Tata Linette sam usunął się w cień. "Magda żałuje, że jej sukcesów nie może oglądać dziadek"

Zdjęcie okładkowe artykułu: Archiwum prywatne /  / Na zdjęciu: Tomasz Linette z córką
Archiwum prywatne / / Na zdjęciu: Tomasz Linette z córką
zdjęcie autora artykułu

Magda Linette już w czwartek po raz pierwszy w karierze powalczy o występ w finale Australian Open. O drodze na szczyt i emocjach związanych z ostatnimi meczami opowiedział, specjalnie dla WP SportoweFakty, Tomasz Linette, ojciec zawodniczki.

[b]

Mateusz Puka, WP Sportowefakty: Już po pana głosie słychać, że po ćwierćfinałowym meczu swojej córki z Karoliną Pliskovą (spotkanie rozpoczęło się o godz. 1 polskiego czasu) nie zmrużył pan oka. Tak długo pan świętował?[/b]

Tomasz Linette (tata Magdy Linette, półfinalistki Australian Open): To nie tak. Bardzo przeżywam wszystkie mecze Magdy, a jej mecze w Australii zawsze są dla mnie pod tym względem najtrudniejsze. Emocje są tak duże, że od 1 stycznia nie przespałem normalnie żadnej nocy. Po wygranym ćwierćfinale z Karoliną Pliskovą też nie zmrużyłem oka. Nie umiem spać w dzień, więc od trzech tygodni w funkcjonowaniu pomagają mi tylko krótkie drzemki. Strasznie się cieszę z sukcesów córki, ale ten turniej także mi porządnie daje w kość.

Dla wielu obserwatorów tak dobry wynik Magdy Linette to spory szok. Dla pana też?

Dobra gra nie jest dla mnie niespodzianką, ale faktycznie nikt z nas nie oczekiwał aż tak dobrych wyników. Magda gra bardzo konsekwentnie i widać, że w tym szaleństwie jest metoda. Od pięciu meczów utrzymuje bardzo wysoki poziom i oby tak grała dalej.

Spodziewał się pan aż takiej eksplozji formy? Wcześniej widział pan jakieś sygnały, że to może być jej sezon?

Gigantyczny postęp Magda zrobiła już trzy lata temu. Po wygranym turnieju w Bronksie wydawało się, że kolejne sukcesy są już tylko kwestią czasu. Wtedy jednak najpierw przytrafiła się kontuzja kolana, a gdy Magda ze sporymi nadziejami leciała na turniej Indian Wells, to wszystko zostało zastopowane przez pandemię. Po tym okresie trzeba było odbudowywać formę na nowo. Można więc powiedzieć, że teraz Magda kontynuuje to, co rozpoczęła trzy lata temu.

ZOBACZ WIDEO: To będzie coś nowego. Fernando Santos zaskoczył

Pana nie ma jednak z córką w Australii i ogólnie rzadko pojawia się pan przy niej w trakcie tenisowych turniejów. Dlaczego?

To świadomy wybór poczyniony już na pierwszym etapie. Dziś zresztą tego absolutnie nie żałuję i wiem, że to była dobra decyzja. Na co dzień trenowałem Magdę tylko przez pierwsze dwa lata, a potem oddałem ją w ręce specjalistów. Do dziś zresztą obowiązuje między nami zasada, że praktycznie nie rozmawiamy o tenisie. Jestem dla niej ojcem, a nie trenerem. Zresztą w karierę Magdy od początku zaangażowana jest cała rodzina. Pomagamy jej w logistyce, kwestiach podatkowych i wspieramy w trudnych chwilach. Nikt z nas nie wtrąca się jednak w pracę trenerów.

Nie jest to typowe podejście w świecie tenisa. Ojcowie zwykle są nie tylko trenerami swoich córek, ale szefami ich teamów, menedżerami, bez których wiedzy nic nie może się wydarzyć.

Ze mną jest zupełnie inaczej i wraz z mamą Magdy i jej siostrą stanowimy zaplecze. Ja zajmuję się rejestrowaniem jej na kolejne turnieje oraz kwestiami księgowymi, rezerwacją hoteli zajmuje się z kolei siostra, a bilety lotnicze rezerwuje z kolei sama Magda. Córka wie, że może na nas liczyć i często konsultuje z nami wiele rzeczy, by mieć pewność, że robi dobrze. Od kilku lat sama wybiera sobie jednak trenerów, psychologów i wszystkich współpracowników, z którymi lata na turnieje.

Nie wierzę, że nigdy nie miał pan pokusy, by mieć jakiś wpływ na grę córki, taktykę na poszczególne mecze czy technikę odbić.

Proszę mi wierzyć, że dla mnie od zawsze priorytetem było nauczenie córki samodzielności. Wiedziałem, że jeśli będzie samodzielna w życiu, to poradzi sobie także na korcie, gdzie przecież właśnie ta cecha jest kluczowa. Poza tym zawsze mieliśmy szczęście do dobrych trenerów, którzy pomagali Magdzie wykonać postęp na każdym etapie kariery. Znałem dobrze swoją córkę i środowisko tenisowe w Poznaniu, więc może to pomogło mi dokonywać dobrych wyborów. Ufałem trenerom, a że za każdym razem dość szybko przychodziły efekty, to nigdy nie musiałem interweniować. Dzięki temu mogę powiedzieć, że dla swojej córki jestem ojcem, a nie trenerem.

Nawet po takim sukcesie nie zmieni pan filozofii i nie planuje częstszych wizyt na meczach córki?

Znam się trochę na sporcie i wiem, że moja obecność wcale nie ułatwiłaby zadania Magdzie, a być może nałożyła na nią dodatkową presję. Tenisistka widzi wszystko, a czasem mowa ciała, czy najmniejszy gest jej najbliższych mogą negatywnie wpłynąć na nastawienie w czasie meczów. Przeżywam bardzo jej mecze, a nie mogę pozwolić na to, by moje nerwy przeniosły się na córkę. Brak wyjazdów na turnieje córki to nic innego jak po prostu minimalizowanie negatywnych aspektów, które mogą wpływać na Magdę. Nie jestem zwolennikiem bardzo mocnego zaangażowania rodziców w karierę dziecka, bo historia pokazuje, że w zdecydowanej większości przypadków przynosiło to negatywne efekty.

Na zdjęciu: Tomasz Linette z córką (fot. archiwum prywatne)
Na zdjęciu: Tomasz Linette z córką (fot. archiwum prywatne)

W czasie turniejów macie okazję do wspólnych rozmów telefonicznych?

Oczywiście, ale nigdy nie rozmawiamy o samej grze. Wspieramy ją emocjonalnie, zawsze może powiedzieć nam, co ją trapi i jak możemy jej pomóc. Utwierdzamy ją w dobrym myśleniu i pomagamy wyjść z dołka. Taka jest moim zdaniem rola rodziny.

Kiedy ostatni raz był pan na zawodach córki?

Staram się jeździć co roku na Rolanda Garrosa, bywam na Wimbledonie, dwa razy byłem na US Open i raz na Australian Open. Przyjeżdżam tam jednak tylko jako kibic-turysta. W przerwach od meczów zwiedzam miasto i nie ingeruję w przygotowania córki. Już bardzo dawno nie byłem na jej treningu czy odprawie przedmeczowej. Obecnie ma świetny sztab, który nie potrzebuje naszej pomocy w kwestiach treningowych i taktycznych.

Już teraz Magda Linette ma zapewniony awans na 22. miejsce w rankingu WTA, gigantyczne pieniądze i sporą popularność. Domyślam się jednak, że nie zawsze było tak różowo. 

Magda faktycznie dość długo wchodziła na najwyższy poziom, ale trzeba przyznać, że podczas jej kariery nie zdarzały jej się długie okresy przestoju i kolejne szczeble kariery pokonywała dość regularnie. Dla nas najważniejsze było to, że dość szybko przebrnęła przez poziom turniejów ITF i już jako 17-latka trafiła do drugiej setki rankingu. Zdarzają się przypadki, że zawodniczki tkwią w turniejach ITF przez kilka lat, co drenuje je nie tylko z pieniędzy, ale także ochoty do kontynuowania kariery. Magda na szczęście od 22. roku życia jest w pierwszej setce rankingu, a dzięki temu zarabia dobre pieniądze i sama jest w stanie utrzymać sztab ludzi na najwyższym poziomie.

Kto wcześniej finansował jej karierę?

Tak naprawdę w początkowym etapie karierę córki utrzymywały trzy rodziny. Ja spędzałem na korcie 12-14 godzin, byle zebrać pieniądze potrzebne na kolejne turnieje i opłacenie trenerów. Bardzo zaangażowana była także mama Magdy, a ogromny wkład w sukces mieli także dziadkowie. Mój tata zaszczepił we mnie miłość do tenisa, a później opiekował się karierą wnuczki.

Na czym polegała ta opieka?

Gdy my skupialiśmy się na zapewnieniu funduszy na kolejne wyjazdy, dziadek brał na siebie ciężar wożenia wnuczki z treningu na trening. Poświęcał mnóstwo czasu, bo Magdę najpierw trzeba było zawieźć na korty, potem na siłownię, a na koniec dnia do fizjoterapeuty. Mój tata brał termos dla wnuczki i przez cały dzień potrafił ją wozić z miejsca na miejsce. Zresztą dziadkowie towarzyszyli Magdzie także podczas turniejów w kraju, gdy my z uwagi na inne obowiązki musieliśmy zostać w Poznaniu. Wszyscy widzieliśmy w Magdzie olbrzymią determinację, więc każdy bez słowa angażował się w jej karierę.

Domyślam się, że dziś cała rodzina jest bardzo dumna z sukcesów Magdy.

Niestety dziadek Magdy zmarł, zanim zdążyła awansować do pierwszej setki rankingu WTA. Zresztą ona do dziś powtarza, że najbardziej żałuje, że dziadek nie doczekał jej pierwszych sukcesów i nie mógł oglądać ich z bliska. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że gdyby nie on, nie byłoby sukcesów Magdy. On ją wspierał, ale jednocześnie nigdy nie wywierał żadnej presji.

Liczył pan kiedyś, ile pieniędzy zainwestowaliście państwo w karierę córki?

Nigdy tego nie liczyłem, ale wiadomo, że wejście do pierwszej setki rankingu to nie setki tysięcy złotych, a raczej miliony. My nigdy nie byliśmy majętnymi rodzicami i był czas, że musieliśmy liczyć każdą złotówkę. Na szczęście na wyjazdach da się sporo zaoszczędzić. Wybieraliśmy dla córki hotele dwugwiazdkowe, często nocowała w nich z koleżankami z kortu, na turnieje często jeździła bez trenera. Dzięki temu udawało się sporo zaoszczędzić. To nie było jednak tak, że ledwo wiązaliśmy koniec z końcem i musieliśmy wyprzedawać majątek, by zapewnić jej możliwość rozwoju. Uniknęliśmy tego, bo Magda dość szybko zaczęła osiągać sukcesy.

Na zdjęciu: Tomasz Linette (fot. archiwum prywatne)
Na zdjęciu: Tomasz Linette (fot. archiwum prywatne)

Na początkowym etapie kariery większość turniejów odbywa się w Europie, ale później nie da się uniknąć dłuższych podróży. Jak sobie z tym radziliście?

Niestety bywało tak, że Magda już jako 14-15-latka sama latała samolotami na turnieje. Była oczywiście pod kontrolą, ale jednak podróżowała samodzielnie. Do dziś wspominam, że jako 18-latka latała sama w dość niebezpieczne rejony świata jak RPA, Kolumbia czy Meksyk. Wtedy jednak nie mieliśmy pieniędzy, by wszystko organizować na najwyższym poziomie, a wszystkim zależało na tym, by kariera Magdy się rozwijała.

Mieliście wtedy wsparcie kogoś z zewnątrz?

Trzeba przyznać, że gigantyczną pomocą okazał się dla nas program rozwoju tenisa zaproponowany przez spółkę Prokom Ryszarda Krauzego. Spółka nagradzała młode polskie tenisistki za punkty ITF, a premie od sponsorów były dużo wyższe niż te turniejowe. Skorzystała na tym nie tylko Magda, ale także Agnieszka i Urszula Radwańskie, Paula Kania i kilka innych dziewczyn z roczników 1989-1992. Gdyby nie to, nie wiem, czy bylibyśmy w stanie pokryć wszystkie wydatki.

Ile czasu w roku spędza pan z córką?

Gdyby zsumować, ile czasu Magda była w ostatnich latach w Polsce, to pewnie nie wyszłoby więcej niż 2-3 tygodnie rocznie. Jazda na turnieje WTA to życie na walizkach i to powoduje, że Magda tak naprawdę nie ma swojego miejsca na ziemi. W Poznaniu ma trzy mieszkania, w których może nocować, ale większość czasu spędza na Florydzie, gdzie trenuje w trakcie sezonu.

Po Australian Open w końcu będzie trochę czasu, by spędzić go z córką?

Nawet jeśli potwierdzi się, że Magda wycofuje się z turnieju w Tajlandii, to spodziewam się, że pobyt w Polsce potrwa maksymalnie dwa dni, a córka nie zdąży przyjechać nawet do Poznania. Szykuję się więc, że to ja będę musiał wybrać się do Warszawy, by spędzić z nią chociaż chwilę. Później znów wylatuje do USA. Zresztą do takiego trybu życia jesteśmy już przyzwyczajeni, bo pobyt w Polsce to zwykle czas na załatwienie formalności, ogarnięcie wiz czy wymianę walizek. Córka jest szczęśliwa, więc i ja się cieszę.

Przed Magdą Linette starcie w półfinale z Aryną Sabalenką. Jakie ma pan nastawienie przed tym meczem?

Przypuszczam, że ten mecz będzie nieco przypominał środowe starcie z Pliskovą. Magda znów musi znaleźć sposób na pierwszy serwis rywalki i powstrzymać jej return. Konsekwencja i doprowadzenie do dłuższej wymiany znów będą kluczem do sukcesu. Sabalenka jest nieco silniejsza od Pliskovej, ale za to dzisiaj rozegrała średnie spotkanie, więc może...

Miał pan okazję rozmawiać z córką po meczu z Pliskovą?

Magda przyznała, że pierwsze gemy były dla niej bardzo nerwowe, bo ciążyła jej myśl, że ostatnie spotkanie z Pliskovą również wygrała. Dopiero po kilku gemach nieco się rozluźniła i zaczęła grać swoje. Cieszę się, że nauczyła się już ukrywać emocje na korcie, bo to klucz do sukcesu. Najwięcej nerwów było podczas starcia z Jekateriną Alexandrową, ale wygrana w tym meczu pozwoliła przejść na wyższy poziom.

Ogląda pan wszystkie mecze córki?

Podczas najważniejszych turniejów oczywiście, że tak, ale na mniejszych staram się oszczędzać. Chcę jeszcze trochę pożyć, więc muszę dozować emocje. Magda w ogromnej większości ma raczej długie batalie, więc każdy taki mecz kosztuje mnie sporo zdrowia. Nawet jeśli udałoby się jej awansować do finału, to nie wybieram się do Australii, bo podróż trwa tam dwa dni, a trzeba by jeszcze załatwić kwestie wizowe. Do końca turnieju Magdę będę śledził w telewizji, a po turnieju w końcu będę miał chwilę odpoczynku. Chciałbym w końcu normalnie pospać. Teraz nawet nie mogę normalnie nacieszyć się sukcesami, bo przez małą ilość snu ciężko mi się skupić.

Magda ma jeszcze większe możliwości?

Dzisiaj czołówka tenisistek jest tak spłaszczona, że jeszcze jeden czy dwa dobre turnieje mogą pozwolić na jeszcze większy awans w rankingu. Poza Igą Świątek nie ma zawodniczki, która regularnie wygrywa turnieje, więc teoretycznie nawet drugie miejsce w rankingu jest w jej zasięgu. Cieszymy się jednak z tego co mamy i kibicujemy w kolejnych meczach.

Rozmawiał Mateusz Puka, dziennikarz WP Sportowefakty

Czytaj więcej: Olisadebe: Szatnia nie chciała Santosa McEnroe zaskoczony postawą Linette

Źródło artykułu: WP SportoweFakty