- Pierwsza połowa zaważyła w głównej mierze o końcowym wyniku. Straciliśmy dziewiętnaście bramek, nie ma jak tego wytłumaczyć. Tak naprawdę nie było obrony. Każdy grał sam, brakowało wzajemnego pomagania i komunikacji. Później musieliśmy gonić wynik, a wiadomo, że kosztuje to większy nakład sił. Szkoda, że tak to się potoczyło - żałował Łyżwa.
Oprócz problemów ze skuteczną defensywą, o których wspomniał oburęczny rozgrywający Azotów, były też inne przyczyny dla których komplet punktów nie został w środę w Puławach. - Proste błędy, zbyt łatwe straty, czy niepotrzebne rzuty - wyliczał. - Gdy wynik jest na styku, w ostatnich minutach czasami głowa potrafi się zagotować. W tym meczu było to widać. Tak naprawdę przez to zremisowaliśmy, a można było odnieść zwycięstwo w regulaminowym czasie.
Zobacz także: Azoty Puławy niczym kierowca po wypadku
Tymczasem ostatnia akcja spotkania, rozgrywana przez Azoty, ku rozczarowaniu wszystkich nie zakończyła się nawet oddaniem rzutu. - Taka naprawdę nie wiem jak miało to wyglądać. Był straszny hałas, nie słyszałem za bardzo tych ustaleń, bo nie byłem wtedy na boisku. Wydaje mi się, że miała być kończona na zewnątrz, a nie na siłę środkiem - przyznał.
ZOBACZ WIDEO Adam Małysz trenerem reprezentacji Polski? Tego chcą kibice!