Kokpit Kibice
Relacje na żywo
  • wszystkie
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Skoki narciarskie
  • Tenis

1 liga. Michał Jankowski: Mam swoje zadania do wykonania

- Mogę powiedzieć: "chłopie, to jest przecież twoje życie". I nawet teraz, młodym chłopakom można pokazać, że to może być ich życie, przy odpowiednim podejściu do tego - mówi Michał Jankowski, zawodnik pierwszoligowego GKS-u.
Pamela Wrona
Pamela Wrona
na zdjęciu: Michał Jankowski Materiały prasowe / GKS Tychy / na zdjęciu: Michał Jankowski

Pamela Wrona, WP SportoweFakty: Jak to się stało, że pana droga zetknęła się akurat z koszykówką?

Michał Jankowski, zawodnik GKS-u Tychy: Zawsze byłem bardzo sportowy. Odnajdowałem się niemal w każdej dyscyplinie, byłem w miarę dobry. Sport zaczął zabierać tyle czasu, że więcej mnie w szkole nie było niż byłem, więc musiałem wybrać jedną dyscyplinę. Wybrałem koszykówkę.

Co w sobie miała, że postawił pan na nią?

Najbardziej mnie do niej ciągnęło. Zaintrygowała mnie, zawsze mi się podobała. Duży udział w tym ma mój pierwszy trener, Pan Tadeusz Wrona. Był bezkompromisową osobą, musiało być wszystko tak jak On chciał, niezależnie od tego czy byłeś dobry czy nie. I to było coś innego, z czym wcześniej się nie spotkałem. Zaszczepił we mnie dyscyplinę, w głowie myślałem: „wow, On naprawdę na mnie wpływa”. I wtedy postanowiłem, że udowodnię mu, że potrafię grać w koszykówkę. Zostałem u niego i to zapoczątkowało moją miłość do basketu. Było to w szóstej klasie szkoły podstawowej. Dopiero później, w 2009 roku po raz pierwszy zetknąłem się z profesjonalną koszykówką. Wyjechałem na studia do Warszawy i podpisałem kontrakt w miejscowej Polonii.

Jak wyglądało pana pierwsze zderzenie z prawdziwą koszykówką?
To było największe zderzenie jakiego doświadczyłem. Pamiętam, że wtedy bardzo chciałem grać zawodowo w koszykówkę. Chciałem się jednocześnie uczyć, ale z drugiej strony sytuacja rodzinna nie bardzo pozwalała na to, abym został w swoim mieście. Chciałem, aby było to poza Częstochową, z której pochodzę. Tam za dużych szans nie dostawałem. Pokazałem się bardzo dobrze w jednym sezonie, w Rudzie Śląskiej w juniorach starszych – dostałem telefon od trenera Mladena Starcevićia z propozycją współpracy. Dzięki temu otrzymałem szansę połączenia zawodowej koszykówki z możliwością nauki. I tam dość mocno zderzyłem się z rzeczywistością (śmiech).

ZOBACZ WIDEO: Peter Schmeichel: Mój syn chciał dostać się do płonącego helikoptera. Tego się nie robi


Wszystko było profesjonalnie zorganizowane, treningi dwa razy dziennie, zupełnie inna koszykówka. To był dla mnie duży szok. Do tego Warszawa, zupełnie nowe i duże miasto. Tych bodźców z każdej strony było tak dużo, że bardzo ciężko wspominam ten pierwszy rok. Był on trudny zarówno pod względem koszykarskim, bo miałem wrażenie, że się cofnąłem, i pod względem życiowym, ponieważ zostałem rzucony na głęboką wodę. Później, był już najlepszy okres w moim życiu. Poznałem przyjaciół, z którymi mam kontakt do tej pory, zdobyłem wykształcenie - skończyłem kierunek zarządzanie przedsiębiorstwem (a w Częstochowie inżynierskie), wypłynąłem na wody ekstraklasy. To było najlepsze 5 lat w mojej karierze.

Czas na męskie rozmowy w Arce. Czytaj więcej--->>>
Skąd u wówczas tak młodego chłopaka wzięło się tyle samozaparcia, aby skończyć studia, uprawiając równolegle koszykówkę?

Rodzice zaszczepili we mnie podejście, że muszę mieć wykształcenie. To był nawet warunek mamy, że mogę uprawiać koszykówkę, ale muszę jednocześnie skończyć szkołę. Sam tego chciałem, myślałem o planie B, bo wiadomo jak bywa w sporcie. Ale życie pokazuje, że z kierunkiem studiów mam niewiele wspólnego, a gdybym miał jednak robić coś w tym kierunku, to pewnie musiałbym uczyć się wszystkiego od nowa.

Po Warszawie, był Turów Zgorzelec. Wtedy już łatwiej było odnaleźć się w tych realiach? 

Tak, po Warszawie był Zgorzelec i od razu wicemistrz Polski. Można powiedzieć, że to było rzucenie na jeszcze głębszą wodę niż wcześniej. Trafiłem do trenera Jacka Winnickiego, który był bardzo wymagający. I tak naprawdę dla chłopaka, który był trochę niepokorny, który chciał wszystkim udowodnić, że jest najlepszy na świecie, zapominając o tym, że są tam starsi zawodnicy, że to wszystko wygląda zupełnie inaczej, było to duże zderzenie. Wszystko wyglądało dobrze, dopóki nie przeszkodziła kontuzja, której się nabawiłem – dość mocno skręciłem kostkę i wypadłem na 2,5 miesiąca. Ten okres przygotowawczy i późniejsze sparingi, które zacząłem świetnie, poniekąd nie miało później znaczenia. Musiałem zaczynać od nowa. Pod koniec sezonu przebiłem się do rotacji, pokazałem, że mogę grać na tym poziomie. Zaowocowało to tym, że dostałem propozycję kontraktu od Startu Gdynia, już w większym wymiarze czasowym.

Później był jeszcze Słupsk, Toruń, Wrocław, Lublin. Można powiedzieć, że kluby z górnej półki. Który okres najlepiej pan wspomina?

Ciężko wybrać jeden klub, bo rzeczywiście trochę się ich przewinęło. Wiem jak to wygląda, w niektórych klubach, gdzie było mi dobrze chciałem zostać ale tak na dobrą sprawę te zmiany niekiedy były uwarunkowane tym, że klub się rozpadał, kluby wycofywały się z rozgrywek i zmuszony byłem iść gdzieś indziej. W tym miałem trochę pecha.

Ogólnie miałem szczęście w czym innym, bo jak szedłem do jakiego klubu, to zawsze były to kluby dobrze zorganizowane. Turów, w tamtych czasach był w topie, nie brakowało tam niczego. Był tam duży profesjonalizm, bardzo dobre warunki sportowe i pozasportowe. Tam zobaczyłem po raz pierwszy jak to wszystko wygląda. Ten klub najbardziej zapadł mi w pamięci, właśnie z wymienionych względów. Ale tak naprawdę w każdym było mi dobrze, z każdego z tych miejsc mam fajne wspomnienia.

Był jakiś trener, którego kunszt trenerski szczególnie zapadł panu w pamięci?

Przez to, że kluby, do których trafiałem były z tych lepszych, byli tam lepsi, jak nie najlepsi trenerzy, jak na tamte czasy. Miałem tę przyjemność, że każdy ze szkoleniowców, u którego grałem, zostawił po sobie coś fajnego, od każdego coś wyciągnąłem. Ale gdybym miał wybrać jednego, wybrałbym zdecydowanie Andreja Urlepa. Zrobił na mnie największe wrażenie trenerskie, jeśli chodzi o wiedzę, merytorykę. To, w jaki sposób coś tłumaczył, mówił o koszykówce. Byłem wtedy pod dużym wrażeniem. Ludzie muszą też odróżnić, że to jest zupełnie inny człowiek na treningu, inny człowiek na meczach. Kibice kojarzą go z tej strony furiata, ale na treningach i prywatnie był jak taki dobry wujek. Wiadomo, czasem i na treningu potrafił się zdenerwować, trzymał reżim i czasami człowiek nie wiedział co się dzieje, ale bardzo dobrze pamiętam go jako człowieka.

Po kilku sezonach w ekstraklasie zszedł pan na pierwszoligowe parkiety. To był duży przeskok? Trudno było się odnaleźć, czy wręcz przeciwnie?

To był okres, kiedy ze Słupska, w trakcie sezonu przeniosłem się do pierwszoligowego Torunia, aspirującego do gry w wyższej klasie rozgrywkowej. Pamiętam, że ten przeskok nie był łatwy. Prawda jest taka, że koszykówka w ekstraklasie wygląda zupełnie inaczej. Była bardziej poukładana, ja miałem stać w rogu i czekać na podanie, wiedziałem, że ktoś mi tę pozycję wykreuje. Pierwsze dwa miesiące zastanawiałem się, czy potrafię grać w koszykówkę, myślałem: „co jest?”. Nie byłem na to mentalnie przygotowany, poza tym nie wiedziałem czego się spodziewać. Gdy poszedłem kiedyś z 1.ligi do ekstraklasy było inaczej, niż wtedy, gdy z ekstraklasy zszedłem niżej. U mnie pojawiła się dysproporcja.

Pamiętam, że w Lublinie miałem jeden ze słabszych sezonów. Co prawda, jako zespół utrzymaliśmy się, ale indywidualnie nie miałem udanego sezonu. Praktycznie w ogóle nie miałem później propozycji z ekstraklasy. Były rozmowy, ale każda w którymś punkcie po prostu umierała. Wtedy postanowiłem, że będę cierpliwie czekać. I dostałem propozycje z pierwszoligowego GKS-u Tychy. Na tamten moment była konkretna, zespół wyglądał konkretnie, miasto blisko mojego rodzinnego domu. Zdecydowałem się spróbować i zobaczyć jak to będzie wyglądało, ale już wiedząc z czym się tą pierwszą ligę je, bo jej smak poznałem już przedtem. Można powiedzieć, że wchodziłem w buty Huberta Mazura, który świetnie grał, były spore oczekiwania. I tak się stało, że jestem w Tychach już trzeci sezon. Ekstraklasa kusiła, były nie tylko myśli, ale i możliwości żeby wrócić, jednak tutaj jest mi dobrze, czuję się jak w domu. Mam swoje zadania do wykonania.

Zobacz także: Koniec Polfarmeksu Kutno w 1.lidze! Jarosław Krysiewicz: Klub zostaje wycofany z rozgrywek!

Gdy rozmawialiśmy kilka miesięcy temu mówił pan, że ma poczucie niespełnionego zadania. Jest to nadal sprawą priorytetową?

Nie ukrywam, chciałbym w końcu zdobyć jakiś medal z tą drużyną i to jest moje małe marzenie. Jeszcze nigdy nie udało się zdobyć żadnego, dwukrotnie było 4 miejsce. Wciąż czuję niedosyt po sezonie, w którym walczyliśmy z Polonią Leszno o brąz. Tak naprawdę wystarczyło wtedy postawić kropkę nad i, ale przez moją głupotę, gadanie z sędziami, dostałem trzecie przewinienie techniczne, które całkowicie mnie zdyskwalifikowało z meczu. Jestem przekonany, że gdyby wszystko potoczyłoby się inaczej, ten medal mógłby wisieć u nas. Trzeba walczyć dalej, musi się na to złożyć wiele czynników. Należy skupiać się na każdym poszczególnym meczu, najbliższym spotkaniu, a jeśli nadarzy się okazja, próbować ugrać jak najwięcej. Kto wie, może w końcu będziemy na podium? Myślę, że w tym sezonie mamy wszystko, aby o to się pobić.

Czuje się pan zadaniowcem, liderem? Dobrze jest panu w takiej roli?

Ciężko powiedzieć czy zadaniowcem, bo tak naprawdę każdy z nas ma jakieś zadanie. Jedni są od zbierania piłek, drudzy od zdobywania punktów. Ja czuję się najlepiej w zdobywaniu tych punktów, nastawiam się na obronę, na dawanie pozytywnej energii, dzielenie się z chłopakami swoim doświadczeniem. Teraz mamy młody skład, czasami jest u nas różnie. Wydaje mi się, że talentu jest tak dużo, że chłopacy chcieliby czasem zrobić wszystko, niekiedy aż za dużo. I trzeba wtedy ograniczać, przypominać, że wystarczy tylko zrobić to i to, a i tak będzie w porządku, a efekt będzie zamierzony. Każdy musi wiedzieć co ma robić, aby wszystko ułożyło się w jedną całość. Mamy na tyle równy zespół, że każdy może być liderem. Tak jak pokazują mecze, każdy w nich może zrobić coś innego. Statystyki- wiadomo, skłamałbym, gdybym powiedział, że nie są ważne, bo to nasza praca z której jesteśmy rozliczani, aczkolwiek bardziej cieszy mnie wygrana, jak zagramy dobre spotkanie, gramy tak jak mamy grać, jesteśmy zespołem. To daje mi większą satysfakcję.

Ale cechy przywódcze zostały z młodości.

Ta chęć pokazania się z jak najlepszej strony jest zawsze. Zaangażowanie, chęć udowodnienia, że jestem najlepszy, to było zawsze coś, co mnie motywowało, to był bodziec do ciężkiej pracy. Mówiłem: „chcesz być najlepszy? Musisz ciężej trenować”. Z wiekiem poniekąd się to uspokoiło. Zyskałem więcej doświadczenia, nauczyłem się pokory, cierpliwości. Nie chciałem wyzbyć się tej cechy, ponieważ to działa na mnie pozytywnie. Mam taki charakter i to chyba nigdy mi nie przejdzie, lubię rywalizować, coś udowadniać i wygrywać. Nie tylko w sporcie.

Mam cechy przywódcze, ale nie zawsze wiem, czy pokazuję to w odpowiednim momencie. Na meczu często się nie kontroluję. Często na chłodno łapię się na tym, że na kogoś krzyknąłem albo powiedziałem coś za ostro. Tak mam w emocjach, ale nigdy nie mam złych intencji. Nie mam problemu, aby później po meczu porozmawiać w szatni, przyznać się do tego, że może przesadziłem. Najbardziej nie lubię tego, gdy wiem, że możemy coś zrobić, możemy coś osiągnąć, a widzę, że nie wszyscy chcą tego samego. Możemy walczyć, możemy wygrywać, ale spotykałem się z tym, że widziałem mniejsze zaangażowanie, może inne priorytety. I tak, wtedy czuję się liderem. Mogę powiedzieć: „chłopie, to jest przecież twoje życie”. I nawet teraz, młodym chłopakom można pokazać, że to może być ich życie, przy odpowiednim podejściu do tego. Z perspektywy czasu można teraz pokazać takim zawodnikom to, czego nauczyłem się sam metodą prób i błędów, gdy byłem w takim wieku. Czasami robi się te same rzeczy, popełnia błędy. Warto uczyć się na błędach starszych kolegów. Kiedyś to też było dla mnie ważne.

Miał pan styczność z wieloma dyscyplinami, ale gdyby nie koszykówka, to gdzie by się pan widział?

Mam wiele rzeczy, które mnie interesują - szczególnie nieruchomości, architektura wnętrz i wykończenia. Myślę, że w tym kierunku pójdę, gdy zakończę sportową karierę. Swoją drogą, nieruchomości to coś, czym zajmuje się już teraz, bawię się w inwestycje, wynajmowanie i tak dalej. Chociaż coraz częściej widzę, że interesuje mnie życie w koszykówce od drugiej strony, trenerskiej. Mam te cechy „rządzicielskie” i może kiedyś spróbuję (śmiech).

W tej chwili z GKS-em zajmujecie drugie miejsce w tabeli z bilansem 4-4. To dobry wynik, patrząc przez pryzmat bardzo wyrównanej ligi?

Liga jest jeszcze dziwniejsza i bardziej wyrównana niż sezon wcześniej. Dla mnie, jest bez zdecydowanego faworyta. Na pewno nie można powiedzieć, że jest jakiś zespół, którego nie można pokonać. Pokazuje to nawet nasz ostatni mecz z Sokołem Łańcut, który aż do meczu z nami był jedynym niepokonanym zespołem w lidze. Dodam, że pojechaliśmy osłabieni, zagraliśmy na wyjeździe. O czymś to świadczy, przede wszystkim o potencjale naszego zespołu. Mogliśmy wygrać 3 mecze. Uważam, że na ten moment nie gramy jeszcze dobrej koszykówki. Według mnie gramy dużo poniżej oczekiwań, a patrząc na styl, z takiego bilansu powinniśmy się cieszyć. Gdybyśmy wygrali 3 mecze więcej, można byłoby się spierać, że nie jest ważny styl, a ważne jest zwycięstwo. Czasami jest dobry mecz, następuje rozprężenie, mamy młody, nowy zespół. Nie możemy zapominać o tym, że musimy grać mecz po meczu, na każdym poszczególnym przeciwniku, kwarta po kwarcie. Aby nie było momentów kryzysowych, które się zdarzają, bo one są destrukcyjne. Później porażki są trudne dla wszystkich, takie rzeczy się kumulują i w każdym siedzą. Na razie udaje nam się po tym podnieść, ale wszystko wymaga zbilansowania.

Ostatnie pewne zwycięstwo z niepokonanym wówczas zespołem dało wam pozytywnego kopa?

Myślę, że po odbytych kilku męskich rozmowach w szatni, naprawdę uwierzymy, że możemy wygrać z każdym. Ja wierzę, że każdy będący w zespole zrozumie, że jeśli będzie w zespole walczącym o coś więcej, to wszystko później łatwiej się ułoży. Że to nie tylko te cyferki są ważne, odgrywane role, ale to w jakim zespole grasz, co zrobiłeś, jak funkcjonowałeś i czy potrafisz funkcjonować w takim zespole. Bo nie sztuką jest narzucać dużo punktów. Z własnego doświadczenia wiem, że to nie zawsze przekłada się na późniejsze kontrakty. Chyba, że gra się w topie, ciągnie się zespół. W tych ostatnich zespołach to często nie ma znaczenia.

Często brakuje świadomości, że tu każde spotkanie jest ważne, bo później te mecze uciekają. Nie raz jadąc na wyjazd widziałem, że z góry zakłada się, że mecz będzie ciężki, że będzie przegrany. Nie zakładam, że u nas tak jest. Zawsze gdzieś jadąc, powinno jechać się po zwycięstwo. Słaby mecz zdarza się każdemu, przychodzą kryzysy, bo nie gra się całego sezonu równo. Koszykówka to kilkanaście godzin treningów, dwie godziny meczu w tygodniu, a na to składa się wiele czynników. To co się dzieje w domu, czy jesteś chory, ludzie nie wiedzą o wszystkim. Nie można też oceniać i krytykować za słaby mecz. Bo może ktoś przez tydzień sam był chory, albo spał po 3 godziny w nocy, bo jego dziecko chorowało? Niekiedy cały tydzień dobrze trenujesz i akurat tego dnia prezentujesz się słabo. My w zespole mamy 12 osób, każdy może każdego zastąpić. Teraz nie grało dwóch kluczowych zawodników, a porównując do poprzedniego meczu z Wrocławiem… Tu chłopacy się bili o to, aby pokazać trenerowi, że są warci minut. Oni zaraz wrócą, a jest rotacja. I o to chodzi, aby coś udowadniać, zdrowo ze sobą rywalizować. Należą się im brawa za taką postawę. W Łańcucie każdy dał to, co było potrzebne. Dzięki temu wygraliśmy.

Co jest siłą tyskiego zespołu?

Mamy chemię w zespole. Moim zdaniem świetnie się dogadujemy. Umiemy rozmawiać w trudnych momentach, a to nie wszędzie się zdarza. Czasami jak nie idzie, to jeden na drugiego się obraża, są różne dziwne sytuacje. U nas tak nie ma, nawet jeśli niekiedy trzeba powiedzieć sobie gorzkie słowa i to jest fajne. Po prostu jesteśmy razem, jesteśmy jedną drużyną. I to jest naszą siłą.

Zobacz także: "Kasa będzie jutro". Amatorszczyzna na zapleczu dużej koszykówki.

Czy GKS Tychy mają szansę powalczyć o medal?

zagłosuj, jeśli chcesz zobaczyć wyniki

Polub Koszykówkę na Facebooku
Zgłoś błąd
WP SportoweFakty

Komentarze (0):

    Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
    ×
    Sport na ×