KokpitKibice
Relacje na żywo
  • wszystkie
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Tenis
  • Zimowe

Mistrzostwo ma twarz Pekharta [FELIETON]

Legia mistrz! Brawa, gratulacje, ordery, kwiaty, szampan, konfetti, premie itd. Nacieszyć się chwilę i wystarczy. Bądźmy szczerzy: mistrzostwo dla klubu z Łazienkowskiej to – przy obecnym układzie sił w Ekstraklasie – obowiązek.
Dariusz Tuzimek
Dariusz Tuzimek
Tomas Pekhart Getty Images / Mateusz Slodkowski/DeFodi Images / Na zdjęciu: Tomas Pekhart

Najbardziej brutalna prawda o tytule w sezonie 2020/21 jest taka, że wygrała go Legia, bo nie miała z kim przegrać. Dyżurny konkurent - Lech Poznań - jest pogrążony w sporym kryzysie sportowym, a dla rywali takich jak Raków Częstochowa czy Pogoń Szczecin już samo miejsce na podium jest i tak dużym sukcesem. Większego im nie trzeba. Oczywiście jakby się zdarzył, to byłoby fajnie, ale skoro go nie ma to... też jest fajnie. I - szczerze mówiąc - oba kluby nie mają tego potencjału piłkarskiego co obecna Legia. Bo kiedy drużyna z Łazienkowskiej miała w składzie aktualnych reprezentantów tak silnych piłkarsko krajów jak Serbia, Chorwacja czy Czechy?

Mistrzostwo jest zdobyte, trzeba je odtrąbić, celebrować z przytupem w ostatnim meczu ligowym z Podbeskidziem na Łazienkowskiej, gdy na trybunach pojawią się już kibice. I zapomnieć. Oczywiście pod względem sportowym.

Aleksandar Vuković powiedział kiedyś: "od października do maja to trenerem Legii może by każdy". I to prawda, że wyzwania na Łazienkowskiej przychodzą wtedy, gdy zaczyna się weryfikacja w europejskich pucharach. Wtedy kończy się miesiąc miodowy, lecą głowy kolejnych trenerów Legii.

ZOBACZ WIDEO: #dziejesiewsporcie: Strzela jak "nowy Messi"


Co zatem może pokazać nowy mistrz Polski na arenie międzynarodowej? Czy Legia jest przygotowana do tego wyzwania?

Moim zdaniem - na razie - średnio.

Tytuł dla Legii w sezonie 2020/21 ma twarz Tomasa Pekharta. Czech imponował skutecznością, zostanie królem strzelców, zapewnił drużynie wiele ważnych punktów, ale... jest napastnikiem bardzo jednostronnym. To co udawało się w krajowej lidze jest nie do powtórzenia z silnymi rywalami z Europy. Trudno się spodziewać, że z wymagającym przeciwnikiem Legia będzie zdobywać gole - tak jak w Ekstraklasie -trafiając w głowę rosłego Czecha. W ten sposób to w prawdziwym futbolu nie działa. Lepsze drużyny nie dopuszczą do takich dośrodkowań, a silni i rośli stoperzy będą w stanie wygrać walkę o piłki grane na głowę Pekharta.

Taki styl jest - bez obrazy dla kogokolwiek - troszkę prymitywny i nie ma co na nim budować snu o Europie. Czasem trzeba będzie spróbować czegoś bardziej subtelnego, np. gry kombinacyjnej, albo kontrataku wyprowadzonego z własnej połowy. A to nie są modele gry, w których czeski napastnik czuje się mocny. Dlatego powinien mieć konkurenta/zmiennika, który będzie miał inne możliwości. Na przykład będzie bardziej mobilny. Takim, napastnikiem był choćby Jose Kante, z którym Legia rozstała się bez żalu, a przecież miał inny wachlarz umiejętności niż czeski król strzelców.

Jaką inną opcję gry w ofensywie ma na dzisiaj Legia? Kto może być alternatywą dla Pekharta, albo jego partnerem w ataku? Yakshibaev? Muci? Rusyn? Chyba nie ta półka. Młodzi: Szymon Włodarczyk albo Kacper Kostorz? Na pewno nie w europejskich pucharach. Nawet Rafael Lopes - chyba najsilniejszy z tego towarzystwa - nie przekonał do końca w tym mistrzowskim sezonie.

A przecież Legia narażona jest na to, że tacy piłkarze jak Pekhart czy Juranović mogą dostać atrakcyjne oferty transferowe z zagranicy. Do odlotu zbiera się Paweł Wszołek, na którego przestał stawiać Michniewicz. Pewnie odejdzie też Walerian Gwilia, którego rola u obecnego trenera stała się kompletnie marginalna.

Joel Valencia był totalną pomyłką. Ale też zimowe transfery Legii trudno nazwać wzmocnieniem. Przyszli bardzo średni piłkarze, z których niektórzy okazali się kompletnym nieporozumieniem, a nawet Artem Szabanow, który coś tam grał (choć błędy robił grube) też nie zostanie w Legii. Jej stan personalny przed walką o Ligę Mistrzów napawa niepokojem. Wygranie Ekstraklasy nie powinno nikogo na Łazienkowskiej uśpić, bo przebudzenie może być bolesne.

Jeszcze jedna kwestia, która mnie w obecnej Legii nie satysfakcjonuje. Styl.
Ile świetnych, widowiskowych meczów zagrała w tym sezonie Legia? Kibic w Warszawie jest wymagający, a drużyna Michniewicza wiele spotkań wygrała jedną bramką (z Cracovią, oba mecze ze Śląskiem, Zagłębiem, Lechem, Wisłą Kraków, Górnikiem Zabrze, z Wartą, Piastem i Lechią). Tak jakby liczyło się jedynie by wygrać, bo styl i tak jest do zapomnienia. Czasami to wyglądało tak, jakby trener "ściągnął lejce", hamując drużynę, która ma potencjał by zdobywać kolejne gole. Tak było np. w spotkaniu z Piastem Gliwice na Łazienkowskiej. To był najlepszy mecz Legii w tym sezonie pod względem stylu. Grała widowiskowo, składnie, zdominowała rywala, ale prowadząc 2:1 nie poszła po następne bramki. Próbowała murować bramkę i skończyło się na rozczarowującym remisie.

Kunktatorski styl to jest - moim zdaniem - niezrozumienie tego, czym jest i czym ma być Legia. Na Łazienkowskiej mistrz Polski ma dominować, tłamsić rywala, wręcz wycierać nim podłogę. Te silne Legie tak właśnie grały. Obecny mistrz wygrywa, ale tej cechy dominatora nie ma. Choć absolutnie ma sportowy potencjał do tej roli. Od Legii mamy prawo wymagać więcej.

Na przestrzeni całego sezonu takich naprawdę dobrych meczów, znamionujących mistrza, który zdominował swoją ligę, było jak na lekarstwo.

Na pewno na zapamiętanie zasługują dwa wyniki: 5:2 z Wisłą Płock i 4:2 z Pogonią, ale i nawet w tych meczach Legia przechodziła kryzysy tracąc łatwo po dwie bramki. Było też 4:0 w Lubinie, ale tam był show jednego człowieka – Thomasa Pekharta. Trudno uznać to za wielki mecz całej Legii. Z kolei wyjazdowe zwycięstwo z Wartą 3:0 było futbolem nie do oglądania. Poznaniacy się pogubili, Legia zdobyła trzy łatwe gole w 30 minut i na ponad godzinę wrzuciła na bieg wsteczny. Męczarnia.

Warto pamiętać, że Legia to jest swego rodzaju zobowiązanie, trochę podobne do tego, jakie jest mottem Bayernu "Mia San Mia", czyli "Jesteśmy, kim jesteśmy". Na Łazienkowskiej oczekuje się zwycięstw, ale też pamiętania o tym, że futbol jest rozrywką, która ma cieszyć kibica. Styl nie jest tu wcale nieważny. Jest wręcz odwrotnie.

Dariusz Tuzimek

Czytaj także:
Lechia Gdańsk przestała strzelać bramki. Flavio Paixao zdradził powody
PKO Ekstraklasa. Długi VAR, szalona końcówka i... nic. Znamy mistrza Polski!

Polub Piłkę Nożną na Facebooku
Zgłoś błąd
WP SportoweFakty
Komentarze (8)
Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
×
Sport na ×