Kokpit Kibice
Relacje na żywo
  • wszystkie
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Skoki narciarskie
  • Tenis

Żużel. Co z pieniędzmi z umów sponsorskich? Będzie płacz i zgrzytanie zębów

Renegocjacje kontraktów dotyczą kasy wypłacanej zgodnie z regulaminem, ale kluby dorzucają zawodnikom umowy sponsorskie. Dokładają w ten sposób tylko do samych kwot za podpis nawet pół miliona złotych. Teraz się martwią, skąd wezmą pieniądze.
Dariusz Ostafiński
Dariusz Ostafiński
Dawid Lampart WP SportoweFakty / MIchał Chęć. / Na zdjęciu: Dawid Lampart.

Większość kontraktów w PGE Ekstralidze wygląda tak, że klub płaci 250 tysięcy za podpis i 5 tysięcy za punkt (maksymalne stawki z regulaminu finansowego), a potem dorzuca zawodnikowi do jednej bądź drugiej puli, ale umowę na te dodatkowe świadczenia ceduje na powiązanego z klubem sponsora. To on ma być gwarantem wypłaty. W czasach koronawirusa, gdy niemal wszystkie firmy przeżywają kłopoty, wypłata wszelkich ekstra zobowiązań stoi jednak pod dużym znakiem zapytania. Wiemy, że prezesi chcieliby, żeby renegocjacja dotyczyła także tych kontraktów. Wiadomo, koronawirus.

Problem jest olbrzymi. Część zawodników ma nawet i pół miliona dołożone do kwoty za podpis. Są tacy, którzy mają sponsorskie umowy na start w jakimś memoriale za stawkę rzędu 100 tysięcy. Są też tacy, którym kluby, w porozumieniu ze sponsorem, obiecały 20 tysięcy złotych za sparing. Swoją drogą powód dopłaty nie ma znaczenia. Istotne jest to, że powstały zobowiązania, z których wypłatą będzie problem.

Oczywiście Ekstraliga Żużlowa nie może się zgodzić na objęcie sponsorskich zobowiązań renegocjacją, bo te dodatkowe umowy były podpisane bez jej zgody i wiedzy. Nikt nie pytał prezesa Wojciecha Stępniewskiego, czy może dołożyć kasę temu, czy tamtemu zawodnikowi. Jego obchodzi więc tylko to, co zostało zapisane w zgodzie z regulaminem. Prezesi muszą więc sami wypić piwo, którego sobie nawarzyli, licytując się w walce o zawodników.

ZOBACZ WIDEO PGE Ekstraliga 2020: Wielcy Speedwaya - Billy Hamill

Jedno jest pewne, te dodatkowe umowy spowodują, że teraz będzie płacz i zgrzytanie zębów. Na początku zawodników, bo większości z tej dodatkowej kasy nie zobaczą na oczy. - Mogliby oczywiście iść do sądu, ale o wygraną byłoby szalenie trudno. Zresztą lepiej jest im poszukać porozumienia ze sponsorem, bo za rok, dwa sponsor może znowu ich wesprzeć. Nie zrobi tego jednak, jeśli teraz skierują przeciwko niemu pozew - mówi nam Łukasz Kowalski, adwokat, były wiceprezes Włókniarza Częstochowa.

- Poza wszystkim teraz wyjdzie, że liczą się tylko te umowy, które są objęte procesem licencyjnym. Pozostałe zostaną brutalnie zweryfikowane. Wniosek z tego taki, że regulamin finansowy powinien zniknąć. Cała kasa powinna nim być objęta, ale kluby oczywiście nie powinny płacić więcej, niż mają. Zasadniczo rozumiem, że prezesi chcą teraz wywrzeć presję na Ekstraligę, by te dodatkowe świadczenia też były objęte renegocjacją. W mojej ocenie brak jest ku temu podstaw prawnych, bo każda taka umowa ma indywidualny charakter i nie można tak jak w przypadku kontraktów zastosować rozwiązania systemowego. Trzeba każdą z umów rozstrzygać zgodnie z właściwymi dla niej zapisami, dążąc do polubownego rozstrzygnięcia - zauważa Kowalski.

Brak dodatkowych świadczeń dotknie zawodników, ale prezesi boją się, że w przyszłości żużlowcy wystawią im za to słony rachunek. Jeśli teraz dany klub nie dotrzyma względem nich słowa, to za rok lub dwa podpiszą kontrakt gdzie indziej. Może się zdarzyć, że działacze, chcąc ratować skład, będą w najbliższych miesiącach stawali na głowie, żeby wywiązać się z dodatkowych świadczeń.

Czytaj także:
Dyrektor Grand Prix przerażony liczbą zgonów
Wiemy, ile mogą zarobić żużlowcy PGE Ekstraligi



Zapisz się na nasz specjalny newsletter o koronawirusie

Czy zawodnicy powinni dostać pieniądze z dodatkowych umów?

zagłosuj, jeśli chcesz zobaczyć wyniki

Polub Żużel na Facebooku
Zgłoś błąd
WP SportoweFakty
Komentarze (14):
Zobacz więcej komentarzy (1)
Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
×
Sport na ×