WP SportoweFakty.wp.pl – wiadomości sportowe, relacje live, wyniki meczów

Kokpit Kibice
Relacje na żywo
  • wszystkie
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Skoki narciarskie
  • Tenis

Magdalena Piekarska: Czułam, jakby w przełyku utknął mi popcorn. To był nowotwór

- Jestem silna. Nigdy nie pytałam, dlaczego ja. Dobrze, że nie trafiło na kogoś z rodziny - opowiada nam szpadzistka Magdalena Piekarska. Olimpijka z Londynu kilka miesięcy temu zachorowała na ziarnicę złośliwą. Na szczęście wygrała z nowotworem.
Kamil Kołsut
Kamil Kołsut
Archiwum prywatne / Na zdjęciu: Magdalena Piekarska

Kamil Kołsut, WP SportoweFakty: Jaka była pierwsza myśl, kiedy usłyszała pani słowo "nowotwór"?

Magdalena Piekarska, szpadzistka: "Co z moim kredytem?". Jestem realistką, do głowy przyszły mi sprawy prozaiczne. Pomyślałam o mieszkaniu, odwołałam remont. Zaczęłam sobie układać ścieżkę, jak wszystko pozałatwiać. Zupełnie tak, jakbym żegnała się ze światem. Polało się morze łez, a tak naprawdę nie wiedziałam, z czym walczę. Po prostu słowo "nowotwór" zawsze kojarzyło mi się ze śmiercią. Dobrze, że do akcji wkroczyła moja mama i ustawiła mnie do pionu. Powiedziała, że jestem niepoważna i nie powinnam się z nikim i niczym żegnać. Remont się odbył w terminie.

Co powiedział lekarz?

Bardzo szybko oswoiła mnie z tematem. Wiedziałam, że dopadł mnie nowotwór. Nie wiedziałam jaki. Spędziłam trzy dni w szpitalu, miałam serię badań. Odcięłam się od informacji, nie szukałam niczego na własną rękę. Ograniczyłam się do tego, co mówią lekarze. Wreszcie okazało się, że to chłoniak, ziarnica złośliwa. Nowotwór krwi. Wyleczalny. Powiedziałam więc sobie: "Trzeba go pokonać i o nim zapomnieć".

Nie kusiło, żeby zajrzeć do internetu, samodzielnie poszukać informacji?

Już na początku usłyszałam: "Jak będzie pani czytać internet, to za chwilę dowie się, że na pewno umrze. Po co to pani?". Słuchałam więc tylko lekarzy oraz mojego taty, który wyczytał na jednym z forów, że moja choroba jest wyleczalna. Więcej nie musiałam wiedzieć. Pani doktor wyjaśniła mi też, że chłoniak to nowotwór, nie rak. Może tworzyć w organizmie nowe ogniska, ale nie przerzuca się, nie atakuje innych organów. Wiedziałam dzięki temu, że mam tylko jednego przeciwnika.

Jak dowiedziała się pani o chorobie?

Miałam wrażenie, że coś utknęło mi w przełyku. Nie bolało, to był po prostu dyskomfort. Czułam, jakby w przełyku utknął mi popcorn. A dwa tygodnie wcześniej byłam w kinie. Jestem czujna, męczyło mnie to. Wybrałam się do lekarza i zrobiłam przy okazji inne badania, w tym USG piersi. Okazało się, że mam powiększone węzły chłonne. Nie powiązałam tego z gardłem, umówiłam wizytę u gastrologa. Aż znajoma lekarka zapytała: "A jeśli to guz naciska ci na przełyk? Może lepiej sprawdzić". Pojechałam na tomograf i już było wiadomo, że to nowotwór. Wylosowałam ziarnicę. Najlepiej jak mogłam.

Miała pani dużo szczęścia, bo powiększone węzły chłonne to symptom, który łatwo zlekceważyć.

Oczywiście, że tak. Często ludzie bagatelizują sygnały, które daje im ciało. Praca, dzieci, kariera... Albo po prostu strach przed wizytą u lekarza. Ja też zawsze bałam się USG piersi, bo jestem obciążona genetycznie. Badałam się regularnie i zawsze czekałam na wyniki z podwyższonym tętnem. Mój przykład pokazuje, że trzeba się badać. Inna sprawa, że wcześniej też zlekceważyłam pewne sygnały. Kilka razy w ciągu paru miesięcy zdarzyły mi się dni, kiedy kompletnie nie miałam siły. Uznałam jednak, że jestem sportowcem, dużo trenuję i to normalne.

Pytała pani: "Dlaczego ja?"

Ani razu. Widocznie tak musiało być. Lepiej, że dopadło to mnie, a nie moją mamę, siostrę czy narzeczonego. Nie chciałabym, aby chorowali inni. Wolałam sama przyjąć nowotwór na klatę. Jestem silna. A poza tym wszystko jest "po coś".

"Po coś", czyli na przykład po to, aby teraz pokazać innym: "Trzeba się badać"?

Celem od początku było to, aby po wysłuchaniu mojej historii czy przeczytaniu jej na Facebooku chociaż jedna osoba poszła się zbadać. I dostawałem już budujące informacje zwrotne. Ktoś podziękował, że dałam mu motywację do walki, ktoś inny poszedł na badania. Nie kolekcjonuję lajków, nie szukam sławy. Chcę po prostu dać coś od siebie, przekazać coś dalej. Czasem diagnozę, czasem nadzieję. 

Jak wyglądało leczenie?

Miałam chemioterapię co dwa tygodnie, przez pięć miesięcy. Najpierw było badanie krwi, później dostawałem kroplówkę z zestawem leków. Leżałam z nią przez trzy godziny i mówiłam sobie, że to "moje SPA". Na początku pierwsze dwa-trzy dni po zabiegu były słabe. Czasem zdarzały się wymioty, to normalne. Bałam się, że będzie gorzej, że spełnią się zapowiedzi lekarzy. Ale z czasem było coraz lepiej. Mój organizm okazał się bardzo silny. Tak naprawdę wcześniej w życiu prawie nie chorowałam. Miałam też dobre podejście, pozytywnie myślenie. Na początku drogi celem było życie. Później stał się nim powrót do sportu. Rwałam się do tego, po ostatnim naświetleniu zadałam pani doktor dwa pytania. Pierwsze, czy jestem zdrowa. I drugie, czy mogę już trenować.

Sportowcom jest w takich sytuacjach łatwiej?

Tak. Uprawiam sport walki. Z jednej strony jestem wrażliwa, a z drugiej twarda. Moja pani doktor na początku mnie strofowała i mówiła, jak to źle będzie po chemioterapii. A ja przecież walczyłam w życiu z tyloma kontuzjami, że ból mnie nie przeraża. Czasami łapałam się wręcz na tym, że traktowałam chorobę jak jakąś poważniejszą wersję grypy. Zapominałam, z czym tak naprawdę walczę. Bardziej niż bólu bałam się życiowej bezradności. Tego, że nie wyjdę do sklepu, nie wyprowadzę psa. Będę uzależniona od narzeczonego. A ze mnie przecież konkretna, niezależna dziewczyna.

Choroba zweryfikowała wasz związek?

Z nowotworem zawsze jest tak, że nie choruje jedna osoba. Choruje cała rodzina, a mój narzeczony doświadczył tego najbardziej. Był ze mną praktycznie cały czas. Facetowi nie jest łatwo patrzeć na to, jak jego kobieta się zmienia, jak łysieje i jest opuchnięta. Wiadomo też, że miałam gorsze chwile, byłam niemiła albo zadawałam durne pytania w stylu: "Czy na pewno mnie nie zostawisz?". Choroba nas zbliżyła. Jesteśmy razem od siedmiu lat, wreszcie zaplanowaliśmy ślub. Odbędzie się w przyszłym roku.

ZOBACZ WIDEO: Paweł Fajdek znalazł się na ustach całego świata. "Ta historia nie zniknie już nigdy" [1/2]


Polub SportoweFakty na Facebooku
Zgłoś błąd
inf. własna

Komentarze (8):

[ Anuluj ] Odpowiadasz na komentarz:

Dowiedz się jak umieszczać linki od tagów, pogrubiać tekst, itp.
  • basala 1
    Hieny clickbaitowe musiały zilustrować to czarno-białym portretem.
    Odpowiedz Zgłoś Zablokuj
  • fankaEKS 0
    Powodzenia!
    Odpowiedz Zgłoś Zablokuj
  • Aleksandra Szklar 0
    Wypowiadać się na temat, na który nie ma się zielonego pojęcia ... Proszę sobie poczytać a potem na ten temat pisać, szermierka to nie machanie szabelką jak to Pan ujął, szabla jest jedną z broni, którą można się posługiwać. W tym wypadku Pan nie trafił, Magda jest szpadzistką, a w szpadzie obowiązują inne zasady niż w szabli
    zgryźliwy Szermierka. Ciekawa dyscyplina sportowa. Kompletnie nikogo to fechtowanie nie obchodzi. Widz obserwujący to machanie szabelkami, tak naprawdę niewiele widzi, sami zawodnicy też często nie wiedzą kto kogo trafił i tego "zwycięzcę". po wnikliwej analizie, wskazuje sędzia (który też za dużo nie widział). Uprawia je grupa hobbystów bardzo zadowolonych z tego, że ich hobby finansuje związek sportowy.
    Odpowiedz Zgłoś Zablokuj
Pokaż więcej komentarzy (5)
Pokaż więcej komentarzy (8)
Pokaż więcej komentarzy (8)
Pokaż więcej komentarzy (8)
Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
×