Bez cudów w "cudownym mieście". Polacy zrobiliby to lepiej (opinia)

Zdjęcie okładkowe artykułu: Getty Images /  / Efektowna ceremonia otwarcia IO Rio 2016
Getty Images / / Efektowna ceremonia otwarcia IO Rio 2016
zdjęcie autora artykułu

Igrzyska olimpijskie w Rio de Janeiro dobiegły końca. Wszystkie medale rozdane, wszystkie sensacyjne triumfy, druzgocące porażki i wielkie rozczarowania już za nami.

Dla mnie były to pierwsze igrzyska, które widziałem na własne oczy. I pierwsze, gdy nie czułem smutku po zgaszeniu olimpijskiego znicza.

Przyjeżdżając na igrzyska do Rio, które sami jego mieszkańcy nazywają "ciudade maravillosa", czyli "cudownym miastem", liczyłem na to, że zobaczę wyjątkowy i zachwycający dwutygodniowy spektakl. Zobaczyłem festiwal prowizorki i bylejakości, nierzadko z dodatkiem brzydoty i niekompetencji.

Jeśli Rio jest gdzieś cudowne, to na pewno nie w dzielnicy Barra de Tijuca, gdzie stoi olimpijski park. Tam przez całe igrzyska królowały niezbyt urodziwe obiekty, a ich dwór stanowiły wszelkiego rodzaju barierki, rury, plandeki i agregaty prądotwórcze. Do tego wszędzie stały ogrodzenia, które sprawiały, że dojście z punktu A oddalonego od punktu B o jakieś 100 metrów, wymagało pokonania odległości o wiele większej, lub wręcz skorzystania z autobusu. Kierowca ruszał z punktu A, objeżdżał cały park dookoła i po 15-20 minutach szczęśliwie docierał na miejsce, w którym chcieliśmy się znaleźć.

Złe wrażenie dopełniały wszechobecne budki ze śmieciowym jedzeniem jakości podłej, za to za skandalicznie wysoką cenę. No i wolontariusze, mili, uczynni, pomocni, pod warunkiem, że mówisz po portugalsku i jesteś w stanie wytłumaczyć im, czego chcesz. Jakikolwiek inny język znał jeden na dziesięciu i z reguły nie wywodził się z Brazylii.

ZOBACZ WIDEO Kamila Lićwinko ze łzami w oczach: wydarzyła się tragedia

{"id":"","title":""}

Kogoś, kto przyjechał na igrzyska do pracy, frustrowały też wiecznie spóźniające się autobusy z szalonymi kierowcami, horrendalnie droga stołówka dla dziennikarzy i nieustanne problemy z dostępnością kawy. Nie wspominam już o zaoferowaniu chociażby krówek ciągutek, bo przecież wściekle głodna rzesza przybyszów z zagranicy powinna w zamyśle organizatorów karnie ustawiać się w kolejce do wspomnianej stołówki.

Poza parkiem olimpijskim wcale nie było lepiej. Przytłaczające wrażenie robił kompleks o wdzięcznej nazwie "Sambodromo", który przypominał typowy stadion piłkarski w Polsce w latach 90. Betonowy, podniszczony obiekt, naprawdę był arena zmagań olimpijczyków.

Nie spodziewałem się też, że na igrzyskach zobaczę coś takiego jak kompleks Rio Centro. W sześciu halach nazwanych Pawilonami rywalizowali między innymi pięściarze, tenisiści stołowi, badmintoniści i ciężarowcy. Kiedy odwiedzałem to miejsce, czułem się, jakbym przyjechał do hurtowni lub jednego z warszawskich zagłębi magazynowych. Zresztą te wielkie, prostokątne, prowizoryczne budowle bez krzty wdzięku i urody pewnie zostaną teraz magazynami. Ewentualnie, co zalecam i czemu kibicuję, zostaną rozebrane.

W samym mieście Rio de Janeiro też jakoś nie dostrzegłem cudowności, którą chwalą się jego mieszkańcy. Widziałem za to obszarpane ulice między którymi płynęły brudne rzeczki i na których unosiły się przykre zapachy. I to wcale nie w fawelach, a w dzielnicy, która uchodzi za enklawę bogaczy. Bardzo brzydką zresztą, bo składającą się z dziesiątek zamkniętych, pilnie strzeżonych osiedli. Każde z tak zwanych "kondominiów" to kilka stojących obok siebie architektonicznych koszmarów - ogromnych ponad dwudziestopiętrowych bloków o wdzięku wyremontowanej wielkiej płyty.

Usłyszałem niedawno, że wskaźnikiem rozwoju cywilizacyjnego w mieście jest prymat pieszego nad zmotoryzowanym. Jeśli zastosować go do Rio, mamy do czynienia z trzecim światem. Pieszy, który nie orientuje się w tutejszych warunkach, walczy o przetrwanie. Często na próżno szuka wyznaczonego przejścia czy kładki i aby uniknąć niekończących się spacerów w nieznane musi przemykać między pędzącymi autami. Kierowcy tychże aut o zwyczaju przepuszczenia pieszego, czy choćby zwolnienia przed nim, nigdy nie słyszeli. O takim urządzeniu jak kierunkowskaz, chyba też nie.

Dla przybysza z Europy komunikacja w Rio to prawdziwy małpi gaj. Niektóre miejsca wydają się blisko, ale wychodzi na to, że żeby do nich dotrzeć, trzeba trzy razy pojechać naokoło. Korki występują praktycznie o każdej porze dnia i nocy. Rozbrajają przystanki autobusowe - wbite w ziemię słupy ze znakiem autobusu. Rozkładu jazdy brak, informacji o kursujących tą trasą liniach brak. O wiacie czy ławeczce zapomnij. Stój i czekaj na to, co akurat przyjedzie. Może od kierowcy dowiesz się, gdzie zmierza. Nie znasz portugalskiego? No cóż, twój problem.

Trzy tygodnie spędzone w Rio de Janeiro wystarczyły mi do wyrobienia sobie nieprzychylnej opinii o tym mieście. Były co prawda chwile, mające w sobie pewien mistycyzm - kiedy widziałem spoglądającego na miasto ze wzgórza Corcovado Chrystusa Odkupiciela. Większość rzeczy zaskoczyła mnie jednak negatywnie. Myślałem, że skoro to moje pierwsze igrzyska, to może zawsze tak jest. Bardziej doświadczeni koledzy rozwiali jednak moje wątpliwości i mówili, że to najgorzej zorganizowane igrzyska olimpijskie od wielu lat. Nigdy nie byłem w Tokio, ale po przygodzie w "cudownym mieście" już o pobycie w japońskiej stolicy marzę.

Po zobaczeniu igrzysk w Rio jestem przekonany, że bardziej przygotowana na taką imprezę od Brazylii jest Polska. W Warszawie transport stałby na dobrym poziomie, dziennikarzom starano by się zapewnić komfort pracy i ciepły posiłek, prawie wszyscy wolontariusze mówiliby po angielsku. Stadion Narodowy jest o wiele ładniejszy od Maracany, żeglarzy wysłano by nad Zegrze, kolarzy torowych na tor w Pruszkowie, a siatkarzy na odnowiony i powiększony Torwar. Stadion olimpijski stanąłby pewnie gdzieś w Wawrze. I jestem przekonany, że zaangażowanie ludzi byłoby większe, a obiekty sportowe zapełniałyby się nie tylko wtedy, gdy miejscowi walczą o medale. Zrobilibyśmy po prostu lepsze igrzyska, niż Brazylijczycy.

Moja ocena jest surowa i przepełniona rozczarowaniem, ale żeby być sprawiedliwym muszę dodać, że nie sposób odmówić igrzyskom w Rio pewnego uroku. Urok ten związany jest przede wszystkim z serdecznością i ciepłem zwykłych ludzi, którzy byli częścią tych igrzysk. Z ich radością z bycia Brazylijczykami w tych wyjątkowych dla nich dniach. XXXI igrzyska olimpijskie miały swoje dobre strony. Może jako ktoś, dla kogo były one pierwsze, oczekiwałem zbyt wiele? Może po prostu tej lepszej strony Rio nie było mi dane zobaczyć.

Grzegorz Wojnarowski z Rio de Janeiro

ZOBACZ WIDEO "Halo, tu Rio": jak miasto odnajdzie się po igrzyskach? (źródło TVP)

{"id":"","title":""}

Źródło artykułu: