WP SportoweFakty.wp.pl – wiadomości sportowe, relacje live, wyniki meczów

Kokpit Kibice
Relacje na żywo
  • wszystkie
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Skoki narciarskie
  • Tenis

Stefan Smołka: Powroty do przeszłości: polski żużel pół wieku temu - 1967. ROW szósty raz z rzędu (felieton)

Żużel polski pół wieku temu miał się całkiem dobrze. Był co prawda bardziej czarny, ale wydawał się czystszy. Wtedy nieco szerszy niż dziś żużlowy świat jednoczył siły przeciw nam.
Stefan Smołka
Stefan Smołka
Materiały prasowe / Archiwum Stefana Smołki / Srebrna reprezentacja Polski 1967. Od lewej: Andrzej Wyglenda, Jerzy Trzeszkowski, Andrzej Pogorzelski, Antoni Woryna i Zbigniew Podlecki

Powroty do przeszłości to cykl felietonów Stefana Smołki.

***

Chciał pokazać, że Polska nie taka znów mocna i to jedynie przypadek sprawił, iż "reszta świata" dostawała od naszych łupnia (DMŚ 1965 i 1966), że ten możny świat zlekceważył tylko rosnący potencjał Polski w żużlowej konkurencji. Tymczasem, analizując zakończony sezon 1967 widać, iż zwycięstwa Biało-Czerwonych były konsekwencją wielkiej popularności speedwaya w Polsce.

Przypomnijmy, w roku 1965 polska reprezentacja (po raz drugi w historii) zdobyła w niemieckim Kempten złoto DMŚ, to samo stało się w roku następnym, 1966, we Wrocławiu. Wygraliśmy bezapelacyjnie, nie było siły na Polaków. Indywidualnie też szło ku dobremu. Antoni Woryna przed sezonem 1967 był aktualnym drugim wicemistrzem świata, jego nauczyciel a zarazem klubowy kolega Stanisław Tkocz był wtedy dziewiątym żużlowcem w świecie, Marian Kaiser jedenastym, a Andrzej Pogorzelski dwunastym. Dwójka rybniczan w najlepszej dziesiątce świata, a czwórka Biało-Czerwonych pośród najlepszych dwunastu, i to podczas finału na obcej ziemi. To było imponujące przełamanie brytyjsko-szwedzkiej dominacji. Jak do tego doszło, że po sezonie 1967, pomimo bardzo dobrej postawy polskich żużlowców, rozlała się na nich fala krytyki, odsądzono ich od czci i wiary?

Oto fakty. Na początku maja 1967 roku rozpoczęły się eliminacje IMŚ z licznym udziałem Polaków. W Miszkolcu wygrał Edmund Migoś, a w pierwszej piątce byli jeszcze Andrzej Pogorzelski i Stanisław Tkocz. W Abensbergu wygrał Joachim Maj z kompletem punktów, drugi był Paweł Waloszek, a w piątce oprócz tego zmieścili się Antek Woryna i Konstanty Pociejkowicz. W Mariborze dwa pierwsze miejsca wywalczyli Andrzej Wyglenda i Jerzy Trzeszkowski. Trudniej szło Polakom w enerdowskiej Miśni, gdzie Zbigniew Podlecki był trzeci, Stanisław Rurarz siódmy, a odpadł Marian Rose, który był bliski podium, ale z jednego wyścigu został raczej niesłusznie wykluczony za niebezpieczną jazdę. W półfinałach kontynentalnych, Polacy znów błyszczeli (Woryna wygrał w Slanym, a spoza podium awansowali Waloszek, Migoś i Pogorzelski, zaś w Bałakowie wygrał Wyglenda, a z dalszych miejsc przeszli Rurarz i Trzeszkowski), niestety część już definitywnie odpadła, a mianowicie: Konstanty Pociejkowicz, Joachim Maj, Stanisław Tkocz i Zbigniew Podlecki.

Finał kontynentalny rozegrano w szczęśliwym dla nas niemieckim Kempten. Wygrał Wyglenda przed Trzeszkowskim, czwarty był Pogorzelski, a piąty Woryna. Reszta odpadła (Rurarz, Migoś, Waloszek), a szkoda, bo europejski finał przewidziano na koniec sierpnia we Wrocławiu. Na Stadion Olimpijski zjechało m.in. specjalnymi tramwajami 60 tysięcy widzów. Awansowali wszyscy czterej nasi reprezentanci, Trzeszkowski z dziewiątego miejsca, Woryna z czwartego, Pogorzelski z drugiego i Wyglenda z pierwszego. Ten ostatni został więc tzw. mistrzem Europy i naturalnym faworytem na finał światowy. Andrzej Wyglenda w 1967 roku pobił swego rodzaju rekord, mianowicie na wszystkich czterech szczeblach drabiny eliminacyjnej meldował się jako bezdyskusyjny zwycięzca.

ZOBACZ WIDEO Wypadek Tomasza Golloba wstrząsnął Polską. "To najważniejszy wyścig w jego życiu"

Niestety, finał światowy w połowie września rozegrano na Wembley, najbardziej znienawidzonym przez Polaków obiekcie. Problem tu leżał raczej w głowie, nie na torze, czy w sprzęcie. Dość, że Wyglenda miał prawo kląć najsoczystszymi wiązankami. W Londynie wygrał Ove Fundin, ten sam, który we Wrocławiu przy Polakach cieniował jak rzadko, to samo wicemistrz Bengt Jansson, na trzecim miejscu stanął Ivan Mauger. Najlepsi z Polaków w końcowym rozdaniu to Pogorzelski - dziewiąty i Woryna - jedenasty, zaś faworyzowany Wyglenda trzy razy defektował. Tu ciekawostka, taki lider Rosjan Igor Plechanow, który z Polakami przegrywał regularnie w eliminacjach i praktycznie wszędzie, nawet na własnych śmieciach, w "Kotle Czarownic" na Wembley był tuż za podium.

Reprezentacja Polski na żużlu w omawianym 1967 roku otoczona była szczególną troską ze strony władz PZM. Rysowała się bowiem szansa zdobycia na własność Pucharu Świata. Wystarczyło trzeci raz rok po roku wygrać finał DMŚ 1967 w Malmoe. - Wiśta wio, łatwo powiedzieć - jak mawiał główny bohater kultowego serialu TVP "Dom". Słusznie uznano, że tylko liczniejszy kontakt z europejską czołówką może Polakom dać upragnione trzecie złoto, szczególne miejsce w historii, no i cenne trofeum na własność. Sport jednak lubi płatać figle, zwane niespodziankami.

Postawiono na międzypaństwowe mecze towarzyskie. Polacy potykali się między innymi ze Szwedami w Łodzi i Bydgoszczy (jeden wygrali, drugi wysoko przegrali), a wyróżnili się Henryk Glücklich, Marian Rose i wciąż świetny Edward Kupczyński. W lipcu kadra wyjechała na Wyspy Brytyjskie i tam dwa mecze wygrała, a cztery przegrała. Opiekunem był kierownik drużyny ROW, wpływowy Jerzy Kubik. Wyróżnili się Pogorzelski, Migoś, Woryna, Waloszek i, co ciekawe, wysoko punktujący na angielskich torach Wyglenda, ten sam, który nie istniał później na Wembley. Ten brytyjski serial lipcowy był w ogóle pechowy dla znakomitego w całym sezonie Andrzeja Wyglendy. W pierwszym meczu, w Edynburgu, rybniczanin mocno się potłukł, m.in. w starciu z niedoświadczonym kolegą z kadry Jurkiem Trzeszkowskim. Potem pomimo bólu dwa razy punktował dwucyfrowo dla Polski.

Niestety w Poole, miażdżąc m.in. Maugera oraz braci Boocock, z poważną kontuzją nogi wylądował w szpitalu, po czym kilka tygodni intensywnie się leczył. Że wrócił, wcale nie gorszy, pokazują wyniki indywidualne i w kadrze narodowej. Gdyby Wyglenda w 1967 roku został mistrzem świata, to światowa elita zapewne tylko pokiwałaby głową na znak szczerego podziwu tudzież aprobaty. To powinien być rok Wyglendy... Gdyby nie fatum Wembley. Rówieśnik Andrzeja Antek Woryna też spisywał się pięknie i też przewracał się nie mniej efektownie, boleśnie przy tym raniąc. W pierwszym meczu w Wielkiej Brytanii Woryna zaliczył potężny "dzwon", w konsekwencji szpital z podejrzeniem wstrząśnienia mózgu, ale dla Antka no problem, z blokadą przeciwbólową jeździł dalej i okazał się prawdziwym liderem Polaków. Takich mieliśmy pół wieku temu twardzieli à la Doyle.

Antoni Woryna i Andrzej Wyglenda, dwaj najlepsi polscy żużlowcy 1967 roku - fot. z archiwum autora Antoni Woryna i Andrzej Wyglenda, dwaj najlepsi polscy żużlowcy 1967 roku - fot. z archiwum autora
Swego rodzaju ostrzeżeniem, że nie wszystko może iść, jak chcieli działacze w Warszawie był półfinał DMŚ zwany finałem kontynentalnym. W radzieckiej Ufie co prawda tylko jednym punktem, ale Polacy przegrali z gospodarzami. Na szczęście awansowały dwa pierwsze teamy. Niepokonany był Woryna, jeden punkt stracił Pogorzelski. Zabrakło leczącego wtedy kontuzję Wyglendy, ale na finał był już zdrów. Tenże Andrzej okazał się, obok Antka, liderem Polaków w decydującej batalii o tytuł DMŚ w Malmoe. Na trudnym po kilkudniowych opadach torze tylko Goete Nordin był lepszy od dwóch rybniczan, Wyglenda oddał rywalom 3 punkty, Woryna 2. Zawiedli Trzeszkowski, Podlecki, ale najbardziej Pogorzelski, który zaliczył tylko dwa starty, w obu był ostatni. Każdy sportowiec ma prawo do chwili kryzysu, rolą trenera-selekcjonera (był nim Józef Olejniczak wraz z płk. Rościsławem Słowieckim) jest wyczuć "doła" i nie wystawiać delikwenta, bo traci zespół, a sam zawodnik przez wystawienie do składu na siłę zostaje poniekąd skrzywdzony.

Polska zdobyła srebro mistrzostw świata, tym samym ulegając Szwedom nie zdobyła na własność okazałego Pucharu. Winą (jeśli można o czymś takim mówić) obarczono przede wszystkim Pogorzelskiego, ale dostało się też kapitanowi reprezentacji Worynie. Nie pomógł jego świetny dorobek w finale (10 punktów na 12 możliwych), ani nawet fantastyczny ostatni wyścig, w którym "fruwający Toni" pokonał dwie żużlowe legendy, Briggsa i Fundina. Po finale GKŻ zawiesiła go w funkcji kapitana polskiej kadry żużlowców.

Dalsza część artykułu na drugiej stronie.

Polub Żużel na Facebooku
Zgłoś błąd
inf. własna

Komentarze (2):

[ Anuluj ] Odpowiadasz na komentarz:

Dowiedz się jak umieszczać linki od tagów, pogrubiać tekst, itp.
  • NickiX 0
    P. Stefanie,ze wszystkiego,co można tu znaleźć,największą wartość przedstawiają właśnie pańskie felietony.Dzięki za kolejny świetny artykuł i lekcję historii.Pozdrawiam.
    Odpowiedz Zgłoś Zablokuj
  • sympatyk żu-żla 0
    P Stefanie kawał czasu dobrej historii, Którą pan opisał. Nie które sprawy znałem opisane nie które słyszałem o niektórych się dowiedziałem,
    Odpowiedz Zgłoś Zablokuj
Pokaż więcej komentarzy (2)
Pokaż więcej komentarzy (2)
Pokaż więcej komentarzy (2)
Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
×
Sport na ×