KokpitKibice
Relacje na żywo
  • wszystkie
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Tenis
  • Zimowe

Żużel. Po bandzie: Skąd ściana między Zmarzlikiem i Janowskim [FELIETON]

- Zmarzlik i Janowski mogą się zacząć kochać i wymieniać na torze uprzejmości najwcześniej u schyłku karier, gdy nie będą już głodni tytułów. To normalna rzecz w sporcie. Pożądana nawet - pisze w swoim felietonie Wojciech Koerber.
Wojciech Koerber
Wojciech Koerber
Maciej Janowski (w kasku niebieskim) i Bartosz Zmarzlik WP SportoweFakty / Katarzyna Łapczyńska / Na zdjęciu: Maciej Janowski (w kasku niebieskim) i Bartosz Zmarzlik

"Po bandzie" to cykl felietonów Wojciecha Koerbera, współautora książki "Pół wieku na czarno", laureata Złotego Pióra, odznaczonego brązowym medalem PKOl-u za zasługi dla Polskiego Ruchu Olimpijskiego.

***

Przed niedzielnym finałem IMP pozwoliłem sobie na zamieszczenie takiego oto tweeta:
"Zmarzlik to podwójny mistrz świata bez złota IMP, Janowski - podwójny mistrz Polski bez złota IMŚ. Ale po koleżeńsku zbiorów nie będą uzupełniać. Na forum mówią o sobie z uznaniem, jednak na co dzień do siebie nie dzwonią".

Wspominałem też przed tygodniem, że czekam na tę próbę sił obu zawodników, do której miało dojść na kilka dni przed praskim startem globalnych rozgrywek. I rzeczywiście okazała się to próba ogniowa. Z fajerwerkami. Dlaczego? Z absolutnie prozaicznego i błahego powodu. Otóż w sporcie tytuł jest zawsze jeden, a chętnych do niego cała kolejka. Stąd też spore prawdopodobieństwo, że w tej kolejce część się pokłóci. A zwłaszcza dotyczy to tych, którzy - jak wspomniałem - na co dzień do siebie nie dzwonią.

ZOBACZ WIDEO Jest objawieniem PGE Ekstraligi, ale ma problem ze zrobieniem... pompki. Wszystko przez jeden upadek

Pamiętacie historyczny, pierwszy finał Speedway of Nations z 2018 roku? Pewniakiem do jazdy we Wrocławiu był wówczas Maciej Janowski, natomiast Bartosz Zmarzlik  nominacji się nie doczekał. I na łamach "Przeglądu Sportowego" padło wtedy uzasadnienie sztabu szkoleniowego reprezentacji, dlaczego. Tytuł brzmiał - "Nie było chętnych do jazdy ze Zmarzlikiem". Dodajmy, do jazdy z nim w parze. Myślicie, że takie słowa nie bolą? Nie zostawiają zadry? Urazu? Nie rysują boleśnie ambicji? Zmarzlik zareagował jednak wtedy w sposób absolutnie najlepszy z możliwy. Jaki?
Rok później był już indywidualnym mistrzem świata.

Natomiast werbalnie nigdy nikogo ze swoich reprezentacyjnych partnerów Zmarzlik ani nie obraził, ani nie uraził. Przynajmniej ja nie kojarzę. Sam też się na kadrę nie dąsał, będąc na jej zawołanie i zawsze do dyspozycji. Inna sprawa, że gdy mowa o speedwayu, wolę nazywać rzeczy po imieniu. A więc tu nie ma kolegów z reprezentacji. Tu są tylko rywale z reprezentacji. Bo to sport wybitnie indywidualny.

Ale do czego zmierzam. Mianowicie jeśli ktoś się zastanawia, co takiego mogło się zdarzyć w Lesznie czy w ogóle ostatnio pomiędzy oboma wybitnymi jeźdźcami, to odpowiadam. Stawiam tezę, że nie zdarzyło się nic szczególnego, o czym nie wiemy. Ktoś w związku z tym zapyta - to skąd ten mur między nimi? To odpowiadam i powtarzam - bo tytuł jest jeden, a chętnych zawsze więcej. Ten mur jest zbudowany z największych trofeów takich jak indywidualne mistrzostwo świata czy indywidualne mistrzostwo Polski.

Zatem Zmarzlik i Janowski mogą się zacząć kochać i wymieniać na torze uprzejmości najwcześniej u schyłku karier, gdy nie będą już głodni tytułów. To normalna rzecz w sporcie. Powiedziałbym nawet, że pożądana. Wcześniej dotyczyła m.in. Tomasza Golloba i Piotra Protasiewicza, a całkiem niedawno jeszcze Zmarzlika i Piotra Pawlickiego. Przy czym ten ostatni zaczął chyba skręcać, niestety, w złą stronę. W stronę przeciętniactwa. Upieramy się przy twierdzeniu, że jego miejsce jest w cyklu Grand Prix, natomiast głosy dochodzą takie, że żużel nie przesłania ostatnio Piotrowi świata. Zresztą, nie znalazł on nawet czasu, by odbyć w Rybniku trening zapoznawczy przed ostatnią rundą SEC, decydującą nie tylko o medalach, ale też o ewentualnej jego bytności w elicie GP. A to dość znamienne. Fakty są takie, że Pawlicki jechał tam, jako współlider klasyfikacji generalnej, walczyć o złoto, a skończył bez brązu. A w momencie, w którym miał pokazać swoją najlepszą wersję, zerwał taśmę.

Za to Protasiewicz - dopóki wierzył, że jest w stanie dorównać Gollobowi - próbował to robić. Stawiał się, szarpał, walczył, wściekał, nie raz przeklinał rywala. Na czym, jak sam przyznał, cierpiało również jego życie rodzinne. Po latach pokazał jednak wielką klasę i płomienną przemową oddał cesarzowi, co cesarskie. Swoją postawą sprawił, że dziś panowie potrafią z łezką w oku i z uśmiechem na twarzy wspominać trudne momenty, a Gollob potrafi też docenić niewątpliwą klasę rywala, który zmuszał go ciężkiej pracy.

Maciej Janowski zbudował w ostatnich tygodniach wyjątkową formę i prędkość. Czuł, że uciekł niemal całemu światu. I to, paradoksalnie, zaczęło mu ciążyć. Zaczęło nakręcać na tytuł IMŚ, a przy okazji stawiać też w dość niezręcznej sytuacji. Otóż z jednej strony zawodnik dostrzegał swoją przewagę nad resztą świata. A z drugiej? To pieprzone Grand Prix jeszcze nie ruszyło. On z tej formy nie zdążył uczynić żadnej przewagi, bo klasyfikacja przejściowa IMŚ jeszcze nawet nie istnieje. Jeszcze nikomu w niej nie odjechał. A ciśnienie rośnie. To nie jest łatwa rola, a im dłużej trwa, tym bardziej męczy.

Inna sprawa, że gdy chodzi o Zmarzlika, żadna przewaga nie została tu jeszcze wypracowana i zaakcentowana. Ich rywalizacja była do tej pory, w dużej mierze, korespondencyjna. Choć kilka razy się spotkali. W maju na Olimpijskim skończyło się remisowo (2-2), natomiast ostatnio w Szwecji wygraną mistrza świata 2-0. Przy czym ściganie się w Szwecji zwłaszcza w Janowskim nie musi wyzwalać najbardziej wojowniczych instynktów. W Lesznie z kolei mieliśmy otrzymać miarodajną konfrontację, bo w zawodach o dużą stawkę. Stąd ta nerwowość podsycona porażkami. Czego pierwszym efektem scysja przy zjeździe do parku maszyn, sprokurowana przez wrocławianina. Choć kibice zaczęli mi podsyłać kadry poprzedzające zdarzenie, sugerując, że to Zmarzlik miał pierwszy podjechać przeciwnika. Nie mogę się tam jednak doszukać ani celowości, ani złośliwości. Jeśli ktoś widzi więcej - ma do tego prawo. Ja nie rozumiem, skąd upomnienie dla Zmarzlika, który, w mojej ocenie, na spokojnie przyjął ofensywę konkurenta.

A po zawodach nieszczęsne sceny z podium, które Janowski opuścił przedwcześnie, siłą rzeczy okazując brak szacunku zwycięzcy, ale też Kołodziejowi. Który to Kołodziej, jak pamiętam, swoje momenty frustracji przy okazji finałowych wyścigów IMP przyjmował godnie, z pokorą i po męsku. Bo gdy przerywano finałowy spektakl w 2018 roku - po spięciu Zmarzlika i Pawlickiego - to Janusz był zwycięski na pierwszym okrążeniu. A w powtórce już tylko trzeci. Ale na pudle dotrwał do ostatniego flesza. I nawet się uśmiechał. Po zawodniku Betard Sparty na podium została natomiast tylko przewrócona puszka Red Bulla. Gdzieś w rogu, niekoniecznie przykuwająca uwagę. Symbolika jakby z płótna Petera Bruegela pt. "Pejzaż z upadkiem Ikara", zapewne kojarzycie interpretację obrazu ze szkoły podstawowej. Szkoda zatem, że to, co Janowski budował przez pół sezonu, tę prędkość i szacunek, u wielu stracił równie prędko - w jeden wieczór.

Janowskiemu życzę jak najlepiej, bo mam świadomość, jak wymagający sport wziął sobie za miłość. To dyscyplina, w której jednocześnie walczysz o trofea i o życie. Stąd m.in. tyle emocjonalnych zachowań, nie zawsze takich, które nam, w fotelu przed telewizorem, przypadają do gustu. Dlatego mam nadzieję, że niedzielne wydarzania pomogą mu przed inauguracją cyklu Grand Prix. Bo pozwolą upuścić nieco powietrza z balonu oczekiwań, który - mam wrażenie - zawodnik osobiście pompował, mając świadomość swej wyjątkowej formy. Może teraz odzyska świadomość, że jednak wszyscy zaczynają od zera, a on wcale nie ma nic do stracenia, tylko wszystko do zyskania.

A poza tym, bądźmy szczerzy - dyscyplinie sportowej nie może się trafić nic lepszego jak zaciekła rywalizacja dwóch równorzędnych rywali, podszyta nie do końca kontrolowanymi emocjami. Bo przecież kibice żądają widowisk. Zatem dobrze przekuć niedzielne wydarzenia w coś pozytywnego, co obu zawodników doprowadzi na szczyt. Pardon, jednego z nich, a drugiego w okolice. Bo miejsca na szczycie starcza tylko dla jednego. Mimo że to bardzo wyszczuplone chłopaki.

Przy czym ta walka nie może się przerodzić w festiwal przewinień i rewanżyzmu. Żużel sam w sobie jest zbyt niebezpieczny. Pamiętam, co mówił Maciek Janowski o swojej rywalizacji z Nickim Pedersenem. Że w konfrontacji z nim może sobie pozwolić na więcej niż wobec innych chłopaków. Był to przejaw odwagi i charakteru, niemniej pamiętajmy, że każdy kij ma dwa końce. W tym jeden ostry.

Przez przypadek obrazowo o sportowych ambicjach i namiętnościach wypowiedział się w niedzielnym studiu finału IMP Tomasz Gollob, w rozmowie z Mateuszem Kędzierskim. Oto zestawienie dwóch wypowiedzi:

- Tomku, chciałbyś, by ktoś pobił twój rekord - 8 tytułów IMP?
- Oczywiście. Życzę tego każdemu.
- A jak oceniasz dzisiejsze zawody?
- Obawiałem się, że piąte złoto zdobędzie Janusz Kołodziej.

No pewnie, że każdy chce być jedynką w historii. Gollob, ty, ja, każdy. Nie udawajmy, że jest inaczej. Tak jak chcemy być piękni, w zdrowiu i przy kasie, a nie bidni, brzydcy i schorowani. Nie po to Tomasz zostawiał na torze zdrowie, by teraz się radował, jak historia go spycha na dalsze strony.

Pojedynki Janowskiego i Zmarzlika staną się teraz wartością dodaną cyklu Grand Prix. Jak wcześniej, dla przykładu, starcia Janowskiego z Pedersenem, któremu Maciej pokazał swego czasu po wyprzedzeniu środkowy palec. Choć uważam, że bardziej elegancko byłoby wyciągnąć w kierunku trzykrotnego mistrza świata kciuk lub palec wskazujący. Można by wtedy przyjąć linię obrony, że chodziło o pokazanie Duńczykowi optymalnej ścieżki. A nie miejsca w szeregu.

Ktoś powie, że Janowski polował już na Zmarzlika w pierwszym łuku finałowego starcia. Nie, była to twarda, normalna rywalizacja. Żużel. To jasne, że najgroźniejszego rywala najlepiej zostawić za sobą tuż po starcie. Bo jak ucieknie, to po tytule. Natomiast Kasprzaka można dorwać choćby na kresce, jak w wyścigu barażowym.

Natomiast pod taśmą Janowski nie był w niedzielę aniołkiem. Próbował sobie pomagać regularnie. Nie karałbym go jednak za ruchy w czasie czwartej serii. Owszem, poruszył się, jednak zatrzymał i przystanął. Sam moment startu już był prawidłowy, żadnej przewagi mu nie dał. Za to w 20. biegu ruszał się już tak, że miał z tego korzyść. I nie było to widoczne wyłącznie na powtórkach. Zatem sędzia Bryła słusznie postąpił, udając, że nie widzi? Uważam, że z dwojga złego wybrał słusznie. Bo nie zepsuł święta sportu.

Całkiem niedawno Zmarzlikowi próbowano wmówić, że nie wytrzymuje ciśnienia finałowych wyścigów GP. A to guzik prawda. Po prostu - gdy obok siebie staje czterech najlepszych gości danego wieczoru, a margines błędu jest tak mikry, że aż niewidoczny, nie da się wszystkiego wygrać. Na co jednak Bartek odpowiedział bardzo konkretnie - kilkoma wygranymi finałami i dwoma tytułami. Janowski też nie jest typem, któremu głowa przeszkadza w osiąganiu sukcesów. Wręcz przeciwnie. Co zapewne nie raz udowodni w tegorocznym cyklu, pozostając pretendentem do złota. To wciąż może być jego sezon ze snów.

Co ciekawe, Zmarzlik i Janowski to na dziś również murowani kandydaci do reprezentowania kraju w Speedway of Nations. Bo przecież selekcja polegać powinna na tym, że wybierasz nie tych, co się lubią, lecz tych, co są najszybsi. Nielsen z Gundersenem też nie musieli darzyć się sympatią, lecz ramię w ramię potrafili jeździć. I cztery z rzędu tytuły mistrzów świata par do spółki zdobyli.

Tomasz Gollob, by zacząć bawić się żużlem, musiał czekać do 40. roku życia. A dokładniej rzecz biorąc - nie czekać, tylko zapieprzać, ryzykować i pomagać szczęściu. Zmarzlik zapracował sobie na ten komfort dużo wcześniej, jako dwudziestoparolatek. Jest jednak zbyt młody, by wyrzec się sportowych ambicji i chęci bycia przywódcą stada. Janowski, głodny i wciąż polujący na tytuł IMŚ, również. Zwłaszcza, że los go boleśnie nie doświadczył i na torze żużlowym, mimo trzydziestki na karku, nie złamał jeszcze żadnej kości. Stąd też żadna przyjaźń im na razie nie grozi. Natomiast szacunek warto sobie okazywać już teraz.

Największych na to stać. Największych to nie boli.

Wojciech Koerber

Zobacz także:
Skandal po wielkim finale. "Zapewniam, że był to czysty przypadek"
Mistrz z synem. Obok tego zdjęcia nie można przejść obojętnie!

Polub SportoweFakty na Facebooku
Zgłoś błąd
WP SportoweFakty
Komentarze (64)
  • KS_Tyskie Zgłoś komentarz
    Janowski to zwykła zawistna szuja co myśli że mu się wszystko za nic należy. Razem z Pawlickim uważali się za wyjątkowych na naszym podwórku ale ten drugi popadł w przeciętność i
    Czytaj całość
    chyba już pogodził z tym że jest tym gorszym. Natomiast Janowski dalej w to brnie pompowany przez Hancoka i Rusko nie trzyma ciśnienia w momencie jak przegrywa. Wg mnie punktem kulminacyjnym tego sporu było objęcie Zmarzlika sponsoringiem przez Orlen. Zawiść się wylała z obu na dobre.
    • MarekGorzów Zgłoś komentarz
      Czysta zazdrość. Bartek był, jest i zawsze będzie lepszy od Janowskiego
      • marfan Zgłoś komentarz
        po co na siłę robić z nich kolegów z toru.... od początku wiadomo, że nie nadają na tych samych falach więc drodzy Redaktorzy skończcie tę akademicką dyskusję ;-)
        • andre46 Zgłoś komentarz
          jai zwykle sw zmarzlik jest cacy. jezdzi na granicy bezpieczenstwa, gdy ktos chce go minac. na starcie tez sie kreci. faktem , ze przyjaciol mu brakuje. nie kazdemu podaje reke po biegu
          • HR_Sparta Zgłoś komentarz
            Panie redaktorze, jakoś nietrafiona ta diagnoza. Mistrz, wiadomo, jest tylko jeden. Ale takiej sytuacji Maciek nie ma z żadnym z żużlowców z Polski, ani z zagranicy (oprócz Nikiego - ale
            Czytaj całość
            wiadomo za co). Bartek na torze jeździ bardzo agresywnie, często zbyt agresywnie nie szanując kości swoich przeciwników. Pewnie, że liczy się wynik, ale za jaką cenę? Dla pozostałych zawodników ta cena jest nieakceptowalna. Oprócz Bartka i Maćka są też inni zawodnicy. Nie jest tak, że już całkiem się nie liczą. Maciek nie ma z nimi żadnych zatargów, wręcz przeciwnie, z dosyć dużą grupą się przyjaźni poza torem. Na mecz we Wrocławiu pomiędzy Falubazem a WTSem, to Patryk pożyczył Maćkowi silnik, gdy mu padły wszystkie na rundzie IMŚJ poprzedniego dnia. Nie ma też podobnego zjawiska pomiędzy innymi żużlowcami. Wyjątkiem jest Niki, który też ostatnio jakby mniej przestał kozaczyć. Problem dotyczy Bartka, który z natury jest egocentrykiem i raczej samotnikiem. Pamiętam go jeszcze z zawodów juniorskich. Już wtedy było widać, że w przyszłości to będzie mistrz, ale kolegów to on raczej nie miał. Po zawodach pochować motocykle i do domu. W parkingu rozmawiał z tatą, bratem i jakimś pomocnikiem. W mediach jest oczywiście słodki i przyjaciel świata, grzeczny do bólu. Ale gdy w Pile wybuchła afera z Cieślakiem i zmuszaniem do jazdy na torze z wystającymi krawężnikami (gdyby taki tor był w ostatnim meczu w Grudziądzu, to byłoby trzech nieboszczyków: Nicki, Jack i Denis), to wszyscy zawodnicy się zbuntowali i nie chcieli jechać. Rozpętała się wojna pomiędzy kadrowiczami a Cieślakiem, w której Bartek stanął po stronie Cieślaka, pomimo, że w tych zawodach nie brał udziału. Cieślak racji nie miał. Zostało naruszone jego ego i obietnica złożona działaczom z Piły, że turniej się odbędzie. To nie przyniosło popularności Bartkowi wśród kadrowiczów. Czary goryczy dopełnił mecz z resz(t)ką świata, na który Cieślak powołał niepokornych z Piły, którzy odmówili, pomimo, że go prosili, żeby sobie te powołania odpuścił. Bartek zamiast się solidaryzować z kolegami, oczywiście pojechał. Reszt(k)a świata pojechała w takim składzie, że można to było opędzić juniorami z PGE EL (część z nich i tak nie pojechała, pomimo powołań). Tak się, redaktorze, wykuwała przez ostatnie lata integracja Bartka ze środowiskiem żużlowym. Nie ma się więc co dziwić, że za dużo fanów jego osoby w nim nie ma. Nawet w jego własnym klubie. Wystarczy wspomnieć, że w ostatnim IMP Szymona w jednym z wyścigów potraktował "z buta". Zwycięstwo tak!, ale nie za wszelką cenę! Mistrz powinien tego się nauczyć. Wtedy będzie miał i szacunek i przyjaciół. W przeciwnym wypadku pozostaje tylko podziw. Ja też podziwiam Bartka za dokonania, ale go po prostu nie lubię jako człowieka. Nie zmylą mnie słodkie pobąkiwania do kamery.
            • mglexar Zgłoś komentarz
              Wypracowana ostateczna konkluzja - trafiona.
              • kompozytor Zgłoś komentarz
                Koerber,ale włazisz Zmarzlikowi między poslady. Łaaaaaaaaa, moc atomu. Kibice i tak wolą Janowskiego jak tego bezmózgowca.
                • beetle Zgłoś komentarz
                  Ja tam Maćkowi życzę w końcu upragnionego jakiegokolwiek medalu IMŚ bo inaczej się chłopak wykończy. Zaczynam się poważnie obawiać o stan jego zdrowia psychicznego. Pamiętajmy że w
                  Czytaj całość
                  tym sporcie dochodziło do wielu tragedii i nie tylko na torze...
                  • LBN Tylko MOTOR Zgłoś komentarz
                    Nie jestem po stronie Maćka ani Bartka obaj są dobrymi rajderami ale Bartek zaczyna za ostro śmigać oby ktoś nie wpakował go w przysłowiowy płot.
                    • tejot_tejot Zgłoś komentarz
                      Kolejny bezsensowny tekst, na zasadzie rozdmuchiwania iskierki do katastrofalnego pożaru. Magic zachował się nie fair i tyle, oberwie mu się za to po uszach w Gorzowie, oberwało się już
                      Czytaj całość
                      trochę także od części wrocławskich kibiców. Mam nadzieję, że wyciągnie wnioski na przyszłość. Natomiast robienie ze Zmarzlika grzecznego chłopczyka bez zmazy i skazy, to już kompletna bzdura. Jest obecnie najlepszym żużlowcem globu, ale jeśli choć trochę nie zmieni podejścia do rywali, to prędzej, czy później będziemy mieli powtórkę z sytuacji Gollob-Boyce. Jakiś powód tego, że nikt w SoN ze Zmarzlikiem nie chciał jeździć przecież jest.
                      • Vinetu Zgłoś komentarz
                        Dzieli ich to , że Maciuś zachowuje się jakby był mistrzem świata , a Zmarzlik jest dwukrotnym !
                        • Tomek z Bamy Zgłoś komentarz
                          @thengel: Poczytaj wypociny Czekanskiego,Ostafinskiego i Hynka albo sluchaj Olkowicza podczas transmisji z meczow(#OLKOWICZ PRZY MIKROFONIE-SCISZAMY FONIE!!!),to biegusiem przeprosisz Wojtka.
                          • RECON_1 Zgłoś komentarz
                            Protas i Gollob to stara gwardia...nakrecali sie na maksa,teraz juz takich nie ma.A Gollob jakos nigdy nie trawil Kolodzieja...
                            Zobacz więcej komentarzy (25)
                            Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
                            ×