkolenia. W 2005 roku doprowadził żeńską kadrę U-20 do wicemistrzostwa Europy. 

To o nim mówią Wiktoria, Dominika i Lidia. I nie tylko one. 

Czternaście koszykarek opowiada na łamach WP SportoweFakty, że trener Skrzecz znęcał się nad niektórymi zawodniczkami psychicznie, miało też dochodzić do przypadków molestowania seksualnego. Trzynaście kobiet to byłe uczennice SMS-u w Łomiankach, jedna spotkała się ze szkoleniowcem wyłącznie w młodzieżowej reprezentacji Polski. 

Łącznie skontaktowaliśmy się z 33 byłymi podopiecznymi trenera Skrzecza. O przypadkach przemocy psychicznej bądź molestowaniu opowiedziało nam 16 kobiet, dwie poprosiły później, by nie cytować ich wypowiedzi. Sześć kobiet pozytywnie wspomina trenera lub ogólnie SMS. Reszta nie chciała zabierać głosu.

Na prośbę zawodniczek zmieniliśmy ich imiona. Trenowały pod okiem Romana Skrzecza mając od piętnastu do dziewiętnastu lat. Choć niektóre kobiety nigdy nie spotkały się w szkole, ich doświadczenia są bardzo podobne. Nie podajemy lat, z których pochodzą wspomnienia, by uniemożliwić identyfikację bohaterek. 

POKAZAĆ CI, GDZIE MASZ KROCZE? 

Według zawodniczek Roman Skrzecz kocha koszykówkę, ma rozległą wiedzę taktyczną i potrafi podnosić umiejętności podopiecznych. Mimo to o współpracy z nim wolałyby zapomnieć.

Słowa trenera, które najbardziej zapadły im w pamięć:

"Jesteś tak miękka, że nawet nie potrafiłbym wejść".

"Nie wypinaj się tak, bo zaczyna mi się robić ciepło".

"Pokaż jej cycki, to może ci poda".

"Penetrujcie rywalki tak, jak chciałybyście, żeby penetrował was chłopak".

"Szorujcie futrem po parkiecie". 

"Macie łapać piłkę w dwie ręce, bo chłopak lubi, jak się łapie w dwie, nie w jedną".

"Jedziesz na weekend do chłopaka? Pamiętaj, żeby się nie kurwić". 

"Źle siedzisz. Obróć się, bo nie widzę tego, co bym chciał".

Weronika: Kiedy szłam do SMS-u, starsze koleżanki mnie ostrzegały. W każdym roczniku wybierał dziewczynę do gnębienia i swoją "ulubienicę".

Paulina: Często szukał kontaktu fizycznego, całował w policzek. Otwarcie mówiło się, że sypiał z młodymi koszykarkami, w środowisku była to wiedza powszechna. 
 
Agnieszka: Raz mnie objął i rzucił: "Coś ci wystaje spod stanika". Nie wiedziałam, jak się zachować, więc uśmiechnęłam się i odeszłam. Gdy miałam rehabilitację, złapał mnie przy samym końcu uda. "Napnij, bo tutaj lubię najbardziej". Te teksty sprawiały, że czułam się molestowana seksualnie. Bałam się z nim zostać sama. Bardzo często komentował wygląd naszych piersi. Był po prostu obrzydliwy, w trzeciej klasie nazywałyśmy go "zbokiem".

Beata: Często padały zdania o podtekście seksualnym. "Jak widzisz dziurę, to penetruj", "masz takie długie nogi, to w końcu je do czegoś wykorzystaj". Granice były przekraczane. Kilka razy zastanawiałam się, czy nie opuścić szkoły ze względu na obciążenie psychiczne. Gdybym cofnęła czas, chyba nie poszłabym do SMS-u. Już wcześniej miałam obniżone poczucie własnej wartości, po szkole to się nasiliło. Trener Skrzecz sprawił, że zmienił się mój stosunek do koszykówki.

Gosia: Do mnie powiedział: "Krocze musi być nad linią. Pokazać ci, gdzie je masz?". Miałam piętnaście lat. Jego słowa mnie uderzyły, ale z trenerem się nie dyskutowało, więc spuściłam wzrok. Podobne teksty rzucał pod adresem koleżanek. To było żenujące. Trener Skrzecz ma bardzo dużą wiedzę o taktyce, zna się na koszykówce, potrafi trenować. Natomiast jako człowieka omijam go szerokim łukiem.

Asia: Pewnego razu osiągnęłam sukces ze swoją drużyną. Wieczorem wróciłam do bursy. Poszłam się przywitać z trenerem. Powiedział: "Gratulacje, super ci poszło". Lekko się do mnie przytulił i stwierdził: "Ale mięciutko i przyjemnie!". Upokorzył mnie. Czułam, że stało się coś, czego nie chciałam. Odwróciłam się i odeszłam. 

Asia kontynuuje: – Na treningach łapał za kolana, uda, dotykał okolic dekoltu, głaskał po ręce. Przeważnie wybierał dziewczyny z rozbitych rodzin. Raz przebudziłam się w nocy, bo chciało mi się pić, a woda w bursie była przy pokoju trenerów. Dobiegały z niego odgłosy seksu. Następnego dnia zapytałam o to dziewczynę, która była blisko jednego z trenerów. Powiedziała: "No przecież wiesz, że [tu pada imię zawodniczki] sypia ze Skrzeczem".

Ada: Skupiał się na dziewczynach, które miały nazwisko. Ja byłam dla niego nikim. Ale widziałam, co się dzieje. Wieczorem trener zamykał się z jedną czy dwiema zawodniczkami. Nieraz zostawiał uchylone drzwi i wszystko było widać. Łapał za kolano albo udo, przytulał… Niektóre się cieszyły, bo dotyk oznaczał, że nie będzie cię gnoił.

Marta: Widziałam, jak traktował koleżanki. Jak je ranił. Na treningach reprezentacji do lat szesnastu rzucał podteksty seksualne. Nie wiedziałyśmy, jak zareagować. Potem zastanawiałyśmy się, co ten gość gada?! Wiedziałyśmy, że ma wtyki w Polskim Związku Koszykówki i że może zaszkodzić naszym karierom.

Koszykarki mówią, że powinniśmy porozmawiać z Ulą. W swoim roczniku była kapitanem zespołu.

Oto jej historia.


ULA: NAZYWAŁ MNIE KSIĘŻNICZKĄ

Do SMS-u trafiłam jako szesnastolatka. Spełniły się moje marzenia, szkołę traktowałam jak drugi dom.

Trener nazywał mnie księżniczką, ale nie zwracałam na to uwagi. Moja czujność była uśpiona. Zdarzały się też dziwne komentarze trenera, lecz brakowało mi doświadczenia oraz odwagi, by się temu przeciwstawić. Myślałam tylko o rozwoju i graniu.
 
Pewnego razu pojechaliśmy na turniej międzynarodowy. Każda zawodniczka miała pokój otwierany kartą. Była noc, jakoś po pierwszej. Prawie już spałam, gdy nagle usłyszałam szarpnięcie za klamkę. Zobaczyłam w drzwiach trenera Skrzecza. Zapytałam, co się stało, ale nie odpowiedział. Pokazał tylko kartę, która otwiera wszystkie pokoje. Był czerwony na twarzy, więc zapytałam, czy jest pijany, a on na to, że "na turnieju nigdy by sobie nie pozwolił".
 
Usiadł na brzegu łóżka. Prowadziliśmy jakąś rozmowę o drużynie. Potem złapał mnie za kolano. Włożył mi rękę pod koszulkę, ocierał się o moje piersi. Nie wiedziałam, co się dzieje i co mam zrobić. Myślałam tylko: "Boże, ja już z tego nie wyjdę". Dopiero po chwili wydukałam, że to, co robi, jest chore. Wtedy przerwał. Pocałował mnie w czoło, powiedział: "Do zobaczenia". I wyszedł. A ja leżałam bez ruchu, byłam przerażona. 

Bałam się jego powrotu. Pomyślałam, że muszę zablokować drzwi, ale nie było czym. Poszłam do łazienki i puściłam wodę, żeby nikt nie słyszał, jak płaczę. Gdy wróciłam do łóżka, nadal czułam strach. Pukałam do pokojów koleżanek, by nie być sama, ale ze względu na późną porę nikt nie otworzył.

Rano trener napisał mi wiadomość. "Chciałbym widzieć w twoich oczach ogień. Wiem, że zawaliłem".

Po śniadaniu zapytał, czy się zobaczymy. Przyszłam na spotkanie. Znowu się bałam. Usłyszałam od niego: "Przepraszam, jesteś bardzo atrakcyjna, powinnaś zrozumieć. Nie zrobiłbym ci krzywdy. Myślałem, że chcesz".  A potem dodał coś, czego nie zapomnę: 

"Inny mógłby ci nie odpuścić".
 
Nic z tym nie zrobiłam, ciągle odczuwałam strach. Nie chciałam zostać bohaterką skandalu. Poza tym czułam się winna. Byłam ofiarą i nie potrafiłam o siebie zawalczyć. Starałam się zapomnieć. Dopiero jakiś czas po opuszczeniu szkoły zdobyłam się na odwagę, by powiedzieć bliskim o sytuacji z trenerem. Zdałam sobie sprawę, że muszę coś z tym zrobić.

Przeżycia z tamtej nocy ciągle mają na mnie duży wpływ, ale nie chciałabym mówić o szczegółach. Czasem wracają do mnie słowa trenera: 

"Inny mógłby ci nie odpuścić". 

JESTEŚCIE GRUBYMI ŚWINIAMI 

Koszykarki zarzucają trenerowi Skrzeczowi, że przez lata znęcał się nad nimi psychicznie. Według nich niemal każdy dzień w SMS-ie wyglądał tak samo.
 
Przed treningami: nerwy, strach, ataki paniki. 

Po nich: płacz w poduszkę. 

Aż pewnego dnia budzisz się po nocy pełnej łez i uświadamiasz sobie, że coś, co miało być spełnieniem marzeń, zmieniło się w koszmar. Zwlekasz się z łóżka, widzisz w lustrze spuchnięte oczy i powtarzasz sobie setny raz, że musisz zacisnąć zęby. Dostałaś życiową szansę. Nie po to jako nastolatka opuściłaś rodzinny dom, żeby teraz rezygnować z marzeń. Dotarłaś już tak daleko, tyle poświęciłaś… Nie możesz tego spieprzyć. 

Pocieszasz się, że nie jesteś sama. Koleżanki słyszą przecież te same teksty. 

Zawodniczki podają nam drugą listę cytatów trenera Skrzecza: 

"Wypierdalać! Jesteście głupie!"

"Macie zapierdalać, nic lepszego was w życiu nie czeka!"

"Nikt was nie zechce! Jesteście grubymi świniami"

"Ty debilko!" 

"Ty gnoju!"
 
"Jesteś zerem! Nikim! I nic nie potrafisz!" 

"Wypierdalaj z tej drużyny".

Agnieszka: Na treningu zmieniał się w tyrana. Powtarzałyśmy w szatni, że szanujemy go jako trenera, ale jako człowiek jest skurwysynem. Gdy ktoś mu się przeciwstawiał, wpadał w furię. Walił w stoły, krzyczał, trząsł się. I to dlatego, że nie zabrałyśmy bluzy z treningu albo nie przybiłyśmy piątki. Chciał, żeby za wszystko go przepraszać. Jeśli któraś tego nie zrobiła, czekaliśmy, aż "winowajczyni" się ugnie. 

Agnieszka dodaje: – W SMS-ie miałam ataki paniki. Pewnego dnia siedziałam w pokoju po treningu i odrabiałam lekcje. Nagle powiedziałam do współlokatorki: "Nie mogę złapać oddechu". Zrobiło mi się słabo, wezwałyśmy karetkę. Potem wiedziałam już, że gdy mam atak, potrzebuję chwili dla siebie. Po jednym z nich usłyszałam od trenera: "Jesteś nienormalna, nie potrafisz sobie poradzić z najłatwiejszą rzeczą".  

Paulina: Przez lata non stop mnie poniżał. Wrzeszczał: "Ty debilko!". Próbował pokazać mi, że jestem zerem. Nasza komunikacja ograniczała się do treningów, a więc do krzyku. Nie lubiłam zajęć, wiele dziewczyn się ich bało. Okazywałyśmy trenerowi szacunek, by nie było jeszcze gorzej. Raz na zebraniu powiedział koleżance, że "będzie sprzątać kible". Mój psycholog przyznał, że ma więcej pacjentek, które wspominają o trenerze Skrzeczu.
 
Alicja: Pamiętam, jak pojechałyśmy na zagraniczny turniej. Wygrałyśmy mecz, ale nie spisałam się dobrze i miałam kryzys. Po meczu się rozpłakałam. Narzuciłam ręcznik na głowę. Nie widziałam, że Skrzecz chciał mi przybić piątkę. Gdy wysiadaliśmy z autokaru pod hotelem, powiedział: "Kupię ci bilet i wypierdalaj stąd". Byłam w szoku, nie wiedziałam, co się dzieje. Odpowiedziałam: "Nikt z mojej drużyny mnie nigdy nie złamał. A trener właśnie to zrobił". Znowu się rozpłakałam. Odwróciłam się i odeszłam. Miałam siedemnaście lat. 
 
Ada: Powtarzał: "jesteś nikim", "jesteś za gruba, więc nikt cię nie zechce", "jeśli wyjedziesz ze szkoły, nie zagrasz już w koszykówkę", "nie masz nazwiska!". Codziennie patrzył mi w talerz. Był dla mnie autorytetem, więc uwierzyłam, że mam poważny problem z wagą. Traktowałam jego słowa jak święte. W krótkim czasie kazał mi zjechać osiem kilogramów. Schudłam dziewięć. 
 
Ada kontynuuje: – Szarpał, popychał i krzyczał. Doprowadzał do tego, że jego ulubienice gnoiły młodsze zawodniczki. Pewnego dnia przyszłam na trening wcześniej, żeby wybrać piłkę. Starsza dziewczyna napluła mi pod buty. "Nie umiesz nawet kozłować. Jesteś nikim. Nie masz tu nic do gadania, oddaj piłkę!".
 
Wiktoria: Nazywałyśmy szkołę Zakon Sióstr Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Marzyłyśmy o psychologu. O kobiecie, z którą mogłybyśmy porozmawiać, ale nie było nikogo takiego. Faceci mieli nad nami całkowitą kontrolę. Gdy szłam do trenera Skrzecza, serce od razu biło mocniej. Zastanawiałam się, o co tym razem będzie się wydzierał. Pamiętam, jak wracałyśmy z przegranego meczu. Miałam słuchawki na uszach i nie słyszałam, że jest wcześniejsza cisza nocna. Około 21:00 wyszłam na korytarz wywiesić pranie. On mnie zauważył, krzyczał na całą bursę. Wycofałam się, stanęłam w drzwiach i wtedy trzasnął nimi tuż przede mną. Niewiele zabrakło, a złamałby mi nos.


DOMINIKA: DO DZIŚ MAM BLIZNY 

Od pierwszej klasy znęcał się nade mną psychicznie. Zagroził, że jeśli nie schudnę, wyrzuci mnie ze szkoły, choć moja waga była dobra. Przez pewien czas musiałam się codziennie ważyć i raportować. Skrzecz zaglądał mi do talerza. Ze strachu, że przytyję, przestałam jeść, nie miałam siły. Jechałam na wodzie, ryżu i warzywach. Wydzielałam sobie bardzo małe porcje, w krótkim czasie zrzuciłam siedem kilogramów. Gdy zjadłam trochę więcej, bałam się, że Skrzecz będzie krzyczał. Dlatego wymuszałam wymioty. Inny trener zauważył, co się dzieje i pilnował, bym jadła chociaż śniadania. Pomógł mi. 

Trener Skrzecz upokarzał mnie przed drużyną. We wszystkim widział moją winę. Potrafił się wydrzeć, że za cicho powiedziałam "dzień dobry" i że go nie szanuję. Na meczu mnie szarpał, wyzywał od "gnojów". W drugiej klasie mój stan psychiczny się pogorszył. Codziennie po powrocie z treningu płakałam w poduszkę. Czułam się bezsilna, nie chciałam wychodzić z pokoju. Psycholog powiedział, że już wtedy był to stan depresyjny.

Nie mogłam znieść słów trenera. Zaczęłam się okaleczać, drapiąc się do krwi. Robiłam to nieświadomie na treningach, meczach czy spotkaniach drużyny… Nie kontrolowałam się. Dziewczyny to zobaczyły i próbowały pomóc. Łapały mnie za ręce albo dawały znaki, żebym przestała. Przy drapaniu leciały mi z oczu łzy. Skrzecz nazywał mnie wtedy beksą. "Znowu się mażesz?! Potrafisz tylko to!".
   
Nienawidzę go. Nigdy nie usłyszałam od niego słowa "przepraszam", choć na nie czekałam. 

W szkole rozwinęłam się sportowo, ale poniosłam zdecydowanie za wysoką cenę. 

Do dziś mam na rękach blizny.
(Fot. Thierry Orban / Sygma / Getty Images) (Fot. Thierry Orban / Sygma / Getty Images)

DAGMARA: NAWET OJCIEC MNIE TAK NIE SKRZYWDZIŁ

Dagmara: O tym, co powiem, wie bardzo niewiele osób. Chyba tylko najbliższe przyjaciółki z drużyny. 

Miałam ciężkie dzieciństwo, wychowywałam się z ojcem alkoholikiem. Ale nawet on nie zniszczył mnie tak jak trener Skrzecz. I nie wywołał takiej traumy. 

Najpierw trener sypał podtekstami seksualnymi pod moim adresem. Najczęściej komentował wygląd pupy. Mówił: "Zepnij te jędrne pośladki". Szybko to przerwałam. Przed treningiem powiedziałam mu, że nie życzę sobie takiego traktowania. Popatrzył na mnie jak na idiotkę. Widać było, że bardzo go to zezłościło. 

Wtedy wszystko zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Trener Skrzecz zaczął mnie gnębić, nieustannie krytykował. Powtarzał, że do niczego się nie nadaję i że nie powinnam grać w koszykówkę. Raz coś mu się nie spodobało, więc wydarł się na całą salę: "Czy ciebie popierdoliło?!". Nie odpowiedziałam, bo ukarałby całą drużynę.

Znęcał się nade mną ponad dwa lata. Zdarzało się, że mnie popchnął albo szarpnął. Na szczęście doznałam kontuzji, która mnie uratowała. Sprawiła, że trochę zniknęłam mu z pola widzenia. Ale nadal dochodziło do trudnych dla mnie sytuacji. Na początku trzeciej klasy miałyśmy z trenerem rozmowę. Krytykował nasze zachowanie, nagle spojrzał na mnie:

"Ciebie to chyba popierdoliło. Ciągle tylko napierdalasz o operacji. Powinnaś biegać, a nie, kurwa, nic nie robić!".

Co roku chciałam odejść z SMS-u. Przetrwałam dzięki dziewczynom z klasy i innym nauczycielom. Zatrzymywały mnie też słowa trenerów, którzy powtarzali, że jeśli zmienimy szkołę, nic już z nas nie będzie i przestaniemy grać w koszykówkę. Zostałam ze strachu.
 
Skrzecz wzbudził we mnie poczucie winy. Myślałam, że to ja jestem dziwna. Moim zdaniem trener ma skłonności sadystyczne. Gdy ktoś się trząsł, on krzyczał jeszcze głośniej. Wściekał się tak, że z ust leciała mu ślina, a na twarzy pojawiał się pot. Aż mam ciarki, gdy o tym opowiadam. Gnębił nas z pełną premedytacją. Wydaje mi się, że nie zna innego sposobu, by zapanować nad grupą. 

Pobyt w szkole mocno wpłynął na moją psychikę. Do dziś walczę ze stanami depresyjnymi i lękowymi. Zastanawiałam się nad terapią. Wczoraj mój obecny trener napisał mi: "hej, Daga, wpadnij do mojego biura". Od razu zaczęłam się trząść i pocić. Wiedziałam, że nic mi nie zrobi, ale mam ten odruch po szkole w Łomiankach. Właśnie tak reagowałam, gdy wzywał trener Skrzecz. Za każdym razem zastanawiałam się, czy nie wyrzuci mnie ze szkoły. Często kończył rozmowę zdaniem: "Jeśli ci się nie podoba, to wypierdalaj". Nawet dziś słyszę w myślach, jak wykrzykuje te słowa. 
 
Nie chcę już spotkać tego człowieka. Jeśli tak się stanie, ominę go szerokim łukiem. Nie znam drugiej osoby, którą tak napędzałoby cudze nieszczęście. Pocieszam się, że nie miałam najgorzej. 

Inne dziewczyny gnoił jeszcze bardziej. 


NIE UMIESZ WYGRAĆ, TO ZŁAM JEJ NOGĘ 

Asia: Co roku wybierał osobę, którą najbardziej gnoił. Padło na mnie. Wyzwiska i obrażanie były codziennością, nikt się nie sprzeciwiał. Porównywał nas do gówna. Mówił: "jesteś zerem", "jesteś nikim". Potrafił stanąć przed zawodniczką i krzyczeć, jakim jest dnem i beztalenciem. Wydzierał się, że nic nie osiągnie. Podobało mu się, że po jego słowach dziewczyna się trzęsie. Ładowało go to. Gdy ktoś płakał, on się uśmiechał.
 
Raz na treningu broniłam akcje koleżanek i świetnie mi szło. Żadna nie trafiała do kosza. Skrzecz się wściekł, przerwał zajęcia. Krzyczał do dziewczyn: "Jak nie potrafisz z nią wygrać, to uderz ją, kopnij, złam jej nogę albo rękę!". Wpadł w furię. Koleżanki po prostu zaniemówiły, zrobiły wielkie oczy. Odpowiedziałam: "Słucham?!". A on szyderczo się uśmiechnął i wznowił trening. Po raz pierwszy pomyślałam, że może mi się stać krzywda fizyczna. Mówił dziewczynom: "Macie zrobić wszystko, żeby ją pokonać, bo jest tutaj najsłabsza".
 
Mama dzwoniła do trenera cztery dni z rzędu, żeby porozmawiać o jego zachowaniu. Nie odbierał, a po dwóch dniach wezwał mnie do siebie. "Co, znowu wypaplałaś wszystko rodzicom?". Odpowiedziałam, że nie mam przed nimi tajemnic. Stwierdził: 

– Jesteśmy jednością. Nie masz prawa o tym opowiadać, to wewnętrzne problemy zespołu.

– Będę mówić, o czym chcę, to przecież moi rodzice. Mama prosi, by odebrał pan telefon.

Jestem dumna, że przy trenerze nigdy nie leciały mi łzy. Obiecałam to sobie. Nie chciałam, by zobaczył, że mnie złamał. Za to codziennie płakałam w poduszkę. Gdy po weekendzie wracałam do szkoły, też płakałam, a rodzice ze mną. Widzieli moje cierpienie, ale wiedzieli, że odejście z SMS-u potraktuję jako rezygnację z marzeń. Myślałam, że ta szkoła to jedyna droga do sukcesu.
 
Czułam przed trenerem paniczny strach. W trzeciej klasie wpadłam w letarg, wszystko było mi obojętne. Nawet już nie płakałam. Byłam w szkole obecna tylko fizycznie. Zniszczył mnie, wyssał chęć do życia. Zadawałam sobie pytanie: dlaczego trenerzy mnie tu chcą, skoro jestem takim złem? Skrzecz zrobił mi pranie mózgu. Nie znał granic. Nie uznawał, że ktoś jest już wystarczająco zgnębiony, tylko dociskał. Do upadłego… 

Przez ostatnie trzy tygodnie szkoły skreślałam dni w kalendarzu, bo nie mogłam już wytrzymać. Mówiłam rodzicom: "jeszcze dziesięć, dam radę…". Jak tylko rok szkolny oficjalnie się zakończył, wyszłam z walizką. Nie chciałam nawet patrzeć tym ludziom w oczy.

Parę dziewczyn przeprosiło mnie, że nie reagowały na moją krzywdę. Za bardzo się bały.
(fot. Getty Images / Westend61). (fot. Getty Images / Westend61).

SŁABE JEDNOSTKI ODPADNĄ

Lidia: Cały czas słyszałam, że jestem beznadziejna. Uwierzyłam w to. W wieku siedemnastu lat przeżyłam tyle przykrych chwil, że nie mieści mi się to w głowie. Raz powiedział na treningu, że "biegam jak pizda". Poprosiłam, by się tak do mnie nie zwracał. Potem rzucił do innych trenerów, że "jestem słaba psychiczna, a słabe jednostki same odpadną".
 
Nie podobało mu się, że nie wchodziłam z nim w dyskusję i się nie podlizywałam. Zaczęło się odpychanie mnie od zespołu. Nie dawał mi grać. Tłumaczył: "Jesteś za słaba". Potrafił rzucić przy innych trenerach: "Tylko żebyś się nie kurwiła, jak wyjeżdżasz".
 
Byłam na tabletkach uspokajających, bez nich nie mogłam zasnąć. Ile można płakać w poduszkę? W pewnym okresie wpadałam w histerię. Wchodziłam na godzinę albo dwie do szafy, żeby się odciąć i posiedzieć w samotności. To pokazuje, w jakim byłam stanie.
 
Kiedy poinformowałam, że chcę odejść ze szkoły, Skrzecz wezwał mnie do siebie. "Jeśli nas opuścisz, dopilnuję, że już nigdy nie zagrasz w koszykówkę". Odpowiedziałam: "Jestem niepełnoletnia, proszę rozmawiać o takich sprawach z rodzicami”. Wtedy dostał szału. Powiedział, "żebym się pakowała i wypierdalała".
 
Do dziś pracuję z psychologiem.


MŁODSZA PILNOWAŁA DRZWI 

Zawodniczki twierdzą, że nie tylko trener Skrzecz molestował je seksualnie. Wskazują innego pracownika szkoły, który już jakiś czas temu rozstał się z placówką. Miał regularnie pić w bursie alkohol i namawiać do tego koszykarki.
  
Ada: Ten człowiek nie bał się niczego. Miał ulubioną ofiarę. Zamykał się z nią w pokoju, a jednej z młodszych dziewczyn kazał pilnować drzwi. Raz na imprezie siedział z drinkiem i patrzył, jak dziewczyny się bawią. Nagle zaproponował: "może jakiś masaż relaksacyjny?". Koleżanki leżały bez staników, a on je masował. Dotykał ich piersi. Nie protestowały. Był dla nas miły, a kiedy masz piętnaście, szesnaście lat, nie zawsze potrafisz odróżnić normalne zachowanie od zła. W szkole każdy powtarzał, że chce naszego dobra. Wierzyłyśmy.
 
Wiktoria: Pewnego wieczoru byłyśmy z koleżanką w jego pokoju. Kupił nam wódkę smakową. Od razu wydała nam się mocna. Potem rozmawiałyśmy, że mógł coś do niej dodać. Niewiele pamiętam z tej nocy, ale wiem, że dotykał językiem moich miejsc intymnych. Byłam sparaliżowana. Na drugi dzień czułam się upokorzona i pełna wstydu. Po odejściu ze szkoły byłam w bardzo złym stanie psychicznym. Miałam myśli samobójcze, zaniżoną samoocenę i problemy w życiu seksualnym. Nikt nie wie, ile nocy przepłakałam w SMS-ie. 

Nie podajemy imienia i nazwiska człowieka, o którym mówią Ada i Wiktoria. Mimo usilnych prób nie udało nam się z nim skontaktować. Nie mógłby więc odnieść się do zarzutów. 


ROMAN SKRZECZ: TO BEZPODSTAWNE INSYNUACJE 

Ale robi to Roman Skrzecz. Po rozmowach z zawodniczkami zgłaszamy się do niego, by skonfrontować wersje obu stron. Trener podaje warunki: będzie nagrywał przebieg spotkania i odniesie się do oskarżeń w obecności świadka. Oczywiście na to przystajemy. Szkoleniowiec wyznacza termin na czwartek, 19 sierpnia, lecz w środowy wieczór odwołuje spotkanie. I wysyła nam komunikat: 

"Szanowny Panie Redaktorze, 

Uprzejmie informuję, że odwołuję jutrzejsze spotkanie. Wyjaśniam przy tym, że przyczyną powyższego jest szereg napływających do mnie od moich współpracowników oraz zawodniczek niepokojących informacji o charakterze podejmowanych przez Pana w niniejszej sprawie działań. Kategorycznie zaprzeczam formułowanym wobec mojej osoby zarzutom. Mogę zgodzić się na udzielenie Panu odpowiedzi na piśmie na przesłane pytania. 
 
Uprzejmie informuję nadto, biorąc pod uwagę powyższe, że liczę, iż rzetelnie sprawdzicie Państwo przekazywane Wam informacje przed ewentualną publikacją, zastrzegając skutki prawne w przypadku naruszenia moich dóbr osobistych, w szczególności renomy i dobrego imienia".
 
Wysyłamy więc pytania drogą mailową. Przy odpowiedziach trenera zachowujemy oryginalną pisownię.
  
Byłe zawodniczki SMS-u oskarżają Pana o znęcanie się psychiczne i molestowanie seksualne. Jak się Pan do tego odniesie?

Kategorycznie zaprzeczam takim oskarżeniom. Jest to nieprawda. Odniosę się do zawartych pytań również dlatego, że z całej Polski docierają do mnie od wielu osób, w tym byłych zawodniczek SMS-u informacje, że formułowane do nich przez Państwa zapytania, jak również wskazywane pobudki Państwa działań są niezrozumiałe, jak również oburzające, a insynuacje bezpodstawne. Ponadto zapewnianie przez Państwa rozmówców o anonimowości i nie kontynuowanie wywiadów z tymi, które przedstawiają mnie w dobrym świetle, upewnia mnie jedynie w przekonaniu, że zamierzeniem działań jest przedstawienie mnie w negatywnym świetle, a nie dążenie do prawdy.

Według zawodniczek sypiał Pan z podopiecznymi i "była to w szkole wiedza powszechna". Jak Pan to skomentuje?    

Kategorycznie zaprzeczam takim oskarżeniom. Nie znam pobudek osób, którym z taką łatwością przychodzi mówienie, tak obrzydliwych i nieprawdziwych rzeczy i twierdzenie, że była to wiedza powszechna. Skoro taka była, to dlaczego do Państwa nie dotarła dużo wcześniej, jaki rodzic zdecydował by się oddać pod moją opiekę swoje dzieci? 

Rozmówczynie mówią nam, że "łapał Pan za kolano, udo, dotykał okolic dekoltu oraz głaskał po ręce". Ustosunkuje się Pan do tego? 

Nigdy z mojej strony takiego zachowania nie było. W swojej pracy trenera na boisku w obecności całego zespołu zdarzało się i to jest normalne, korygować ustawienie zawodniczek, były to sytuacje wynikające z merytorycznego uwarunkowania mojej pracy trenera. Prawidłowość wykonywania ćwiczeń  w istotny sposób wpływa na prawidłowy rozwój zawodnika, czy też unikanie kontuzji. Natomiast w swoim pytaniu Pan sugeruje (Pana rozmówczynie), że mogłoby mieć to charakter czynności o podłożu seksualnym. Jest to całkowicie nieprawdziwe oskarżenie.

Zawodniczki cytowały nam słowa, które miały od Pana usłyszeć. Przykłady: "pokaż cycki, to ci poda", "szorujcie futrem po parkiecie", "nie wypinaj się tak, bo zaczyna mi się robić ciepło". Czy padały z Pana ust takie komentarze?

Kategorycznie zaprzeczam użyciu zacytowanych sformułowań. Nigdy nie spotkałem się z negatywnym komentarzem do moich słów zarówno ze strony podopiecznych, ani ich rodziców.
 
Komentował Pan na treningach wygląd pupy i / lub piersi koszykarek?

Nigdy nie komentowałem wyglądu moich zawodniczek.

Jedna z kobiet twierdzi, że raz na turnieju wieczorem wszedł Pan do jej pokoju w piżamie, usiadł na łóżku i ją dotykał, wkładając jej rękę pod koszulkę i ocierając się o jej piersi. Prosimy o odniesienie się.

Kategorycznie zaprzeczam takiemu oskarżeniu. Nigdy nie było takiej sytuacji, to kolejne obrzydliwe kłamstwo. 

Czy kiedykolwiek zdarzyło się Panu szarpnąć lub popchnąć zawodniczkę?

Nigdy celowo, złośliwie czy z premedytacją w celu wyrządzenia krzywdy nie miałem kontaktu z zawodniczkami. 

A obrazić? Koszykarki mówią, że regularnie je Pan wyzywał, poniżał i doprowadzał do płaczu.

Kategorycznie zaprzeczam takim oskarżeniom. Zdarza się, że powiedzenie zawodnikowi, nie robisz postępów, potrafi go w taki stan wprowadzić. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, jakie stwierdzenia mogą wywołać w drugiej osobie przykrość, jednak mówienie o obrażaniu, czy wyzywaniu jest zwyczajnie nadużyciem. Nigdy w mojej pracy nie było moją intencją, by kogokolwiek obrażać, wyzywać, poniżać czy doprowadzać do łez. Zawsze też stałem na straży poszanowania obowiązujących zasad, regulaminów, reguł czy też dobrego wychowania. 

To fragment naszej rozmowy z trenerem Romanem Skrzeczem. Cały wywiad publikujemy W TYM MIEJSCU. 
(fot. Getty Images / Compassionate Eye Foundation / Robert Kent). (fot. Getty Images / Compassionate Eye Foundation / Robert Kent).

DZIEWCZYNKI, CZEMU JESTEŚCIE SMUTNE?
 
Koszykarki mają żal nie tylko do Romana Skrzecza. Zadają pytanie: jak to możliwe, że w elitarnej szkole przez lata dochodziło do dręczenia psychicznego oraz przypadków molestowania seksualnego i nikt tego nie dostrzegł? 

Dominika: Wszyscy widzieli, co się dzieje. Na pierwszym miejscu powinno być nasze dobro. Rodzice odbyli spotkanie z panią dyrektor, panem Skrzeczem i innymi trenerami. Otwarcie mówiliśmy – ja, mama i tata – że Skrzecz znęca się nad nami psychicznie. Inni trenerzy w ogóle się nie odzywali, a pani dyrektor zignorowała sprawę.

Ula: Ludzie, którzy widzieli, jak się zachowuje trener i nic nie zrobili, powinni się wstydzić. A on sam musi ponieść konsekwencje. Dla mnie najważniejsze, by nie pracował już z młodymi dziewczynami. 

Dagmara: Pani dyrektor skupiała się na utrzymaniu posady. Mówiłyśmy na lekcjach, jak traktuje nas trener Skrzecz. Zawsze odpowiadała: "Dziewczynki, pan Roman na pewno tak nie mówił". Zresztą dyrektorka przychodziła na mecze, więc widziała, co się dzieje. Inni trenerzy chyba bali się odezwać. 

Joanna: Raz dyrektorka przyszła na lekcję i wcieliła się w rolę dobrej cioci. 

– Dziewczynki, czemu jesteście takie smutne? 

– Nasłuchałyśmy się od trenera. 

– A co powiedział? 

– Mnie na przykład zwyzywał – odezwała się jedna z koleżanek. 

– Daj spokój, na pewno nie miał nic złego na myśli. Gdzieżby pan Romek cię zwyzywał…

Agnieszka: Opowiedziałyśmy dyrektorce o kilku sytuacjach i wyzwiskach trenera. Odpowiedziała: "To wszystko, dziewczynki, dla waszego dobra. Musicie zobaczyć drugie dno, spojrzeć z innej perspektywy". Mam pytanie do PZKosza: jak mógł zatrudniać człowieka, który niszczył zawodniczki? Cóż, wiem, jak to wygląda w związkach sportowych. Nigdy nie wywalisz kogoś, kto zdobywa medale i ma osiągnięcia. 


BYŁA DYREKTORKA: KOCHAM PANA SKRZECZA, TO OSTATNI ROMANTYK 

Prosimy o komentarz byłą dyrektorkę placówki, Teresę Juranek. Tak jak Roman Skrzecz odeszła ze szkoły w zeszłym roku. 
 
Dariusz Faron: Trzynaście byłych podopiecznych trenera Skrzecza opowiedziało nam, że przez lata molestował zawodniczki seksualnie i dręczył je psychicznie. Dwanaście z tych kobiet to byłe uczennice SMS-u (po naszej rozmowie z panią dyrektor na opublikowanie swojej wypowiedzi zgodziła się jeszcze jedna koszykarka - przyp. red.).

Teresa Juranek: Myślałam, że chce mnie pan zapytać, czy to w ogóle jest możliwe, więc nie mamy o czym rozmawiać. To niemożliwe. Insynuacje pod adresem trenera są tak obrzydliwe, że nie będę się wypowiadać. W SMS-ie pracowałam z panem Skrzeczem od początku. Gdyby nie on, tej szkoły dawno by nie było. Ja najlepiej wiem, ile zrobił, żeby wyciągnąć ją z dna. I wiem, ile zrobił dla tych dziewczyn. To człowiek zasad. Ostatni romantyk, jakiego znam i za to go kocham. Powiedziałam mu to kiedyś, jestem polonistką. Tak porządnego człowieka ktoś chce zniszczyć… Jestem ciekawa, które to takie mądre uczennice. Uczyłam je polskiego. Uczyłam wartości i dawałam przykład swoim zachowaniem. Teraz pan mówi, że opowiadają jakieś bzdury. Co wy z tego chcecie zrobić? Nie umówię się z panami. To wszystko jest obrzydliwe. 

Twierdzi pani, że te kobiety kłamią? 

Oczywiście! Robią to w epoce hejtu za to, że trener nie pozwalał im na niegodne zachowania. Ja go w tym wspierałam. Staraliśmy się tę młodzież uczyć zgodnie z naszymi zasadami i wartościami. Teraz spotyka pana trenera coś takiego…  Jestem zdruzgotana… 

Niektóre zawodniczki twierdzą, że zgłaszały się do pani i alarmowały, że trener Skrzecz je obraża. A pani nie reagowała. 

Może zrobię zdjęcie i wyślę, jaki portret otrzymałam od uczennic na zakończenie swojej pracy. Elektronicznie wykonany portret pani dyrektor, która po 23 latach odchodzi z SMS-u. Podejdę i przeczytam. Zobaczy pan, jakie tam są cechy [wypisane].

Proszę odczytać, natomiast, mówiąc szczerze, nie wiem, jaki to ma związek ze sprawą.
 
Wie pan co… Ja i Roman za te dziewczyny dalibyśmy się pokroić. Każdej pomagałam. Teraz oskarżają mnie o to, że nie reagowałam. Tak jak on dbał o te dziewczyny… Może nie zawsze im to okazywał, ale tłumaczyłam im to. W czasie gdy pan Roman był głównym trenerem, stało się dla nich tyle dobra… Teraz opowiadanie bzdur na jego temat… i jeszcze na mnie. Możecie gadać, ja się niczego nie boję. Ale Romana będę broniła zawsze. 

Nigdy nie widziała pani zachowania pana trenera Skrzecza, które można byłoby potraktować jako dręczenie psychiczne, przemoc fizyczną lub molestowanie seksualne? 

Nie. Nigdy. Przez tyle lat. 

Zacytuję pani, jak według zawodniczek zwracał się do nich trener Skrzecz. 

Mnie to nie interesuje. Dziękuję panu bardzo. Chyba przekroczyliśmy czas. To są oszczerstwa na poziomie naszych polityków. Ja się do tego nie zniżę, bo jestem na wyższym poziomie. Jestem rozgoryczona, że dziewczynki poddają się fali hejtu i opowiadają bzdury. Przykro mi, bo ja je uczyłam czegoś innego. Były mi bliskie. Uważałam, że są z dala od domu i powinny otrzymać u nas opiekę. Taką opiekę miały. No ale skoro tak się odwdzięczają… Pewnie ktoś miał na nie większy wpływ niż ja. Dziękuję, to koniec rozmowy. 
(Fot. Getty Images / Siro Rodenas Cortes) (Fot. Getty Images / Siro Rodenas Cortes)

WICEPREZES PZKOSZ: NIECH KOSZYKARKI SIĘ UJAWNIĄ 

Przypomnijmy: nadzór nad szkołą sprawuje Polski Związek Koszykówki. W 2013 roku działacze dostali mocny sygnał, że w placówce może dziać się coś złego. Wszystko za sprawą Julii Tyszkiewicz, która odeszła z SMS-u.
 
Rodzice koszykarki mówili później na łamach "Przeglądu Sportowego" o "niepedagogicznym i niemoralnym zachowaniu kadry wychowawczej". Szkoła domagała się trzydziestu tysięcy złotych za zerwanie umowy, zaś PZKosz zawiesił zawodniczce licencję. Konflikt zakończył się w sądzie. Sternikiem związku był wówczas obecny wiceprezes PZKosz, Grzegorz Bachański. 

Dziś mama Julii, Beata Krupska-Tyszkiewicz, zapewnia nas, że kilka lat temu rozmawiała z działaczem nie tylko o incydencie alkoholowym, ale też alarmowała, że trener sypia z zawodniczkami i rzuca podteksty seksualne.
 
– Wówczas moja rozmowa z panią Tyszkiewicz dotyczyła spożywania w bursie alkoholu. Ostatecznie pani Tyszkiewicz zdecydowała się zgłosić to do prokuratury, która umorzyła sprawę – mówi WP SportoweFakty Bachański. 

Cytujemy mu, jak według zawodniczek zwracał się do nich trener.

– Nie słyszałem zastrzeżeń, a SMS kończyło wiele koszykarek. Skrzecz pracował w strukturach związku i szkole jeszcze za kadencji moich poprzedników. Trenerem był bardzo dobrym. Czasem dostajemy anonimowe donosy, ale nie dotyczyły one Romana Skrzecza ani kwestii obyczajowych. Nigdy nie miałem sygnałów, że trener sypia z dziewczętami. Gdyby takie sytuacje się zdarzyły, na pewno bym o tym słyszał – dodaje. 

Dlaczego rok temu Skrzecz pożegnał się z SMS-em? – Wyczerpała się formuła, rozstaliśmy się za obopólną zgodą. Chcieliśmy dać szansę innemu szkoleniowcowi. Roman Skrzecz na pewno nie został usunięty z powodów innych niż merytoryczne.

Pytamy, czy po oskarżeniach koszykarek związek zamierza podjąć jakieś działania.

– Niech te osoby się odkryją, przyjdą z konkretnymi oskarżeniami. Wysłuchamy ich i wtedy możemy prowadzić jakieś dochodzenie – kończy Bachański. 

Kontaktujemy się też z trenerem, który był przez długi czas bliskim współpracownikiem Romana Skrzecza. Odmawia komentarza. Podobnie jak obecny dyrektor szkoły, Marek Maliszewski, który odsyła nas do Polskiego Związku Koszykówki. 

Na anonimową rozmowę zgadza się za to były pracownik SMS-u. Zaznacza, że ma wobec trenera mieszane uczucia – kochał on szkołę, miał dobre intencje, a wiele dziewczyn go uwielbiało i potrafiło rozmawiać z nim godzinami. Nasz rozmówca nigdy nie był świadkiem molestowania seksualnego zawodniczek przez trenera. Słyszymy jednocześnie, że Skrzecz miał problemy z kontrolowaniem emocji i czasem zachowywał się nieadekwatnie do sytuacji. Były pracownik SMS-u dodaje, że jeśli nadal tak jest, trener nie powinien pracować z niepełnoletnimi zawodniczkami.
(Fot. Getty Images / Tom Sibley) (Fot. Getty Images / Tom Sibley)

LICZY SIĘ KAŻDE ŚWIADECTWO 

Dziś Roman Skrzecz trenuje młode koszykarki w jednym z klubów sportowych. Nasze rozmówczynie podkreślają, że głównie dlatego przerwały milczenie. 

Dagmara: Liczy się każde świadectwo, bo pan Skrzecz ma bardzo duże kontakty. Nie chcę niszczyć nikomu życia. Ale musimy go zatrzymać, bo to on zniszczył życie wielu zawodniczkom. Teraz być może robi to w nowym miejscu pracy. Nie chcę, by inne koszykarki przechodziły przez to co ja. 

Ada: Spotkałam wielu szkoleniowców, którzy zachowywali się podobnie jak Skrzecz. To dzieje się także w innych klubach. Jeśli chodzi o Skrzecza, dla mnie to nieprawdopodobne, że nadal trenuje dzieci. 

Wiktoria: Chcę, żeby ten człowiek poniósł konsekwencje. Zrujnował psychikę dziesiątkom, jeśli nie setkom dziewczyn. On i człowiek, który tamtej nocy częstował mnie alkoholem i mnie wykorzystał, są po prostu obrzydliwi. Musi spotkać ich kara. 

Wiktoria nadal zadaje sobie pytanie, dlaczego w SMS-ie tak ją skrzywdzono. Przynajmniej myśli samobójcze dawno ją opuściły. Wierzy, że kiedyś upora się z przeszłością. 

Ada przyznała się ostatnio dziewczynom, że też chciała odebrać sobie życie. Długo nie mówiła nikomu, co przeżyła w SMS-ie. Dziś spotyka się z psychologiem. Mówi: Trener Skrzecz mnie zniszczył. Już nigdy nie poczuję się ze sobą dobrze. Zawsze będzie we mnie lęk, że nie będę komuś pasować. 

Paulina przez sześć lat walczyła z depresją, stanami lękowymi i atakami paniki. Chciała rzucić koszykówkę, nie lubiła spotykać się z ludźmi. Też myślała o samobójstwie, ale woli nie opowiadać o szczegółach. Cieszy się, że choć przytrafiają jej się gorsze dni, wie, jak sobie z nimi radzić.

Lidia też wychodzi na prostą. Gdyby spotkała trenera Skrzecza, chętnie spojrzałaby mu w oczy. Opowiada, że najtrudniejsze są noce. Zamyka oczy i znowu widzi nieznajomego mężczyznę. 

Wysoki brunet. Pojawia się znikąd i ją śledzi. Gdy Lidia jedzie autobusem, on czeka na przystanku. Kiedy spaceruje w parku, miga jej schowany za drzewem. Kim on jest? Tego Lidia nie wie. Ale czuje, że chce jej zrobić krzywdę.

Klatka schodowa. Lidia przekręca klucz i wchodzi do domu. Po sekundzie już wie - nieznajomy też tu jest. Czeka na nią w salonie. Robi pierwszy krok, a ona stoi jak sparaliżowana. Urwany krzyk. Ciemność.
 
Nagle Lidia otwiera oczy, serce wali jak szalone. "Co się dzieje?!".  

Sypialnia. Obok narzeczony. Wtedy Lidia już wie. Przytula się do niego i oddycha z ulgą. 

Spokojnie, to był tylko zły sen.

***

TU SZUKAJ POMOCY:
Jeśli chcesz porozmawiać z psychologiem albo znasz kogoś, kto potrzebuje pomocy, dzwoń pod bezpłatny i całodobowy numer Niebieskiej Linii (800 12 00 02) lub Telefonu zaufania dla Dzieci i Młodzieży (116 111). Możesz też napisać maila - adresy znajdziesz na powyższych stronach.

Chcesz skontaktować się z autorami tekstu? Napisz! 

dariusz.faron@grupawp.pl 
marek.wawrzynowski@grupawp.pl

Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
×