Grzegorz Drozd: Biegunka na żużel

Zdjęcie okładkowe artykułu:
zdjęcie autora artykułu

Na dwie kolejki przed końcem rundy zasadniczej w Ekstralidze prawdziwy zawrót głowy. Wiadomo, że praktycznie nic nie wiadomo. Decydujące mecze przed nami.

Gdy podążałem z Bieszczad na mecz o utrzymanie Rzeszów kontra Grudziądz zastanawiałem się, czy będziemy świadkami symbolicznej klamry występów Golloba w Rzeszowie i zakończy swoje występy w stylu, w jakim zadebiutował przed rzeszowską publicznością. W 1989 roku w barwach Wybrzeża zdobył jeden punkt i w ostatnim wyścigu pokonał juniora Andrzeja Sikorę. Tor był wtedy mokry i przyczepny, bo na Podkarpaciu cały dzień padało. W miniony weekend w Rzeszowie nie padało, ale tor był identyczny. Wróble ćwierkały, że polewaczka od trzech dni chodziła na pełnych obrotach. - Trzydzieści polewaczek przez noc i zawody wygrane - to maksyma toromistrza Stachyry, który zasłynął na Derbach Południa przed dziewięcioma laty, kiedy Tomek Gollob i jego zespół nie podjęli rękawicy. Historia lubi się powtarzać. Ponownie naprzeciw siebie stanęli toromistrz Janusz Stachyra kontra zawodnik Tomasz Gollob. Popularny "Jasiek" ponoć przyjmował zakłady, że Gollob nie przywiezie więcej niż sześć oczek. - Jasiek nie wie, co to walec. On wie tylko, co to jest brona - podśmiewali się miejscowi kibice. O dziwo nie zabrakło chętnych do zakładu i naiwnych, co do formy Tomasza, który już nie jest w stanie walczyć na długim i przyczepnym torze. Ale widać dla niektórych Gollob, to taki żużlowy Lenin. Wiecznie żywy. [ad=rectangle] Tor w Rzeszowie oczywiście był przyczepny, Gollob na motorze nieżywy, a Stal odniosła przekonywujące zwycięstwo w meczu o utrzymanie. Historia znów zatoczyła koło. W 1996 roku w ostatniej kolejce rzeszowianie u siebie również pogrążyli GKM. Po tamtym meczu Brian Andersen i nowo kreowany mistrz świata Billy Hamill przesadzili nieco na pikniku organizowanym przez rzeszowski fan club i ochrona nie wpuściła ich na dyskotekę z powodu niedyspozycji organizmów. Andersen tamtego dnia był nieuchwytny nawet dla mistrza świata i działacze GKM-u zakwestionowali silniki Duńczyka. Wpłacili kaucję i sędzia sprawdzał parametry sprzętu Andersena. To tak na marginesie słów red. Majewskiego, że nigdy wcześniej nie widział publicznego liczenia pieniędzy, jakie odbyło się na derbach w Gorzowie. Takich sytuacji było wiele. Również w gorzowskim parkingu. W 1997 po meczu na szczycie Les Gondor i spółka zgłosili protest dotyczący silników Jacka Golloba. Oczywiście protest po sprawdzeniu litrażu został oddalony. Zresztą nie pamiętam przypadku, gdy po zgłoszeniu protestu, co do litrażu silnika, był on pozytywy. Natomiast bywały przypadki, że dochodziło do dyskwalifikacji w sprawie innych naruszeń regulaminu w kwestii pozostałych elementów wyposażenia zawodnika jak opony, tłumiki, czy gaźnik.

Liga dwóch prędkości Przed sezonem wielu malkontentów narzekało, że w świetle braku KSM-u tegoroczna liga będzie nudna i podzielona na dwie strefy: medalową i spadkową. Po raz kolejny okazało się, że w sporcie proste i nieskomplikowane rozwiązania najlepiej zdają egzamin. Im mniej ingerencji człowieka w regulaminy i próby sztucznych regulacji żywiołu, jakim jest sport, tym lepiej. Liga w tym roku udowadnia, że może być bardzo atrakcyjna i wyrównana bez KSM. Ten sezon jest weryfikatorem mitów w żużlu. Zweryfikował, że nieważne, na jakich tłumikach będą jeździć żużlowcy nadal będą upadki, karambole i kontuzje. Zweryfikował, że wcale nie potrzeba sztucznych regulacji, jak KSM, aby mecze były zacięte, a w tabeli panował ścisk. Zweryfikował, że na żużlu jeżdżą ludzie, a nie papierowe analizy. Zawodnicy "nienadający się na Ekstraligę" z powodzeniem punktują, co jest dowodem, że dziesięć ekip jest lepszym rozwiązaniem niż osiem drużyn. Pojęcie "brak dobrych żużlowców", to głupota wymyślona przez ludzi, którzy i tak bez programu i telebimu nie wiedzieliby, kto jedzie w żółtym, a kto w czerwonym kasku.

Po porażce w Rzeszowie los GKM-u jest przesądzony. Mimo ogromnej mobilizacji i poniesienia sporych kosztów Grudziądz był skazany na spadek i spadnie. Beniaminkowie są bez szans na utrzymanie w ośmiozespołowej lidze. Może pogłębiać się problem z zeszłej zimy, tj. braku chętnych do podjęcia wyzwania pt. Ekstraliga. - Gdy spadniemy czeka mnie trudna decyzja: zostać, czy odejść. Miejscowi zawodnicy mają najgorzej. Na nich wywierana jest największa presja odnośnie jazdy w zespole spadkowicza. Niby to może być tylko jeden rok jazdy w niższej lidze, ale nigdy nie wiadomo jak odbije się to na formie - tłumaczy zatroskany Krzyś Buczkowski i ma wiele racji. Czy musimy w ten sposób katować działaczy, sponsorów, kibiców i zawodników? Rok w rok słowa spadek, awans i utrzymanie brzmią w uszach jak niebo bądź piekło. Wszystko na krawędzi noża. Albo wóz, albo przewóz. Wierzę, że w polskim żużlu - parafrazując słowa piosenki Tomka Lipińskiego - jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie i ligi będą dwie, bowiem nie da się zestawić trzech ligowych frontów z zaledwie dwudziestu drużyn.

Mesjasz speedwaya

- Nie ściągamy Warda, bo to kot w worku - powiedział w lipcu Andrzej Łabudzki. Pan Andrzej zapomniał o jednej drobnej sprawie: Darcy Ward jest mesjaszem speedwaya, którego żużel potrzebuje bardziej niż on sam żużla. W Szwecji, Anglii i Polsce jedzie wielkie mecze, błyskotliwe wyścigi i cudowne akcje. W Gorzowie był niepokonany i tylko taktyka z przepuszczaniem Iversena stanęła na drodze do wielkiego kompletu - 21 oczek. Takich wyczynów w historii ligi dokonało jedynie kilku żużlowców - jako pierwszy Jurek Rembas w 1977 roku. Żużlowi eksperci w swoich analizach dostosowują się do wypowiedzi żużlowców i skupiają się wyłącznie na przełożeniach. Trudno już tego słuchać. Jakby na żużlu jeździły wyłącznie zębatki, zapłony i tunerzy. W takim razie, to nie Ward ustrzelił 20 oczek, lecz jego mechanicy. - To motocykl kreuje zawodnika. Zarówno w górę jak i w dół - powiada Krzysiek Kasprzak powołując się na słowa Zenka Plecha. W kontekście podobnych teorii z wielką uwagą obserwowałem Krzysztofa Jabłońskiego na niedawnym meczu w Tarnowie. "Jabol" przeciwko Unii jechał na silniku pożyczonym od czołowego zawodnika ligi, kontuzjowanego Piotra Protasiewicza. Jabłoński zdobył jeden punkt i jego występ jest kolejnym przykładem na to, że słabeuszowi nie pomoże sprzęt od lepszego kolegi.

Natomiast mieliśmy setki przypadków, gdy dobry zawodnik sięgał po sprzęt słabszego i w dalszym ciągu jechał na wysokim poziomie. Kasprzak narzeka na sprzęt, bo co ma zrobić? Przecież nie powie, że zwyczajnie nie udźwignął ciężaru oczekiwań. Nie ma co się pastwić nad Krzyśkiem, bo o srebrnym medalu mistrzostw świata wielu może pomarzyć, ale fakt jest taki, że niepowodzenia na starcie sezonu w błyskawicznym tempie zniszczyły psychikę i pewność siebie Kasprzaka. Rok temu był otwarty na świat. Dzielił się prywatnymi emocjami, chwilami w rodzinnym gronie. Śpiewał w samochodzie i ze szczegółami pozdrawiał rodzinę począwszy dziadka na siostrzeńcu skończywszy. Dziś jest zamknięty w sobie i zupełnie niedostępny. Totalna zmiana w zachowaniu. Kasprzakowi bliżej do emocjonalnego chłopaka niż wyrachowanego zawodowca. Dlatego tak brutalnie poległ. Fachowcy zastanawiają się nad podobnym przypadkiem spadku formy. Najbliższy przykład z GP jest udziałem Jimmyego Nilsena. W ciągu jednego roku z czołowego zawodnika - 4 m. w 1999 roku - stał się tłem dla rywali w następnym sezonie i zajął odległe 12. miejsce.

Na Kasprzaka wizja tytułu mistrza świata na wyciągnięcie ręki zadziała wybitnie deprymująco. Roczny rozbrat ze ściganiem na Darcyego Warda zupełnie odwrotnie. Ward jest głodny, Ward jest żądny. Zwycięstw, jazdy i pieniędzy. W świetle wykrzesywania z siebie minimum przez Grigorija Łagutę Darcy jest obecnie najlepszym żużlowcem świata i niech ku chwale speedwaya jak najprędzej wraca do Grand Prix. Ward w Gorzowie do parkingu wpadł spóźniony i nie przeszkodziło mu to w wybornej jeździe. Takich sytuacji w żużlu mieliśmy mnóstwo. Zawodnicy są w ciągłej podróży. Z dnia na dzień pędzą na zawody i nikogo już to nie dziwi. Kiedyś dosłownie trzy minuty przed meczem Valsarny na stadion wjechał Tomek Gollob. Mark Loram skakał przez płot w Częstochowie, a Sam Ermolenko w Tarnowie, gdy ochrona nie chciała wpuścić ich na stadiony. Na wzór Warda Nicki Pedersen w biegu ubierał kevlar w 2001 roku przed arcyważnym meczem fazy play-off w Aveście. Jacek Gollob przez korki wpadł do Krosna dopiero na trzecią serię półfinału indywidualnych mistrzostw Polski i jeszcze zdołał wywalczyć awans, a Billy Hamill pędził przez Ocean Atlantycki na mecz do Zielonej Góry! Żużel jest szalony.Szalony jak Nicki Pedersen Pedersen przesadza. Niech jego fani przestaną go bronić. Nicki zbyt często nie zostawia miejsca i podjeżdża przeciwników. Można to jeszcze rozumieć w przypadku młodego nadgorliwego zawodnika, który za wszelką cenę marzy o sukcesach, ale nie w przypadku podstarzałego wielokrotnego mistrza świata. To niewytłumaczalne. Pedersen po zeszłorocznych problemach rodzinnych i rozstaniu z wieloletnią partnerką, matką jego dwojga dzieci, wydaje się być rozkojarzony. Żużel to wszystko, co mu pozostało i chce przede wszystkim samemu sobie udowodnić, że niczego więcej w życiu do szczęścia nie potrzebuje. Jedyne szczęście, jakie żużel może mu dać, to zwycięstwa. A więc, gdy ich brakuje, wpada w szał. W parkingu i na torze. Przed sezonem Nicki bardzo, ale to bardzo chciał udowodnić, że jest twardzielem i nic go nie złamie. Marzył o tytule mistrza świata. Złoty medal w cyklu SGP byłby dla niego najlepszym ukojeniem. Ale Nicki nie da rady. Jeździ coraz bardziej topornie i bez polotu. Błyskawicznie irytuje się w przypadku słabszego biegu. Zwyczajnie jest słabszy od Taia Woffindena, którego nie jest w stanie pokonać w długim cyklu, gdzie decyduje regularność. To wszystko powoduje, że Nicki w ligach jedzie zbyt ostro. I może być jeszcze gorzej, bo moim zdaniem z formą Nickiego w GP będzie tylko gorzej. Przy okazji kontrowersyjnego starcia Doyle - Pedersen po raz kolejny pada wiele utartych żużlowych pseudo prawd. Że niby w momencie kontaktu, po którym następuje upadek, zawodnik znajdujący się o kilka centymetrów z przodu rzekomo dyktuje tor jazdy. Podobnie bronili Tomasza Golloba jego obrońcy w słynnym zderzeniu z Nickim Pedersenem w Landshut. Dyktowanie warunków jazdy z racji znajdowania się z przodu o kilka centymetrów jest wymysłem niemającym nic wspólnego z regulaminem i zdrowym rozsądkiem. Podobnie rzecz ma się z teoriami, że jedyną wytyczną rozstrzygnięć winy w spornych sytuacjach jest kontakt czy też brak kontaktu walczących z sobą zawodników. Pseudoteorie, które po wielokrotnym powtarzaniu stały się "regulaminem".

Aby trafnie ocenić sporne zdarzenie trzeba przeanalizować całe zajście, czyli jak doszło do finalnego starcia, a nie tylko sam moment upadku. Należy przeanalizować, kto i w jakim stopniu zmieniał tor jazdy. Brak kontaktu nie oznacza braku winy zawodnika atakującego i odwrotnie. Kontakt przy upadku zawodnika atakowanego nie oznacza automatycznie wykluczenia zawodnika atakującego. Tak mówi nie tylko regulamin, ale i przede wszystkim logika. Dobrze by było gdyby to wszyscy zapamiętali wraz z zawodnikami włącznie. Tomek Gollob na żużlu jeździ 27 lat, ale dalej powołuje się na "przepis", że skoro był pół metra przed Pedersenem, to znaczy, że mógł go skosić. Natomiast Pedersen miał wyfrunąć w powietrze albo cudownym manewrem przesunąć się w bok. Identycznie było w sytuacji Duńczyka z Doylem. Tyle, że Nicki występował w odwrotnej roli. Tym razem to on nie dał szansy manewru Australijczykowi. Sugestie, że Doyle wysunął lewą nogę, aby złapać kontakt z Nickim są niedorzeczne. Australijczyk w naturalnym odruchu wyrzucił nogę w bok, aby asekurować się przed upadkiem. Tak też zrobił w pierwszej kraksie ze swoim udziałem, gdy obrażeń doznał Krzyżanowski. Jason jechał swoim torem i nagle wyskoczył mu Pedersen, który wjeżdżał w łuk na pełnej prędkości po manewrze długiej prostej. Wjeżdżał na dwa koła i lekko odbił w kierunku Doyle'a. Kangur wiedział, że czeka go ostra pika i jazda w płot. Każdy zawodnik, który przeprowadza podobny atak wie, że ma 50 proc. szans na powodzenie akcji. Uda się albo i nie. Atakujący za każdym razem podejmuje ryzyko, czy zmieści się między krawężnikiem, a rywalem bądź między bandą, a rywalem. Zawodnik atakowany, jeśli nie zmienia toru jazdy i trzyma się swojej ścieżki, nie jest w niczym winien swojego upadku. Sędziemu pozostaje osądzić fakt, czy zawodnik atakowany mógł utrzymać się na motocyklu. Zdarza się bowiem, że z braku umiejętności, wyrachowania bądź wyrobionego nawyku, wyprzedzany rider kładzie się na torze, o czym przekonuje ostatnio nurek - Peter Kildemand.

Zwycięski luz

- Do niczego niepotrzebne mi są takie zawody - odpowiedział Grzegorz Walasek na pytanie, czy turnieje jak IMME są potrzebne. - O tak. Rewelacja. Bardzo dobry pomysł. Mogłem się sprawdzić na tle czołówki - odpowiedział na dokładnie to samo pytanie Bartek Zmarzlik. Walasek lat 39. Zmarzlik 20. Biologii nie da się oszukać. Motywacji i chęci do walki nie da się kupić. Choć ponoć w Falubazie ponadto nie płacą. Tak czy siak - młodość górą. Młody Pawlicki w każdych zawodach promienieje. Skacze przez płot i wskakuje do sektora kibiców. Kocha Unię i kocha Leszno. Choć boję się, że jak na kandydata na mistrza w przyszłości aż nadto angażuje się w lokalne miłostki. Zbyt mocna więź miedzy zawodnikiem, a jego macierzystym klubem nie wychodzi na dobre, czego dowodem jest nasz mistrz Gollob. Pawlicki nie traktuje poważnie zagranicznych lig i to jest niepokojący syndrom. Z kolei Sajfutdinow na zawodach jest jakby "nieobecny" i wykazuje zero emocji. Pedersen traktuje żużel jak antidotum na życiowe rozterki i wpada w szał przy niepowodzeniach. Zmarzlika nakręca każdy przejechany metr toru, a jego nauczyciela Golloba żużel już męczy.

A Hancock? Padnie zaraz pytanie. Wyjątek potwierdzający regułę. Nigdy w historii żużla nie było zawodnika w takim wieku z taką formą. Hancock wszędzie jest obcokrajowcem. Żeby pozostać w tym cyrku musi dobrze jeździć. On nie ma powrotu do macierzystego klubu. On nie ma drugiej ligi za miedzą. Żeby się bawić w żużel na obcym kontynencie musi dobrze zarabiać, czyli dobrze jeździć. Ale jego żużel wciąż kręci. Środowisko, ludzie i klimat parkingu. Gdy wszystkie busy wyjechały ze Smoczyka po IMME Hancock nadal stał na stadionowym parkingu w... kevlarze. Maniak żużla. Nauczył swojego ucznia Janowskiego żużlowego credo. - Maciek wchodzi do parkingu i jest wyluzowany. Każdy z nas próbuje osiągnąć taki stopień luzu, pewności siebie i nie dajemy rady. Wielu zawodnikom wydaje się, że już posiedli tą wiedzę. Ale tylko się oszukują. W dalszym ciągu myślą i pracują nad tym. Sęk w tym, że Maciek nie myśli. On po prostu jest wyluzowany - mówi "Buczek" o naszym najlepszym polskim żużlowcu, który na arcytrudnym terenie w Tarnowie nie znalazł pogromcy. Dla odmiany tego samego dnia, 80 km na wschód od Tarnowa, nikt pogromcy nie znalazł w byłym najlepszym naszym zawodniku Tomaszu Gollobie. Pojechał jeszcze gorzej niż w 1989 roku, bo tym razem nie zdołał pokonać ani jednego zawodnika gospodarzy. - Nie wiem dlaczego pojechał tak słabo. Może miał biegunkę? - pytał retorycznie Janusz Stachyra po słynnych Derbach Południa w 2006 roku. Dziś nikt już takich pytań nie stawia, bo Gollob od jakiegoś czasu po prostu przestał mieć biegunkę na żużel. Taka kolej rzeczy. - Za dwa-trzy tygodnie będzie o mnie głośno i z tego powodu będę zajęty przez następne kilka miesięcy. Ale o wszystkim dowiesz się wkrótce - rzucił po meczu tajemniczo Tomek Gollob. No cóż, czekam na wieści o Tomku z równie wielką uwagą jak na finał ligi.

Grzegorz Drozd

Źródło artykułu: