WP SportoweFakty.wp.pl – wiadomości sportowe, relacje live, wyniki meczów

Kokpit Kibice
Relacje na żywo
  • wszystkie
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Skoki narciarskie
  • Tenis

Krzysztof Hołowczyc: Chciałem pokazać, że jestem z husarii

- Okradałem najbliższych z czegoś więcej niż pieniędzy. Kradłem nasz wspólny czas, miłość, życie. Czasami dopiero po mocnym zakręcie zaczynałem cenić uśmiech dziecka, promyczek słońca, albo smak takiej prostej kanapki - mówi kierowca rajdowy.
Michał Kołodziejczyk
Michał Kołodziejczyk
PAP/EPA / Na zdjęciu: Krzysztof Hołowczyc

Michał Kołodziejczyk, WP SportoweFakty: Mówi pan ostro: "W sporcie nie ma miejsca dla grzecznych chłopców”. A w telewizji śniadaniowej widzę, jak w towarzystwie dwóch córek i wnuczki śpiewa pan „Pieski małe dwa".

Krzysztof Hołowczyc, kierowca rajdowy: Twardzi faceci często miękną w ważnych momentach. Kiedy usłyszałem, że wnuczka śpiewa piosenkę, którą często śpiewamy razem, to po prostu dołączyłem się. To jest naturalne. A co? Nie pasuje do mojego wizerunku?

Nie bardzo.

Śmieję się z ludzi, którzy tworzą wizerunki. Że ktoś jest twardy, a ktoś piękny, a jeszcze inny - poukładany. Ja jestem sobą i jak trzeba być przygotowanym na zabawę z dzieckiem, to jestem, jak trzeba być przygotowanym na śmierć - też.

Aż tak?

Moja żona nienawidzi, jak to mówię, ale czasami lepiej zginąć, niż przegrać. Bywało, że z pełną świadomością podejmowałem stuprocentowe ryzyko. Nie, nie chciałem zginąć, nie rozpędzałem się do stu na godzinę przed ścianą i nie udawałem później zdziwionego, że nie wyszło. Jechałem po prostu każdy zakręt tak, jakby był ostatni w rajdzie. Znowu wyszedł i znowu wyszedł. Kocham ten moment. Samochód jest wtedy taki lekki, że doślizguje się do zakrętu, w pewnym momencie tylko hamulcem ręcznym mogę go tak nasterować, żeby jeszcze raz się udało. To takie pełne zjednoczenie się z maszyną i otoczeniem w czasie rajdu.

To co pan w końcu lubi? Rodzinne, spokojne życie czy raczej balansowanie na krawędzi?

Ale to się właśnie nie wyklucza. Denerwuje mnie, kiedy ludzi próbuje się wsadzić w jakiś szablon. Że ktoś jest taki twardy i bezwzględny, i nie ma nikogo bliskiego, i koniecznie jeździ na Harleyu. To tylko pozory, jakieś klisze. Pewne zachowania wymusza życie. Jestem miłym, grzecznym chłopcem, ale kiedy zakładam kask i kiedy jest się o co bić, to zamieniam się w bardzo złego drapieżnika, którego nie rozumieją nawet bliscy. W czasie rajdów przyjaciele pytali mnie, czy coś się stało, czy się obraziłem i czemu mam taką zaciętą gębę. A ja po prostu byłem skoncentrowany na osiągnięciu sukcesu. Tak, w sporcie nie mam miejsca dla miękkich, zwłaszcza w takim gdy mija się drzewa z prędkością 200 kilometrów na godzinę tak, że obcierają o uszy. Do mojego wizerunku nie pasowałaby panu jeszcze jedna rzecz.

ZOBACZ WIDEO: Robert Kubica wróci do Formuły 1? Michał Kościuszko zabrał głos

Jaka?

Wiara. Czasami wiedziałem, że ten u góry mi dopomógł. Niedużo. Jakieś pięćdziesiąt kilogramów na dachu samochodu położył, żeby mnie docisnąć i żeby udało się przejechać, chociaż biorąc pod uwagę tylko prawa fizyki, nie dałoby rady. Albo jakaś kontra kierownicą, która żeby wyszła, nie może być przypadkowa, tylko dokładna do milimetra. I dopiero kiedy jechałem dalej, uzmysławiałem sobie, że działo się to przy 180 kilometrach na godzinę. To są momenty, których nigdy nie zapomnę i których nikt mi nie zabierze. Takie chwile, kiedy po wypadku wiozą cię na wózku inwalidzkim i zastanawiasz się, czy będziesz chodził, zmieniają człowieka na zawsze. A na śmierć naprawdę jestem gotowy.

Mówi pan serio?

To bardzo prywatna strefa, niezgodna z moją wiarą, ale rzeczywiście jestem na etapie, kiedy mogę umierać. Nigdy nie chciałem, żeby moja rodzina została z ręką w nocniku, gdybym nagle zniknął, gdyby coś mi się nie udało. Żeby po tatusiu trzeba było jakieś długi spłacać. Mam świadomość, że okradałem najbliższych z czegoś więcej niż pieniędzy, bo z ciągłego kontaktu, miłości, naszego życia, ale przynajmniej nie będzie tak, że teraz będą musieli walczyć o przetrwanie. To są jednak istoty słabsze, a ja jestem "rycerzem", który idzie przodem i wytycza drogę, karczując las. Tak składam elementy, że jak pójdę do piachu, to rodzina nie zostanie na lodzie. Nie mam oczywiście w planie zrobić sobie krzywdy, ale nie boję się, że nastąpi najgorsze. Zawsze po jakichś dramatycznych historiach podczas rajdów wracałem do domu i zaczynałem cenić uśmiech dziecka, promyczek słońca, albo smak jakiejś prostej kanapki. Dopiero wtedy tak mocno i dosadnie docierało, jaki świat jest piękny.

Nie da się tego zauważyć tak po prostu, bez wcześniejszego ocierania się o śmierć?

Zbliżanie się do krawędzi pozwoliło mi poznać świat na nowo. Zacząłem cenić proste rzeczy, o których ludzie na co dzień zapominają i z klapkami na oczach gnają przed siebie. Jeszcze jeden dom, jeszcze jeden samochód, helikopter… Nie zdajemy sobie sprawy, jak dobrze żyjemy. Czasami słyszę, że ktoś swoim Gulfstreamem przyleciał, ale ma tylko ośmioosobowy i musi zmienić na dwunastoosobowy, bo jak osioł na lotnisku wygląda. No, myślę sobie, chłopaki mają naprawdę wielkie problemy. I tłumaczą mi, że aby to utrzymać, pracują od 6 do 22, ale czasami mają wolne weekendy. Też lubię fajne rzeczy, samochody, ale kiedy uzna się je za esencję życia, to można się grubo pomylić. Nie można stać się niewolnikiem tego, co chce się mieć. Maciuś Wisławski mówił zawsze, że najważniejsze, żeby móc wstać i żeby usiąść. Wie pan ile osób o tym marzy? Byłem kilka razy na szczycie, rozglądałem się i myślałem, że jest całkiem fajnie, ale nie czułem jakiegoś spełnienia. Pojawiało się w innych momentach, prostych, codziennych.

Na szczycie można się poczuć samotnie?

Nie. Tam są tony winogron i tabuny ludzi, którzy nagle pojawiają się przy tobie i pytają, czy można ci tyłek podetrzeć. I jak lubisz mieć podcierany, z której strony. To właśnie wtedy musisz odróżnić ziarno od plew. Sukces ciągnie wszystkich, prawdziwie samotnym jest się po porażce. Jak na Rajdzie Deutschland w 1996 roku, kiedy wspólnie z Maćkiem Wisławskim po tylu latach jako Polacy byliśmy blisko zwycięstwa w mistrzostwach Europy, już witaliśmy się z gąską i nagle samochód stanął w płomieniach kilkaset metrów przed metą. Próbowaliśmy dojechać płonącym autem do mety, ale w końcu musieliśmy się zatrzymać i wyskoczyć w ostatniej chwili, żeby się nie usmażyć. To była scena jak z amerykańskiego filmu, dwóch bezradnych gości z kaskami w rękach patrzy na swój płonący samochód. I to poczucie, że nasze marzenia właśnie poszły z dymem. Następnego dnia widziałem, jak szczątki auta były wywożone na lawecie - patrzyłem i płakałem, łzy same leciały. Wtedy pomyślałem sobie: "Hołek, jesteś w totalnej dupie". I to był ten moment, kiedy nauczyłem się wstawać z kolan.

Da się tego nauczyć czy trzeba się z tym urodzić?

Na sto przypadków w sporcie osiemdziesiąt będzie się próbowało podnieść, w życiu codziennym - tylko dwadzieścia. Ludzie się poddają, myślą, że jakoś tam będzie. Dla mnie nie było, że "jakoś tam będzie", brałem sprawy we własne ręce. To czasami piecze, czasami boli, często się nie udaje, ludzie zamykają drzwi przed nosem, odpychają, krytykują, ale nie wolno się poddawać.

W życiu codziennym też się udaje?

Proszę uwierzyć - nauczyłem się czerpać siłę z porażek. Jak mam zaplanowaną jakąś umowę, przygotowany jakiś interes i nagle wszystko wywala się do góry nogami, to potrafię się z tego cieszyć. Bo to znaczy, że jest coś do zrobienia. Porażka stała się dla mnie motywacją, w końcu mam doświadczenie we wstawaniu z kolan i wiem, jak to robić. To jest zwyczajna chęć życia. Ciągle walczę o swoje marzenia. Mój sport wymaga worków pieniędzy, trzeba dysponować takim budżetem, że aż głupio ludziom mówić. Mogę sobie kupić Kię, albo Dacię i cieszyć się, że w ogóle startuję, ale już tak mam, że zawszę chcę wygrać. A żeby to zrobić, trzeba mieć wszystko na najwyższym poziomie. Kiedy dotknąłeś prawdziwego sukcesu, nie będziesz się cieszyć byle czym.

Inwestował pan w rajdy własne pieniądze?

Bywało tak, że wszystkie, domowe. Pojechałem w Nowej Zelandii, Australii parę rajdów i kupka pieniędzy zniknęła jak worek lodu na pustyni. Nawet na tej wodzie, która została, żadna roślinka nie chciała wyrosnąć. Wydałem wszystko, łamiąc zasadę, że swoich zasobów nie powinno się ruszać, a przecież były czasy, kiedy kilometr jazdy autem WRC wyliczany był na dwa tysiące złotych. To była choroba, na którą nadal cierpię. Choroba ścigania. Planujemy z żoną nowy dom, a ja chodzę i myślę tylko o jednym - żeby wrócić do rajdów i przełożyć wajchę. Żeby mi znowu liczyli: 5, 4, 3, 2, 1. I potem żebym ja liczył biegi - 1, 2, 3, 4, 5… Nikt i nic tego nie zastąpi, to jest straszne. Czuję się jak narkoman. Mam kilka treningówek, możliwość pojeżdżenia, testuję ludziom samochody, ale nijak ma się to do ścigania.

Brakuje prawdziwej adrenaliny?

Widzę oczami wyobraźni Stephane’a Peterhansela, który zerka na mnie spode łba. Pięknie się ze mną wita, jest bardzo miły, ale wiem, że tam w środku jest zwierzę. Ja tych ludzi rozpoznaję z daleka. Albo taki Nasser al-Attiyah zagaduje: "Cześć Krzysztof! Co u ciebie?", a ja wiem, że jakbym się odwrócił, to mi taką jamę nożem na plecach by zrobił, żebym tylko nie wystartował. Sam też byłem sukinsynem, który zrobił wszystko, by wygrać. Używałem ludzi, by się wdrapać wyżej, nie interesowało mnie nic innego, tylko sukces. Byłem okropnym egoistą, zżerała mnie ambicja.

Samochód prowadził pan czy pana ego?

Ciągle żyję, a kilku kolegom się nie udało, więc chyba nie jest tak źle. Mam taką jedną złą historię, nie lubię jej przypominać. Kiedyś w chwili poważnego wypadku, choć uważałem, że jestem taki ciepły i rodzinny, i że w takiej ostatecznej chwili przeleci mi przez głowę całe życie, żona, dzieci, to wtedy zamiast o najbliższych pomyślałem o nowej rajdówce, która na mnie już czekała w Szwecji. Ale to były czasy, gdy byłem jeszcze wściekłym, młodym drapieżnikiem, miałem długie pazury i ostre zębiska. Obrzydliwa historia. Na Dakarze zawsze była we mnie świadomość, że mogę nie wrócić. To bezdyskusyjnie najtrudniejszy rajd świata, a jak jest się w czołówce, to się ryzykuje bez przerwy, ponad miarę. Momentami wznosiłem się do takiego poziomu, że zaczynałem się czuć bogiem, że co by się nie działo i tak dam radę. I nagle przychodziła wielka dziura, wielkie bum i potem wielkie ocknięcie.

Czy uważasz, że Polacy są dobrymi kierowcami?

zagłosuj, jeśli chcesz zobaczyć wyniki

Polub Sporty Motorowe na Facebooku
Zgłoś błąd
inf. własna

Komentarze (6):

[ Anuluj ] Odpowiadasz na komentarz:

Dowiedz się jak umieszczać linki od tagów, pogrubiać tekst, itp.
  • Janek Kloss 3
    A jak prosty robol straci prace i jego rodzina musi walczyć o przetrwanie to co.Też okradł ich z pieniedzy? Żałosny jesteś Hołowczyc,Zarobiłeś pare złoty i jesteś cool.Żenua.
    Odpowiedz Zgłoś Zablokuj
  • ALII 1
    Niech ten Pan się nauczy PODSTAW i niech rozróżni swoje tory treningowe od dróg publicznych!!! Żałosne... że tylko znanych baranów nie dotyczy ograniczenie prędkości !!! Szkoda też że występuje w reklamach co sugeruje że Panu Hołowczycowi wolno wszystko! Brawo polskie sądy i telewizjom promującym potencjalnego mordercę!!!
    Odpowiedz Zgłoś Zablokuj
  • Karolll 0
    Hołowczyc jest przecież uczniem Bublewicza
    Jan Maria Wafel ostatnim prawdziwym kierowcą rajdowym był Ś.P Marian Bublewicz.Ci teraz to celebryci....
    Odpowiedz Zgłoś Zablokuj
Pokaż więcej komentarzy (3)
Pokaż więcej komentarzy (6)
Pokaż więcej komentarzy (6)
Pokaż więcej komentarzy (6)
Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
×
Sport na ×