Jozsef Albok: W Nagyhalasz szefem jestem ja!

Zdjęcie okładkowe artykułu: Materiały prasowe /  / Na zdjęciu: Jozsef Albok
Materiały prasowe / / Na zdjęciu: Jozsef Albok
zdjęcie autora artykułu

W poniedziałek opublikowaliśmy pierwszą część rozmowy z Jozsefem Albokiem, w której opowiadał o pomyśle na budowę własnego obiektu żużlowego na Węgrzech i dziesięciu latach, przez które przyciągał on tłumy kibiców.

W tym artykule dowiesz się o:

Dziś zapraszamy na drugą część opowieści, w której szef klubu z Nagyhalasz wyjaśni dokładnie, dlaczego - jego zdaniem - został zmuszony do zamknięcia swojego oczka w głowie. To nie będzie wesoła historia, choć nie sposób nie mieć nadziei na happy end. Na Węgrzech wszystko, co wbrew logice, jest wielce prawdopodobne. I o tym też jest ta historia.

Budując własny stadion kupił monopol na speedway - pierwsza część rozmowy z Jozsefem Albokiem -->>

Wiktor Balzarek: Proszę przedstawić swoją wersję zdarzeń, zaczynając od początku. Co takiego się wydarzyło, że postanowił pan zamknąć stadion w Nagyhalasz?

Jozsef Albok: Konflikt zaczął się dwa lata temu, wcześniej współpraca z węgierską federacją układała się poprawnie. W sezonie 2022 miały się odbyć połączone mistrzostwa Węgier i Słowenii, łącznie 4 rundy. Dwie u nich w Krsko i Lendavie, dwie u nas w Debreczynie i Nagyhalasz. W każdej rundzie trzeba było zgromadzić 16 jeźdźców – to ważne bo nasze kraje, nawet łącząc siły, nie mają tylu czynnych zawodników. Więc uzupełnienie stawki było w gestii organizatora.

Jozsef Albok, obok Martina Buriego ze słowackiej Żarnovicy, jest jednym z niewielu jeżdżących prezesów.
Jozsef Albok, obok Martina Buriego ze słowackiej Żarnovicy, jest jednym z niewielu jeżdżących prezesów.

Ale to żadna nowość...

Proszę posłuchać. Pierwsza runda cyklu, według kalendarza, miała się odbyć w Nagyhalasz 14 kwietnia. Z prośbą o zmianę tej daty wystąpili Słoweńcy, twierdząc że to zbyt wcześnie. Ich zawodnicy nie byli wjeżdżeni w sezon i nie chcieli ryzykować. Ja to rozumiem, ja takie podejście szanuję. Zgodziłem się. W zamian, dzień później, zorganizowaliśmy puchar MACEC, żeby rozpocząć sezon dla naszych kibiców.

Co było dalej?

Zorganizowałem pięć imprez międzynarodowych., ale wciąż byłem zobligowany do zrobienia tej nieodbytej, kwietniowej rundy mistrzostw krajowych. Datę wyznaczono na 29 października.

Późno.

Tydzień wcześniej trzecią rundę organizował Debreczyn. I już wtedy nie udało im się zebrać całej stawki, było tylko 15 zawodników. Rezerwowych nie było wcale.

Rozmawiamy w połowie października dwa lata później. Za oknem leje deszcz. Mało żużlowa pogoda.

To też. Ale problemem przede wszystkim była obsada - skąd wziąć 16 żużlowców gotowych do jazdy w ostatni weekend października?

Jest taka polska metoda. Przepłacić.

Czy jest jakikolwiek powód dla którego miałbym płacić więcej niż pozostali organizatorzy? Bo mnie stać?

ZOBACZ WIDEO Nietypowe zajęcia Rasmusa Jensena. Tak Duńczyk spędza przerwę między sezonami

Co racja, to racja.

W Polsce sezon kończy się zwykle z nadejściem października. Potem jest jeszcze Zlata Prilba w Pardubicach i po niej zawodnicy rozjeżdżają się do domów. Jeden leczy kontuzję, drugi poddaje się planowemu zabiegowi, trzeci wiezie sprzęt do serwisu, czwarty leci na urlop. A piąty nie chce już ścigać się w niepewną pogodę, za nieduże pieniądze. Normalne, prawda?

Normalne. W tej chwili Rumuni szukają chętnych do startu w Braila w pucharze MACEC i nikt nie chce jechać, a dzwoniłem...

...daj mi proszę skończyć. Słoweńcy gwarantowali udział czterech zawodników, my też mieliśmy gotowych do startu czterech. To niezgodne z przepisami, bo obie federacje powinny wystawić po pięciu żużlowców i zwrócić się do organizatora o zapewnienie pozostałych sześciu.

Próbował pan?

Oczywiście. Dzwoniłem do zaprzyjaźnionych chłopaków - Miesiąca, Jamroga, Rempały, Kubery... Potem do kolejnych, ale wszyscy odpowiadali to samo: zakończyli sezon i uprzejmie dziękują, ale nie przyjadą.

Co było później?

Skontaktowałem się z federacją i poprosiłem o pomoc. Wiedzieli jaka jest sytuacja i dlaczego te zawody mają się odbyć w tak niefortunnym terminie.

Pomogli?

Pewnie! Zaproponowali, żebym zadzwonił do Paco Castagny, bo on zwykle o tej porze roku jeszcze trenuje we Włoszech, to może się zgodzi. Tak mi pomogli. Dzwoniłem do niego już wcześniej i też odmówił. Nawet nie wiedzieli.

Ja tu widzę sytuację patową.

Federacja natomiast sugerowała, żeby zawodów nie odwoływać, bo dzień później w Krsko miał się odbyć turniej indywidualny. Słoweńcy chcieli żeby ich żużlowcy pojechali i tu i tu.

Zaraz, to oni mogli zebrać stawkę?

Tak, ale tam wystartowało ich dwunastu. Tylu to i mi by się udało zebrać. Mówimy o szesnastce.

W porządku, jakie znaleźliście rozwiązanie?

Ja swoje znalazłem dwa tygodnie przed planowanymi zawodami. Chciałem turniej odwołać. To się nie mogło udać, więc tak trzeba było.

Ale tak się nie stało.

Za sprawą federacji. Powtarzałem - nie zbierzemy składu. A oni swoje: poczekaj, poczekaj, poczekaj! Finalnie doszłoby do tego, że w dniu zawodów, odwołałoby je jury z powodu braku uczestników. To nie w moim stylu.

Więc samozwańczo pan odwołał?

Dwa dni przed zawodami, kiedy już wszyscy mieliśmy pewność, że się nie odbędą, zapytałem federacji czy w związku z tym możemy wyłonić mistrza Węgier na podstawie tych rund, które udało się odjechać. Odpowiedź była twierdząca. Skoro tak, zdecydowałem się odwołać zawody dwa dni wcześniej, nie narażając się na śmieszność.

Na zdjęciu: Wiktor Balzarek, Jozsef Albok i Greta, sekretarka, która wcieliła się w rolę tłumacza
Na zdjęciu: Wiktor Balzarek, Jozsef Albok i Greta, sekretarka, która wcieliła się w rolę tłumacza

No i pięknie, to gdzie problem?

Skorja i Ivacic - to był problem. Tych dwóch gości się nienawidzi a w Nagyhalasz mieli rozstrzygnąć między sobą sprawę tytułu mistrzowskiego na Słowenii. Ivacic miał dwa punkty przewagi i Skorja uznał, że to spisek przeciwko niemu. Żadne argumenty nie trafiały. Przecież dobrze wiedział ilu kolegów z toru było gotowych wystąpić, ale nic - beton. Sprawa, która wydawała się załatwiona stała się powodem międzynarodowej awantury.

Było jakieś wyjście?

Zaproponowałem federacji, żeby ogłosili nieodbycie się czwartej rundy z powodów "siły wyższej". Mamy na Węgrzech takie prawo - w sytuacjach nadzwyczajnych, kiedy nie można wskazać winnego jakiejś konkretnej sytuacji można skorzystać z tego zapisu. Wtedy wszystko jest w zgodzie z przepisami. Tak się dzieje na przykład w przypadku katastrof ekologicznych, powodzi, albo sytuacji w której ktoś ponosi stratę, ale nie zawinioną przez innego. Nie zgodzili się i całą winą obarczyli mnie.

Wkurzył się pan?

Jeszcze bardziej jak nałożono na mnie karę za odwołanie zawodów w wysokości tysiąca euro. Co to jest dla mnie tysiąc euro, jakiś żart. Ale nie o pieniądze tu chodzi a o zasady. Poczułem się jakbym dostał w twarz.

Ale zapłacił pan?

Później wyjaśnię. To była pierwsza kara. Potem posypały się następne.

Czego dotyczyły?

Braku pracy z młodzieżą i nieposiadania wychowanków.

To trzeba ich mieć? Jest taki obowiązek?

Nie. Ale taki zarzut mi postawiono i wlepiono kolejną karę.

Chwila, to jest prywatny klub. Byłoby super, gdyby powstała szkółka z prawdziwego zdarzenia, ale z drugiej strony... Gdyby zaczął pan na torze uprawiać kwiaty, zamiast organizować wyścigi, to co komu do tego? Mogli tak?

Oni mogą robić co chcą.

Ile wynosiła kara?

Kolejny tysiąc. Podobno te pieniądze miały iść na szkolenie młodzieży gdzieś indziej, skoro ja tego nie robiłem. To teraz ja zapytam: pamiętasz jak przed eliminacjami par we wrześniu dwóch chłopaków kręciło kółka przy pełnych trybunach?

Pewnie. Młody Stefani i jeszcze jeden chłopak. No i Stefani, muszę przyznać, jechał całkiem poprawnie.

U mnie się tego nauczył, na treningach, których ponoć nie było.

Dwa tysiące euro kary to jeszcze nie powód, żeby zwinąć się z interesu.

Przyszedł czas, żeby zgłosić w federacji chęć organizacji imprez międzynarodowych na rok 2023. Poprosiłem żeby FIM Europe przyznało mi Challenge Mistrzostw Europy i Mistrzostwa Europy Par. Do FIM wystąpiłem o kwalifikacje do Grand Prix, natomiast Debreczyn aplikował o Grand Prix Challenge.

Całkiem sporo.

FIM i FIM Europe nie przyznało Węgrom tylu imprez. Nie dostaliśmy GP Challenge, a jedynie kwalifikacje - te o które ubiegałem się ja. Federacja nie pytając o nic, przekazała je klubowi z Debreczyna. Konkretnie jej szef, Erik Fuzesseri!

W przeciwnym razie Debreczen zostałby z niczym, bo wszystkie imprezy zgarnęłoby Nagyhalasz.

Ja natomiast byłem bardzo rozczarowany przyznaniem tylko dwóch imprez międzynarodowych. Spotkało się to ze zrozumieniem ludzi z FIM Europe, którzy zadzwonili i zapytali czy zorganizuję dodatkowe zawody pod ich auspicjami, jeśli pojawi się taka szansa. Krótka piłka - bez czasu do namysłu, mam dwa dni na odpowiedź. Tak albo nie. Ale na Węgrzech nic nie dzieje się bez zgody federacji żużlowej.

Jaka była odpowiedź?

Żadnej! Fuzesseri przez dwa dni nie odbierał ode mnie telefonu, nie odpisywał na maile. Zapadł się pod ziemię. Po tym czasie skontaktowałem się z jego przełożonym Henrikiem Hermannem, prezesem sportów motorowych na Węgrzech, informując o sytuacji. Kilka minut po naszej rozmowie Fuzesseri oddzwonił i w nieparlamentarnych słowach oznajmił: żadnych dodatkowych imprez międzynarodowych w Nagyhalasz nie będzie, a ja mogę sobie najwyżej zorganizować mistrzostwa Węgier, co było oczywistym nawiązaniem do odwołanej rundy z jesieni.

Teraz to już jest ambicjonalna sprawa.

Raz - dostaję karę za odwołanie mistrzostw Węgier. Dwa - dostaję karę za brak szkolenia. Trzy - przenoszą moje kwalifikacje GP do Debreczyna. Cztery - kiedy jest szansa na organizację kolejnych zawodów, torpedują ją w zarodku. Wtedy zrozumiałem - mamy poważny problem. I to ja się nim stałem.

Kiedy to było?

Jesienią minionego roku. Wtedy do mnie dotarło. Podziękowałem za współpracę. Jestem poważnym człowiekiem - obiecałem odjechać sezon 2023 do końca, wywiązać się ze zobowiązań, zorganizować to, co zostało Nagyhalasz przyznane. Jak zawsze, najlepiej jak potrafię. I koniec. Zamykam tor.

Jaka była reakcja środowiska?

Jeśli spoglądasz na nasze media społecznościowe, to tam jest wszystko jak na dłoni. Kibice, zawodnicy, mechanicy udzieli nam poparcia, życząc panom z federacji bezrobocia i zastąpienia ich kompetentnymi ludźmi.

Ktoś miał inne zdanie?

Nie było takich głosów.

We wrześniu, podczas ostatnich zawodów w historii Nagyhalasz, miał pan długie wystąpienie. Nic nie zrozumiałem, ale cały stadion wstał i bił brawo. Zapytałem gościa obok mnie o czym to było. Machnął tylko ręką i burknął "fu*k the federadion!". Tłumaczył pan wtedy powody swojej decyzji, prawda?

Reakcja ludzi mówiła wszystko. Dostałem wielkie wsparcie od fanów.

Ok, ale lokalni kibice to nie głos środowiska.

Henrik Hermann argumentował, że ludzie w Nagyhalasz mają dość speedwaya. W tym samym czasie mieszkańcy sprzedawali mi swoje ogródki działkowe, aby przyjezdni mieli gdzie swobodnie i za darmo parkować przed zawodami.

Właśnie. Jak on, jako najważniejsza osoba w węgierskim żużlu, zareagował na wieści o końcu ścigania w Nagyhalasz?

W zasadzie to wcale nie zareagował. Wysłałem mu masę maili. Odpowiedział na jednego. I to bez żadnych konkretów.

Co było później?

W lipcu tego roku Henrik Hermann zorganizował meeting on-line, na którym każdy, komu leży na sercu dobro węgierskiego speedwaya, mógł zadać dowolne pytanie. To był otwarty chat, trwał cztery godziny. W całości zdominowany przez temat Nagyhalasz. Przedstawiłem wtedy publicznie swój punkt widzenia, po czym zadałem pytanie, dlaczego nie odpowiedział na wszystkie maile jakie ode mnie otrzymał.

Co odpowiedział?

Że nawet ich nie przeczytał.

Nie wierzę.

W tym momencie Jozsef Albok wyciąga opasłą teczkę z dokumentami i podstawia mi ją pod nos. Zawiera maile z minionej zimy i jesieni, adresowane do federacji, Henrika Hermanna i Erika Fuzessery'ego. Oczywiście nic z nich nie rozumiem, poza datami i adresami.

Dalej nie chce mi się wierzyć. Taka dyplomacja... Przecież to samozaoranie.

Złudzenia prysły. Jeśli liczyłem na kompromis, to do tego momentu.

Dwa miesiące później organizujecie kwalifikacje Mistrzostw Europy Par. Była okazja spotkać się z ludźmi z federacji, coś sobie wyjaśnić.

No, była... Po niej wszczęto przeciwko mnie kolejne dochodzenie dyscyplinarne.

O co tym razem?

O moją przemowę do kibiców. Wspominaliśmy już o niej. Byłem winny wyjaśnienia fanom, więc chwyciłem za mikrofon i powiedziałem co mi na sercu leżało.

Prezes w swoim żywiole
Prezes w swoim żywiole

Nie wolno tego robić?

Moim zdaniem wolno. Jestem właścicielem tego klubu, to mój stadion, mogę na nim robić co chcę.

Chyba nie do końca. Zawody odbywają się pod czyimiś auspicjami, są pewnie regulaminy określające co wolno i kiedy.

Nie ma takiego punktu w regulaminie, by stwierdzić iż przemowa była niedozwolona. Zresztą nie chodziło o to że mówiłem, tylko co mówiłem. Po zawodach oficjele z federacji mieli o to do mnie wielkie pretensje. Doszło do pyskówki. Kazałem się panom wynosić z mojego stadionu.

Grubo.

W reakcji napisali na mnie paszkwil do FIM Europe, próbując wciągnąć ich w wewnętrzne postępowanie dyscyplinarne skierowane przeciw mnie.

Jaka była reakcja?

Taka. (Jozsef wyciąga wcześniej przygotowany wydruk maila, z którego wynika, iż FIM nie chce mieć z postępowaniem nic wspólnego - przyp. autor)

Interesuje mnie kara finansowa, te w sumie dwa tysiące Euro, w końcu wpłynęło na konto federacji?

Finalnie umorzono mi obie kary.

To wygląda na krok w tył uczyniony przez oponentów. Stać pana na podobny?

Nie. Nie chce mi się z nimi gadać, niezależnie co sobie postanowią.

To już jest konflikt bardziej na gruncie personalnym, prawda?

Tak. Oni nie potrafią przyznać się do winy. Nie ma żadnej płaszczyzny do porozumienia.

A gdyby Fuzessery odszedł ze stanowiska?

To niczego nie zmieni. On jest podwładnym Henrika Hermanna, który jest w zasadzie jednoosobową federacją motocyklową. Powiem więcej, odbyło się spotkanie, na którym można było odwołać Fuzessery'ego ze stanowiska. Zaoponowałem.

Aha. Węgierska logika jest zadziwiająca... Czemu?

Jego ojciec był znakomitym działaczem, bardzo rozwinął żużel lata temu. Pomyślałem, że to będzie znamienne jeśli jego syn zapisze się w historii jako grabarz tego sportu.

Jezu, wy naprawdę jesteście jak dzieci... Przecież z kimś nowym można by się dogadać.

Wiesz co powiedział ten człowiek, gdy dowiedział się, że rozmawiam o organizacji GP? Że mierzę za wysoko! To jest konflikt personalny, w istocie. Teraz, jak zamknę stadion, będzie się mógł wykazać, pochwalić osiągnięciami. Powodzenia życzę.

Jesień 2013. Dekadę później tor w Nagyhalasz odchodzi w niebyt.
Jesień 2013. Dekadę później tor w Nagyhalasz odchodzi w niebyt.

Proszę ustosunkować się do zarzutów, jakie stawiają oponenci.

Z chęcią!

Raz: brak szkolenia.

To argument Fuzessery'ego, to on stał za karą finansową za brak szkolenia. To ja zapytam: ile razy był w Nagyhalasz? Widział jakiś trening, który się tu odbywał? Nigdy. I jeszcze jedna kwestia. Ten człowiek zajmuje teraz intratne stanowiska w FIM, a gdzie byłby beze mnie i mojej pracy w Nagyhalasz? Na pewno nie w tym samym miejscu.

Dwa: nie zamyka się toru, który ma ważną licencję. Po co w takim razie o nią występować?

Tak, mam wszystkie potrzebne papiery - począwszy od homologacji bandy, na licencjach międzynarodowych kończąc. Szkopuł w tym, że w styczniu 2024 roku wygaśnie licencja krajowa dopuszczająca tor do zawodów. A bez niej pozostałe znaczą tyle, co nic. Jeśli do tego czasu nie wystąpię o pozostanie w szeregach federacji motocyklowej, to jej nie dostanę. Żeby tego dokonać muszę mieć pod opieką jednego zawodnika i zobligować się do organizacji jednej rundy mistrzostw Węgier. Nie zamierzam tego robić.

Trzy: chce pan iść w politykę i żużel przestał być potrzebny. Cała ta afera to tylko pretekst, by porzucić sport.

Bzdura! To plotki rozgłaszane przez Henrika Hermanna. Kariera polityczna i działalność w klubie się nie wykluczają. Przecież ja prowadzę kilka innych biznesów równolegle i co, wszystkie miałbym zamknąć? Mam swoich ludzi, którzy są gotowi przejąć część obowiązków. A propos, czy gdybym chciał rzucić sport, montowałbym zeszłej zimy sztuczne oświetlenie za dziewięćdziesiąt milionów forintów (ponad milion złotych, przyp. autor)? Można mnie nie lubić, ale niech nikt nie próbuje zrobić ze mnie głupka.

Cztery: jest pan spłukany i nie ma kasy na dalsze prowadzenie klubu.

To żart? Pamiętasz kwotę na jaką wyceniam całościowo inwestycję w speedway? Mój stan konta ją przewyższa.

Pięć: speedway w Nagyhalasz to był one man show.

Doskonale wiesz, że to nie może być one man show. Papiery, biurokracja, organizacja biura, utrzymanie toru, rozbudowa obiektu - to miałby ogarnąć jeden człowiek?

Doskonale pan wie, że nie o to pytam. Lubi pan być szeryfem, co?

Bezapelacyjnie. Jestem szefem, wszystko jest w moich rękach. Tak chcę, tak lubię.

Kompromis - takie słowo. Zna pan?

Znam. Tylko zależy z kim miałbym go szukać. Z ludźmi aktualnie funkcjonującymi w węgierskim żużlu - nie.

Natomiast oni mówią, że Jozsef Albok ma tak przerośnięte ego, że nie da się z nim dogadać.

Nie lubią mnie bo jestem prywaciarzem. Nie doszedłem do miejsca, w którym jestem, nie robiąc nic. Ciężko pracowałem i jestem bystry. Czasy są jakie są, a moje interesy idą świetnie.

Nikt tego nie kwestionuje. Nawet wrogowie szanują pana osiągnięcia zawodowe. Ale w obszarze sportu, chce pan zagarnąć wszystko dla siebie.

To prawda - chciałem najlepszych imprez w Nagyhalasz, chciałem splendoru. Tylko na koniec dnia, to nie ja podejmuję decyzje i rozdzielam prestiżowe zawody. Owszem, lobbuję za swoim, coś w tym dziwnego? Jestem pewny siebie, wiem kiedy powiedzieć "nie". Może dlatego wszyscy w okolicy mnie kochają.

Czy to prawda, że otrzymał pan propozycję sprzedaży obiektu?

Była propozycja wynajęcia obiektu pod organizację zawodów. Była też opcja sprzedaży całości.

Aaa, czyli ktoś wynajmuje całość i organizuje sobie dużą imprezę, powiedzmy GP, ale bez Alboka?

Dokładnie tak.

Co pan odpowiedział?

Nigdy w życiu!

Bo?

Bo nie ma na Węgrzech nikogo, kto potrafiłby zorganizować duże zawody, na takim poziomie, na jakim organizowałem swoje.

W Polsce są.

Mam świetne relacje z organizatorami z Polski.

Czyli taka propozycja z Polski nie padła?

Nie padła. Po prostu naszej stronie na FB kibic z Polski zapytał czy tor jest na sprzedaż i czy ktoś inny mógłby dalej w tym miejscu robić żużel. Myśmy mu nawet nie odpowiedzieli. A propozycja kupna obiektu o którą pytasz przyszła z Węgier.

Dziennikarze dodali resztę historii od siebie?

Co to w ogóle za pomysł, żeby organizować zawody z Polski, 500 kilometrów stąd? Tor trzeba pielęgnować codziennie, trzeba mieć sprzęt, ludzi, wiedzę. Trzeba być na miejscu. Tego nie da się zrobić z doskoku, jeśli obiekt nie żyje na co dzień.

Już zupełnie na koniec, odchodząc od konfliktu z władzami, mam inne pytanie. Umie pan wyjaśnić, co takiego stało się z węgierskim żużlem? W kapitalizm wchodziliście z kilkunastoma znakomitymi zawodnikami. Adorian, Tihanyi, Bodi, Hajdu, Kocso, Nagy, Boszormenyi, Petrikovics - przecież z nich można by złożyć ekipę, która biłaby się o medale w polskiej pierwszej lidze. Dzisiaj nie macie nic. W dodatku tak się wszyscy ze sobą pokłóciliście, że z kilku czynnych torów, wkrótce zostanie jeden.

Wszystko posypało się kilka lat temu, kiedy trzy generacje zawodników w tym samym czasie odwiesiły skóry na kołek. Starsi: Tihanyi czy Nagy, ci w średnim wieku - Szatmari, Stefani no i najmłodsi a więc Benko i Tabaka. Zbiegło się to z zastąpieniem we władzach Tibora Jaco przez Henrika Hermanna. Ten pierwszy robił dla zawodników bardzo dużo, organizował fundusze, starał się. Panowie nie mogli się dogadać i zaczęło być bardzo źle. Pieniądze z federacji, które były przeznaczane na szkolenie młodych i pomoc klubom skończyły się.

Węgierski żużel ma jakąś przyszłość?

Nie, żadnej. Magosi zjeżdża ze sceny, Kovacs to nie żużlowiec ale motocyklista, Barany... Ech. Nie ma zawodników. Lovas? Nie ma zaplecza finansowego, nie zdziwi mnie jeśli zobaczymy go na pięćsetkach z czeską licencją.

A czego panu będzie najbardziej brakować, kiedy już stadion zostanie zamknięty na cztery spusty?

Polewaczki! Kochałem rosić tor w trakcie zawodów. Moja ulubiona fucha, chociaż robiłem tu przecież wszystko... (śmiech).

***

Rozmowa autoryzowana.

Zobacz także:Parada wspomnień, czyli bułgarski żużel kiedyś i dziś. Poniedziałek: PłowdiwParada wspomnień, czyli bułgarski żużel kiedyś i dziś. Wtorek: SofiaParada wspomnień, czyli bułgarski żużel kiedyś i dziś. Środa: Łowecz i PlewenParada wspomnień, czyli bułgarski żużel kiedyś i dziś. Czwartek: Wielkie Tyrnowo i TargowiszteParada wspomnień, czyli bułgarski żużel kiedyś i dziś. Piątek: Szumen

Źródło artykułu: WP SportoweFakty
Komentarze (3)
avatar
motogonki
29.11.2023
Zgłoś do moderacji
0
0
Odpowiedz
Wreszcie coś fajnego przeczytałem na wp. de Kuczera ucz się od kolegi. Jakoś mnie pan Jozsef nie przekonał, że to są powody do zamknięcia toru. Mając takie siano i miłość do speedwaya nie może Czytaj całość
avatar
intro
29.11.2023
Zgłoś do moderacji
2
0
Odpowiedz
Zuzel jest za drogi. Dlatego fabryczne 190 na mini tor to świetny pomysł. 250 tez powinny być zamienione na fabryczne 500 bez tuningu. Na takich tanioszkach mogli by jeździć też seniorzy amato Czytaj całość
avatar
Hampelek
29.11.2023
Zgłoś do moderacji
1
0
Odpowiedz
Po tytule myślałem, że chodzi o gksż