Relacje na żywo
  • wszystkie
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Tenis
  • Zimowe

Marcin Kuźbicki: Grand Prix obnażone

Teoretycznie najbardziej prestiżowy cykl zawodów żużlowych dewaluuje się szybciej niż rubel. Nawet niedzielne IMME pod względem atrakcyjności pokazały zabawce BSI miejsce w szeregu.

Marcin Kuźbicki
Marcin Kuźbicki
Należę do bardzo wąskiej grupy kibiców żużla, których cykl Grand Prix kręci bardziej niż rodzima Ekstraliga. Od zawsze traktowałem te turnieje jako coś wyjątkowego, choć bywało i tak, że wyjątkowa była w nich tylko nuda lub pustki na trybunach. Ale wiernie jeździłem na zawody lub wytrwale siedziałem przed telewizorem, wierząc gdzieś głęboko, wbrew wszelkim przesłankom, że cała ta zabawa zmierza w dobrym kierunku. Że z czasem będzie coraz bardziej profesjonalnie i światowo.
Dlatego z tym większym smutkiem przyjąłem to, co działo się od początku tego roku. Zaczęło się od słynnego już "bagna narodowego", które zhańbiło, ośmieszyło i opluło całą dyscyplinę. Z najlepszej możliwej promocji wyszła najgorsza antyreklama jaką można sobie wyobrazić. To była beczka dziegciu wlana do beczki miodu. Otrzymana mieszanka okazała się tak bardzo niestrawna, że rundę w Tampere obejrzałem tylko z przyzwyczajenia (i dzięki dobremu towarzystwu). Fińska parodia wyścigów nie poprawiła bynajmniej zdruzgotanej reputacji cyklu. Później co prawda było trochę lepiej, a w Pradze i Malilli mieliśmy nawet szansę pooglądać nieco przyzwoitego ścigania, ale bilans tegorocznych zmagań, znajdujących się obecnie na półmetku, wypada na zdecydowaną niekorzyść.

Jeżeli ktoś jeszcze nie był przekonany o słabości tegorocznej stawki, leszczyńskie zmagania o tytuł najlepszego żużlowca Ekstraligi obnażyły ją bezwzględnie. Aż serce boli, gdy człowiek uświadomi sobie, że zamiast pojedynków Łaguty, Sajfutdinowa, Pawlickiego i Vaculika, tworzących na Smoczyku show, które - nie boję się tego stwierdzić - zostanie zapamiętane na lata, wśród teoretyczne piętnastu najlepszych zawodników globu zmuszeni jesteśmy oglądać męczarnie Harrisa, Jonassona, Batchelora czy Kasprzaka, którzy obecnie nie łapią się nawet do światowego TOP 30. Czy wśród tych sześciu rozegranych dotychczas rund mieliśmy choć jedną akcję na miarę finałowego popisu Łaguty? Choć jeden pojedynek tak zacięty, jak w drugim półfinale? Choć jeden bieg, gdzie trójka zawodników tasuje się między sobą jak talia kart w rękach wytrawnego pokerzysty? Skądże.

Proces doboru uczestników wymaga zdecydowanego usprawnienia. Jedynym sensownym rozwiązaniem wydaje mi się przesunięcie eliminacji na początek danego sezonu, by faktycznie w Grand Prix jeździli zawodnicy w aktualnie najlepszej dyspozycji. Drugą kwestią są lokalizacje "challenge'owych" turniejów. Organizowanie eliminacji na torach, na które światowa czołówka w najlepszym wypadku zagląda raz na kilka lat pod względem marketingowym może i ma nieco sensu, ale sportowo absolutnie mija się z celem i tylko prowokuje do niechcianych niespodzianek. Przecież mało brakowało, a do cyklu awansowałby Nicolas Covatti, którego poziom, z całym szacunkiem, nijak nie przystaje do rangi zawodów o Indywidualne Mistrzostwo Świata.

Niedzielne zawody pokazały nam dobitnie, jak niewiele potrzeba do zorganizowana pasjonującego widowiska - wystarczy silna, wyrównana stawka i dobrze przygotowany tor. Tylko tyle i aż tyle. Grand Prix obecnie nie ma ani pierwszego, ani drugiego. Postęp, który przez 15 lat został poczyniony w przygotowaniu sztucznych torów jest tak mizerny, że aż zatrważający. 15 lat, a do dziś za sukces postrzegane jest zrobienie nawierzchni, która nie rozleci się w połowie zawodów. 15 lat, a o klapie całego przedsięwzięcia może decydować jedna wadliwa taśma startowa. 15 lat, a dopiero teraz ktoś wpadł na pomysł, że warto przed samym Grand Prix rozegrać na danym torze jakieś zawody kontrolne. Przecież to jest jakiś kiepski żart.

Podobnie wisielczy ładunek poczucia humoru miała sytuacja z Malilli, gdy wszyscy zachwycili się przezornością organizatorów, którzy w obliczu spodziewanego deszczu rozłożyli na torze folię. Brawa za decyzję, bez której zawody nie miałyby szans się odbyć, ale przecież taka procedura już od wielu lat powinna być standardem, a posiadanie na stadionie skrawka folii, która nie jest, delikatnie mówiąc, szczytem myśli technologicznej - obowiązkiem organizatora.

No i wreszcie sama formuła zawodów. Nie chcę brzmieć jak stary zgred, powtarzający w kółko, że "kiedyś było lepiej", ale... kiedyś naprawdę było lepiej. Chore parcie na sprawiedliwość doprowadziło do sytuacji, w której może i faktycznie wszystko jest wymierne i skalkulowane, ale cała zabawa traci resztki wyjątkowości. Za kroplę przelewającą czarę goryczy uważam anulowanie podwójnych punktów w finale, które zrównało stawkę teoretycznie najważniejszego wyścig wieczoru do biegu z udziałem dzikiej karty, rezerwy toru i Chrisa Harrisa. Mam wrażenie, że wszyscy zobojętnieliśmy wobec absolutnie kuriozalnego faktu, że można zdobyć najwięcej punktów w turnieju nie będąc jego zwycięzcą. Opowiedzcie to znajomemu, który nie interesuje się żużlem – gwarantuję, że zrobi wielkie oczy. O tym, jak bez znaczenia jest obecnie turniejowa wygrana, niech świadczy fakt, że w czterech "pełnowymiarowych" tegorocznych rundach ANI RAZU zwycięzca nie miał samodzielnie największej liczby punktów. Dwa razy tyle samo, co ktoś inny (Praga i Malilla), raz mniej niż zawodnik na drugim miejscu (Tampere), a raz mniej niż drugi i... czwarty w finale (Cardiff). Wiem, że jesteśmy już do tego przyzwyczajeni, ale patrząc obiektywnie - to naprawdę chore. Podwójne punkty za finał oczywiście nie rozwiązywały tego problemu, ale przynajmniej zmniejszały nieco skalę patologii.

Najlepszym rozwiązaniem byłoby całkowite odświeżenie formuły, która uczyniłaby z każdego turnieju faktycznie wyjątkowe wydarzenie. System z lat 1998-2004, z biegami ostatniej szansy i możliwością odpadnięcia po zaledwie dwóch startach może i był niesprawiedliwy, ale unikatowy i emocjonujący jak diabli. W "eliminatorach" szły iskry, a różnica w punktacji między pierwszym a czwartym miejscem była tak wielka, że na finał naprawdę warto było rzucić wszystkie siły. A teraz? Teraz można odpuścić gdy straci się szansę na półfinał, można odpuścić gdy półfinał ma się już zapewniony, a w finale też można dać sobie spokój, bo w najgorszym wypadku odrobi się te 3 punkty w następnej rundzie, w biegu z ogórkową obsadą. Żeby było jasne - nie postuluję powrotu do systemu sprzed kilkunastu lat w dokładnie takim kształcie jaki miał. Ale warto byłoby wprowadzić coś nowego. Coś gwarantującego niekoniecznie stuprocentową sprawiedliwość, ale przede wszystkim emocje. Coś, co tchnęłoby nowe życie w ten prestiżowy, zasłużony, lecz także, niestety, obumierający cykl. Symbolem kierunku tego "cyrklu" są najnowsze wieści z Gorzowa. Miasto, które 5 lat temu zabijało się o organizację turnieju, zapowiedziało ostatnio ucieczkę z tonącego okrętu, przy poklasku polskiego środowiska. W obecnych okolicznościach decyzja ta jest zrozumiała, ale cała sytuacja - niesamowicie smutna.

Marcin Kuźbicki


Polub Żużel na Facebooku
Zgłoś błąd
inf. własna
Komentarze (81)
  • Pi-o Zgłoś komentarz
    Łaguta i ci inni "których brakuje w SGP" niech sobie wywalczą miejsce w eliminacjach... Tyle w temacie
    • Szymek07 Zgłoś komentarz
      Ile razy można czytać, że "rundę w Tampere obejrzałem tylko z przyzwyczajenia (i dzięki dobremu towarzystwu)." Co artykuł, ciągle to samo stwierdzenie. Nie wreszcie powie jak miała na
      Czytaj całość
      imię!!!
      • Tomasz Szczegóła Zgłoś komentarz
        Mądrze napisany tekst i bardzo trafne spostrzeżenia. Podwójna punktacja w finale koniecznie powinna zostać przywrócona.
        • Tigrus Zgłoś komentarz
          Najlepiej to niech zrobią 24 turnieje... Wtedy jak w skokach narciarskich można sobie spokojnie odpuścić jeden czy dwa, na regenracje sił bez obaw, że straci się szanse na mistrzostwo.
          Czytaj całość
          Serio, to dobry pomysł z przywróceniem podwójnej punktacji w finale, ale przede wszystkim trzeba minimalnie o 50% zmniejszyć liczbę turniejów (max 6). Przy mniejszej liczbie zawodów na bank Saifutinow, a może też inni, znajdą pieniądze na starty, a dodatkowo każdy jeden bieg znacznie zyska na ważności i atrakcyjności.
          • piknikpsz Zgłoś komentarz
            GP w obecnym kształcie to PADLINA i to padlina która zaczyna już śmierdzieć!!! Bardzo fajny tekst który powinno się zakończyć stwierdzeniem że ciekawe to są nasze ligi a nie GP. GP w
            Czytaj całość
            obecnej formule popełnia samobójstwo medialne i za chwilę nikt tego nie będzie chciał organizować ani oglądać.
            • Penhal Zgłoś komentarz
              Bardzo ciekawy tekst. Pierwsze to turnieje GP są zbyt rozbudowane tyle rund jest raczej zbędne. Już dziś wiadomo ze walka o złoto rozegra się między dwoma zawodnikami,potem sześciu
              Czytaj całość
              powalczy o brąz. Każdy turniej to wielka nuda.Już ciekawsze były zawody z eliminatorem. Była wtedy też stawka zawodników większa. Turniej w Lesznie pokazał kogo brakuje w GP. I jeszcze jedno w GP wygrywając rundę nie masz miejsca w finale????? więc po co zasadnicza? Dwóch najlepszych finał a o dwa miejsca zawodnicy z miejsca 3-6 nie może być tak że ktoś w zasadniczej robi 7 punktów [fuksem 8 m-c] a potem wygrywa bieg i może stać na podium ???? Mnie osobiście takie zawody nie bawią.
              • Speedway Koneser Zgłoś komentarz
                Tradycją żużla zawsze było gromadzenie punktów. Od dekad, w IMŚ, eliminacjach, kwalifikacjach, IMP i innych, w lidze, wszędzie. Niestety nastała potem moda na finały, półfinały,
                Czytaj całość
                race-offy, eliminatory, play-offy. To jest dopiero patologia, a autor ją widzi w tym że ktoś dostał więcej punktów od triumfatora. Dla jednego szampany dla drugiego punkty, czasem po równo gdy było na styk, jak ostatnio Nicki - Tai. Kiedyś pamiętało się ile pkt np zdobyła Sparta na koniec sezonu, każdy mecz był ważny. A teraz reguła " wszystko co było wcześniej się nie liczy". Owszem, to fajna odmiana, ale nie można tak wszędzie. W GP po latach cudowania wypracowano dobry kompromis. W ogóle punktacja to najsilniejszy punkt cyklu, problemy są innej natury. Rzeczywiście można pomyśleć o eliminacjach tego samego roku, choćby ich finale i może półfinałach. A że nie było w GP takiej akcji ? Nie ma w GP Griszy to i nie ma takich akcji, nie ma tu zadnej filozofii
                • Bawarczyk Zgłoś komentarz
                  Zapomniales o Regulaminie, w ktorym nawet puszczenie baka moze zdyskwalifikowac zawodnika.
                  • JacekSilesia Zgłoś komentarz
                    Często podnosi się argument, że kiedyś mieliśmy Rickardssona, Crumpa, Adamsa, a teraz mamy Harrisa, Jonassona czy Batchelora ;) Ale kiedyś też byli zawodnicy tacy jak Jirout, Chrzanowski,
                    Czytaj całość
                    B. Andersen, Smith, Stonehewer czy Karger, którzy niewiele wnosili do zawodów, albo wykańczał ich system eliminatorów, więc stawka zawsze była mieszanką światowej czołówki z średniakami, niestety teraz proporcje są zachwiane na rzecz średniaków bo kilku wymiataczy nie chce się angażować w walkę o MŚ, czyli znowu dochodzimy do problemu za małych wypłat dla uczestników GP (albo za dużych w ligach i innych turniejach)
                    • najtro Zgłoś komentarz
                      Zmniejszyć ilość rund ! i mój pomysł JESlI zawodnik z dziką kartą zdobywa więcej punktów niż stały zawodnik GP na miejscu 16 ten ostatni wylatuje z turnieju a ten z dziką kartą
                      Czytaj całość
                      zostaje na stałe w GP i jego punkty liczą się normalnie /przy 2 lub 3-im turnieju morzna dodać /tym z dziką kartą po 8-10 punktów dla równowagi/ i ŻEGNAMY Kasprzaków , Jonassonów , Harisów itd.Pomysł morze nie doskonały ale zawsze coś .Poz. dla kibiców .
                      • chudy1920 Zgłoś komentarz
                        co za bzdura Grand Prix z biegami ostatniej szansy był porażką GP. Nie raz zawodnik jechał z pola C i D, które nie pozwalały na zdobycie lepszego miejsca niż trzecie. Poza tym w tym
                        Czytaj całość
                        okresie brylował Tony Rickardsson, który wygrywał zawody jeżdżąc tylko i wyłącznie z pierwszego pola.
                        • ABC- prawdziwy Zgłoś komentarz
                          Autor bzdury wypisuje i tyle..zachwycony zapewne za młodego otwartą furtką na zachód i nie pamięta (bo i skąd) esencji żużla. ...a tą esencja były jednodniowe finały. .nieraz ze 100
                          Czytaj całość
                          tysięczną !!! Widownią. ..tu nie ma równych i rowniejszych...albo jesteś dobry albo nie...albo masz dzień konia ( Szczakiel czy na juniorce Kujawa)..to jest piękne. ..a nie brazylijski tasiemiec pod nazwą GP czy SEC...kibic żąda zwycięzcy od razu a nie za 6-8 miesięcy. ..to jest bzdura dopiero...to tak jakby sprinterom na 100 sumowac czasy ze wszystkich biegów i wylaniac mistrza świata. ..chore chore chore
                          • JacekSilesia Zgłoś komentarz
                            Z niektórymi wnioskami nie sposób się nie zgodzić, ale kilka jest znowu absurdalnych, bądź niekonsekwentnych. Autor wymienia Kasprzaka jako słabe ogniwo, ok, jest w bardzo słabej formie,
                            Czytaj całość
                            ale rok temu był drugi w klasyfikacji GP, gdyby całą 16 wyłaniać w eliminacjach w tym sezonie zapewne by się nie dostał i wtedy posypałyby się gromy na GP, że co to za cykl gdy nie jeździ wicemistrz świata i to Polak! Żużel jest takim sportem, w którym eliminacje zawsze będą dla kogoś niesprawiedliwe, kontuzje, defekty, nieznajomość toru, problemy te wyeliminować miały stałe dzikie karty, tylko znowu dochodzi do absurdów, gdy pan Łaguta olewa całe kwalifikacje i przy okazji DPŚ, a potem mówi dajcie dzikusa, jestem najlepszy... Niestety obecnie jedyną formą zmotywowania zawodników jest kasa i jeżeli kasa za uczestnictwo się nie zwiększy to niektórzy będą unikać cyklu. Co do torów jednodniowych wydaje mi się, że warto próbować co jakiś czas z cyklem GP w takich krajach jak Finlandia, ale może pójść w inną stronę, jest tam liga, są tory, może stworzyć system trybun jednodniowych, aby zwiększyć ilość miejsc siedzących, skoro w Tampere i tak przyszło kilka tysięcy, to może jeździć na torach ligowych gdzie z pewnością będzie więcej walki, a i miejsca dla wszystkich chętnych wystarczy. Narzekanie na to, że nie wygrywają zawodnicy z największą ilością punktów w kontekście zachwytu IMME jest hipokryzją, Łaguta awansował z 10 miejsca do półfinału, było dziewięciu lepszych od niego w normalnym ściganiu i wygrał, ostatnio też wiele osób narzekało na zwycięstwo Maćka w IMP, podobna sytuacja. Nie wiem czy jest sens kombinować z tabelą biegową, za czasów eliminatorów narzekano mocno na to, tak samo nie sprawdziła się dziwna punktacja w Speedway Best Pairs Cup, zawsze jest pole do dyskusji, ale nie ma co na siłę udziwniać, bo później dochodzimy do sytuacji, gdy co roku jest inny regulamin, bo poprzedni się nie sprawdził, a nie tędy droga. Natomiast zdecydowanie jestem za zmniejszeniem liczby turniejów i ograniczeniem do jednego w jednym kraju, bo sytuacja jak w 2014, czyli 3 turnieje w Polsce, 2 w Danii i 2 w Szwecji to absurd! Zamiast tego znaleźć miejsce (tylko z normalnym torem) dla Niemiec czy Rosji i już byłby to krok do przodu dla cyklu.
                            Zobacz więcej komentarzy (31)
                            Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
                            ×
                            Sport na ×