Kokpit Kibice
Relacje na żywo
  • wszystkie
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Tenis
  • Zimowe

"Zabiłam panu syna". Niedokończony rajd Janusza Kuliga

- Zabiłam panu syna - krzyczała do ojca Janusza Kuliga dróżniczka, która 13 lutego 2004 roku nie zamknęła przejazdu kolejowego. Rajdowy mistrz Polski wjechał tuż pod nadjeżdżający pociąg. Zginął na miejscu. Właśnie mija 17 lat od tej tragedii.
Łukasz Kuczera
Łukasz Kuczera
Janusz Kulig Materiały prasowe / W. Majewski / Na zdjęciu: Janusz Kulig

Był 13 lutego 2004 roku, piątek. Panowały trudne warunki pogodowe, widoczność była ograniczona. Janusz Kulig wjechał prowadzonym przez siebie Fiatem Stilo na przejazd kolejowy w Rzezawie w Małopolsce nie mając świadomości, że czeka go spotkanie ze śmiercią. Feralnego wieczoru dróżniczka nie opuściła zapory i nie uruchomiła sygnalizacji świetlnej. Kulig za jej błąd zapłacił życiem.

Później sąd w Bochni skazał Michalinę K. na karę dwóch lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata. Dodatkowo orzeczono względem niej zakaz wykonywania zawodu dróżniczki przez okres pięciu lat.

"Zabiłam panu syna"

Gdy doszło do wypadku Kuliga, jego rodzice przebywali u rodziny w Toruniu. Akurat wracali z sanatorium. Mieli tam przenocować i nad ranem ruszyć w trasę w kierunku rodzinnego Łapanowa. W pewnym momencie zadzwonił telefon. Zadzwonił pilot Dariusz Burkat i poinformował matkę Janusza o wypadku. Nie wiedział wtedy jeszcze dokładnie, co się wydarzyło.

ZOBACZ WIDEO: #dziejesiewsporcie: trochę wolnego miejsca, mata, ręcznik... Tak trenuje znana trenerka

Później telefon zadzwonił jeszcze raz - z wiadomością, że Janusz Kulig nie żyje. Rodzice polskiego kierowcy porzucili plany o nocowaniu w Toruniu. Wsiedli w samochód. - Całą drogę do Krakowa przepłakaliśmy. Nie wiem, jak mąż przejechał tę trasę - powiedziała w rozmowie z Agnieszką Golą w książce "Niedokończona historia" Helena Kulig, matka Janusza.

Jak sama przyznała, wybaczyła dróżniczce z Rzezawy, ale "tylko duchowo". Nigdy jej nie zobaczyła, nie pojechała na rozprawę do sądu. Co innego jej mąż, Jan. Już następnego dnia po wypadku odwiedził komisariat policji, by odebrać część rzeczy syna. W jednym z pomieszczeń zobaczył Michalinę K. Była cała zapłakana.

Gdy Jan Kulig podszedł do kobiety, rzuciła mu się pod nogi. - Zabiłam panu syna, zabiłam panu syna - przytaczał jej słowa ojciec polskiego rajdowca w książce "Niedokończona historia". Podczas tej rozmowy Kulig senior wybaczył jej to, co zrobiła. - Dlaczego tak szybko wybaczyłem? Nie wiem, Janusz pewnie też by wybaczył - stwierdził.

Rodzina rajdowca zaakceptowała wyrok sądu. Nie chciała zresztą surowej kary dla dróżniczki, co nie wszystkim się podobało. - Dwa trupy w tej całej sytuacji nie były potrzebne - komentował ojciec Janusza. 

Przerwany rajd

Gdy doszło do tragedii na przejeździe kolejowym, Janusz Kulig miał 34 lata. Był już trzykrotnym rajdowym mistrzem Polski. Zostawał też wicemistrzem Europy i dwukrotnie mistrzem Europy Centralnej, triumfował nawet w mistrzostwach Słowacji.

To był złoty okres polskich rajdów, które napędzane były rywalizacją Janusza Kuliga z Krzysztofem Hołowczycem i Leszkiem Kuzajem. Przez pewien okres każdy z nich, dzięki wsparciu firm tytoniowych i alkoholowych, nie musiał się martwić o budżet i zaplecze sprzętowe, czego nie da się powiedzieć chociażby o obecnych kierowcach rywalizujących w RSMP.

Sam Jan Kulig przyznaje, że wsparcie Marlboro było dla jego syna "kontraktem życia". Dlatego też Janusz zaczął coraz poważniej myśleć o podbijaniu tras międzynarodowych - mistrzostw Europy ERC i mistrzostw świata WRC. Nic nie trwa jednak wiecznie. Wygasający kontrakt z potentatem tytoniowym sprawił, że pochodzący z Łapanowa kierowca zaczął mieć problemy z budżetem. Zaczął szukać innych partnerów, po drodze rozstał się z pilotem Jarosławem Baranem.

Mimo tych problemów, w roku 2003, mając za pilota Macieja Szczepaniaka - z którym później na rajdowe trasy wyjeżdżał m.in. Robert Kubica, triumfował w Rajdzie Niemiec w klasie PWRC. Współpraca Kuliga ze Szczepaniakiem trwała ledwie kilka miesięcy. Wszelkie plany kreślone pod kątem przyszłości roztrzaskały się na przejeździe kolejowym w Rzezawie. 

Tymczasem jeszcze kilkanaście dni przed wypadkiem Kulig dogrywał kontrakt z fabryczną ekipą Fiata. Dzięki niemu miał wystartować w całym sezonie RSMP za kierownicą Punto S1600. Dla Kuliga miał to być krok wstecz, bo po latach pożegnał się z rajdówką kategorii WRC. Na takową nie miał budżetu. Za to Fiat gwarantował mu pełne wsparcie. Miał też pojawiać się w wybranych rundach europejskiego czempionatu.

Być może Kulig odzyskałby luz psychiczny, jakiego mu brakowało wskutek problemów ze sponsorami we wcześniejszym sezonie. Być może znów odnosiłby sukcesy. Tego jednak się już nie dowiemy. 

Ironia losu

Jan Kulig twierdzi, że w ruchu ulicznym jego syn "jeździł jak baba". Może się to wydawać dziwne, skoro mowa o kierowcy, który na rajdowych trasach ryzykował życiem. Niejednokrotnie centymetry dzieliły go od poważnego wypadku. Janusz Kulig potrafił jednak oddzielić jazdę za kierownicą po drogach publicznych od tej na rajdowych oesach.

Z jego inicjatywy w 1999 roku, a więc grubo przed wypadkiem, przy szkole w Łapanowie zbudowano miasteczko ruchu drogowego. W momencie wjazdu na przejazd kolejowy w Rzezawie jego Fiat Stilo poruszał się z prędkością 40 km/h.

Obecnie w Rzezawie próżno szukać budki dróżnika. Za opuszczanie szlabanów odpowiada automat. Po tragedii Kuliga przebudowano też okolicę, tak aby kierowcy wjeżdżający na przejazd kolejowy mieli lepszą widoczność.

Janusz Kulig miał żonę Agnieszkę i dwie córki - druga z nich urodziła się kilka miesięcy po jego śmierci. W jego pogrzebie wzięło udział ponad 7 tys. osób. 

W sobotę o godz. 11.30 na antenie Motowizji pojawił się film poświęcony pamięci zmarłego kierowcy - "Kulig - niedokończony rajd".

Czytaj także:
Mistrz świata chciał zwrócić 10 mln euro. Zespół odmówił
Fernando Alonso przemówił po wypadku

Polub Sporty Motorowe na Facebooku
Zgłoś błąd
WP SportoweFakty
Komentarze (15)
  • An.Rut Zgłoś komentarz
    Przed zaporą na przejezdzie kolejowym stoją odpowiednie znaki drogowe których trzeba przestrzegać . Przejazd kolejowy to nie OS rajdu .
    • Moko Zgłoś komentarz
      Ja tam nie wierze automatom nawet, co dopiero czlowiekowi ...
      • kinatS Zgłoś komentarz
        A dlaczego nikt nie wspomina o tym, że dróżniczka się załamała, nie broniła się w żaden sposób? Dlaczego nikt nie wspomina, że dyżurny ruchu, który głosi pociągi z nastawni, nie
        Czytaj całość
        dochował procedur, po wypadku opuścił stanowisko pracy, a kiedy pojechali do niego, był pod wpływem? Oni tam mają telefony na korbki, i zeszyty do zapisywania zgłoszonych pociągów. Dlaczego nikt nie mówi o tym, że w niewyjaśnionych okolicznościach przed procesem, zaginął zeszyt w którym dróżniczka zapisywała zgłoszone pociągi? Dlaczego nikt nie wspomina o tym, że w tym feralnym momencie, jechał nadprogramowy pociąg, którego nie było w rozkładzie, a dróżniczka najprawdopodobniej nie miała pojęcia o tym, ze jakiś pociąg dodatkowy jedzie, ze względu na to, że dyżurny nie dochował procedur zgłaszania pociągu dróżniczką na przejazdach. Telefony na korbkę, brak innej komunikacji, rozkład jazdy pociągów plus zeszyt do zapisywania zgłoszonych pociągów przez nastawnię. Najprościej zrzucić całą winę na dróżniczkę która nie chce się bronić, bo inaczej wyszło by, że cały system to dość poważna patologia.
        • Konrados1990 Zgłoś komentarz
          Szkoda że już go nie ma byłem na jego pogrzebie aż łzy leciały teraz jedźi po niebiańskich drogach sam pochodzę z Łapanowa często chodzę na jego grób
          • Hubert Surdacki Zgłoś komentarz
            W normalnym kraju dostałaby zakaz wykonywania zawodu do końca życia
            • sidomen Zgłoś komentarz
              Podziwiam ojca,rozumiem matkę.. szkoda córek. Pamiętam jak usłyszałem o tym w radiu. Nie mogłem uwierzyć. To już 17lat...
              Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
              ×
              Sport na ×