Kokpit Kibice
Relacje na żywo
  • wszystkie
  • Piłka Nożna
  • Siatkówka
  • Żużel
  • Koszykówka
  • Piłka ręczna
  • Skoki narciarskie
  • Tenis

Robert Kubica: Dałbym sobie medal

Miałem moment, w którym moja głowa nie akceptowała prawej strony mojego ciała. Dużo łatwiej byłoby się poddać. Powiedzieć: było, minęło, pech. W końcu zrozumiałem, że muszę znaleźć i zaakceptować nową drogę - mówi Robert Kubica.
Paweł Kapusta
Paweł Kapusta
Robert Kubica Materiały prasowe / Alfa Romeo Racing ORLEN / Na zdjęciu: Robert Kubica

Paweł Kapusta, WP SportoweFakty: - Czego się boi Robert Kubica?

Robert Kubica, zawodnik ORLEN Team, kierowca F1 w zespole Alfa Romeo Racing ORLEN oraz serii DTM w zespole ORLEN Team ART: - Głębokiej wody. Pływać umiem, ale wyśmienitym pływakiem nigdy nie byłem. Po wypadku nie jestem nim tym bardziej. Głęboka woda nigdy nie budziła mojej sympatii. Pewnie dlatego, że nie ma tam kontaktu z podłożem. Zupełnie inaczej, niż w moim naturalnym środowisku, czyli na torze.

Miałeś kilka poważnych wypadków - w Formule 1, rajdach, nawet prywatnie dawno temu - a i tak nie ma w tobie strachu przed siadaniem za kółkiem. Z czego to się bierze?

Bo u nas nie ma czasu i miejsca na strach. Tak samo mógłbyś spytać skoczka narciarskiego, czy boi się siadać na belce startowej. Przecież gdybym ja na tej belce usiadł, to od razu bym ze strachu w gacie narobił. A dla nich skakanie jest naturalne, robią to z łatwością i przyjemnością. O strachu pewnie nawet nie myślą.

Dzieje się tak, bo coś, co dla innych ludzi wydaje się ekstremalne, ty robisz od małego. Coś, co w innych budzi strach, dla ciebie jest naturalne.

ZOBACZ WIDEO: Orlen szuka następców Kubicy. Umowa z Alfą gwarantuje młodym Polakom szkolenie

Po żadnym z tych "dzwonów" nie było choć chwili wątpliwości przed wejściem do samochodu?

Miałem wypadek, który prawie ściągnął mnie z planety Ziemia, a pierwszym autem, do którego wsiadłem - i to kilka miesięcy po wypadku - było auto rajdowe. Wróciłem też do motorsportu w kategorii rajdów. Ktoś patrzący z boku mógłby pomyśleć, że jestem nienormalny, ale ja uważam się za faceta z głową na właściwym miejscu.

Musisz zrozumieć, że o tych rzeczach się po prostu nie myśli. To samo można było powiedzieć po wypadku w 2007 roku w Kanadzie. Bo to ten wypadek był największym w mojej karierze. Biorąc pod uwagę prędkość, przebieg zdarzenia, samo uderzenie i to, co mogło się ze mną stać, trzeba przyznać, że miałem wtedy ogromne szczęście. Konsekwencje nie zawsze idą w parze z prędkością. Możesz jechać 300 kilometrów na godzinę, zderzyć się z bandą i wyjść z tego bez poważnych obrażeń, a możesz spaść z roweru stojąc i zrobić sobie sporą krzywdę.

Dam ci dobry przykład. Idziesz po schodach, potykasz się, spadasz i łamiesz rękę. Może się tak zdarzyć, nie?

No, może.

I co, już nigdy nie będziesz schodził po schodach? Będzie w tobie strach przed wchodzeniem na pierwsze piętro? Wiadomo, w motorsporcie każdy profesjonalny kierowca największą satysfakcję czerpie z bycia na granicy. Twój zawód na tym polega, by na niej być. I żebyś mnie dobrze zrozumiał: nie chodzi o granicę życia i śmierci. Chodzi o granice bolidu. Pojazdu, który prowadzisz. Pojazdu, który musisz doprowadzić do granic jego przyczepności, możliwości prowadzenia, osiągów.

Bez tego nie ma szans na odnoszenie sukcesów?

Tu nawet nie chodzi o wyniki. Bez tego nie czujesz się spełniony. Nie ma satysfakcji z tego, co się robi. To tak, jakbyś grał w koszykówkę, rzucał za trzy punkty i nigdy nie trafiał do kosza.

Gdybym o tym celowo pomyślał, dostrzegłbym oczywiście, że to balansowanie może się źle skończyć. Ale o tym się po prostu nie myśli.

Tobie śmierć zajrzała w oczy kilka razy.

W niektórych momentach mogło się to dla mnie skończyć dużo gorzej, niż sprawy się potoczyły. Gdy to robiłem, nikt mi nie przystawił pistoletu do głowy. Nie mówił: musisz. Ja zawsze chciałem to robić.

Co myśli kierowca, który widzi, że z prędkością ponad 200 kilometrów na godzinę leci prosto w bandę? Jest w ogóle czas, by pomyśleć o czymkolwiek?

Mówisz o wypadku z Kanady. Bandy nie widziałem, bo mnie "podbiło" na drodze ewakuacyjnej i przód auta – co w tym przypadku było ogromnym szczęściem – był w górze.

Ostatnie, co wtedy widziałem, to dwa najwyższe poziomy trybuny, chorągiewki i niebo. Nic więcej. W takiej sytuacji czujesz się, jakbyś startował samolotem. Idziesz do góry i nie masz pojęcia, co będzie dalej. Uderzenie, do którego wtedy doszło, było ogromne. Szczęście polegało na tym, że siła rozeszła się pod bolidem. Oczywiście nie cała, ale większość.

Na kilka sekund straciłem świadomość. Uderzenie było konkretne. Gdy bolid odrywał się od ziemi, jechałem ponad 260 kilometrów na godzinę. A w powietrzu, jak wiesz, hamulce nie działają.

Wiele razy się zastanawiałeś, gdzie byś teraz był, gdyby nie ten najtragiczniejszy wypadek z 2011 roku?

Nie nazwałbym go najtragiczniejszym.

OK, mogło się skończyć gorzej. Ale według różnych źródeł byłeś wtedy o krok od Ferrari, przed tobą były najlepsze lata ścigania. Kto wie, może byłbyś dziś czterokrotnym mistrzem.

Patrząc na to, jak poradziło sobie w tamtych sezonach Ferrari, to wątpię. No ale może, kto wie.

O tamtych zdarzeniach staram się nie myśleć w takich kategoriach. Gdybym został w tych myślach, nie byłoby mnie tutaj.

Jak trudno było dojść do takiego podejścia?

Łatwo nie było. Faktem jest natomiast, że to jedna z niewielu rzeczy, które do dziś bolą. Że nie wydarzyło się to, co mogło się wydarzyć i było na wyciągnięcie ręki.

Do dziś masz wyrzuty sumienia? Żałujesz, że wsiadłeś wtedy do samochodu?

Dziś wyrzutów sumienia nie mam. Łatwo byłoby je mieć. I czymś normalnym jest, że kiedyś je miałem. Uważam się za inteligentnego faceta. Pojawiają się więc różne myśli. Ten wypadek jest wydarzeniem, które dotknęło mnie w życiu najbardziej. Chodzi również o to, co dzieje się do dzisiaj.

Wypadek nie odmienił tylko mojego ciała. Nie sprawił tylko, że mam ograniczenia. Jest bardzo prawdopodobne, że już do końca życia tamte chwile będą miały na mnie wpływ. Nie tylko w aspekcie sportowym. Również w życiu codziennym.

By żyć w normalny sposób, musiałem jakoś te myśli przezwyciężyć. Spróbować żyć z tym, co jest. Z tym, co się wydarzyło i co mam. Od nowa budować cele. Również w ujęciu ludzkim. W okresie epidemii dobitnie doświadczyliśmy, że nie jesteśmy stworzeni do siedzenia w domu, bo nie mamy tego, co nas na co dzień nakręca. Tak samo było w moim przypadku od 2011 roku. Nagle, w jednej chwili, straciłem to, co było niemal całym moim życiem.

Nie mam sobie za złe. Byłem świadomy tego, co robiłem. Nikt mnie nie zmuszał. To była moja decyzja. Bardzo możliwe, że gdybym miał to zrobić jeszcze raz, to albo bym tego nie robił, albo podszedłbym do tego zupełnie inaczej.

Jeśli wsiadasz do samochodu i zakładasz na głowę kask, to nawet gdy o tym nie myślisz, masz świadomość, że podejmujesz ryzyko. Prowadzenie samochodu wyścigowego to za każdym razem taniec na krawędzi. To kierowców nakręca. Świadomość, że prowadzisz bolid na granicy możliwości. Czasem tę granicę się przekracza i trzeba ponieść większe lub mniejsze konsekwencje. Ja za mały błąd zapłaciłem bardzo wysoką cenę. Takie jest jednak ryzyko tej gry.

Jak traktujesz to, co się wtedy wydarzyło? Niewierzący mogliby powiedzieć, że to pech, przypadek. Wierzący, że testowanie przez kogoś z góry.

Brutalnie szczerze: pierwsze miesiące to była walka, żebym żył. Pęd, operacje... Ten okres był dynamiczny i bolesny, ale w pewnym stopniu pomógł mi przesunąć myśli w zupełnie inną stronę. O wiele bardziej bolesny był okres półtora-dwa lata po wypadku, niż na przykład dwa miesiące po zdarzeniu.

Dlaczego?

Bo byłem już wtedy normalnie funkcjonującym człowiekiem. Oczywiście z ograniczeniami, ale mogłem spokojnie żyć. No i miałem więcej czasu na rozmyślanie. Siedziałem na kanapie, oglądałem wyścig Formuły 1, a moje myśli automatycznie wracały do tego, co robiłem przed wypadkiem. I co by było gdyby. Gdy żyjesz z operacji na operację, nie masz na to myślenie czasu.

Dopóki proces powrotu do zdrowia - operacje, rehabilitacja - dawał mi szanse na wyjście z tego, na zminimalizowanie ograniczeń, walczyłem o to. Po pewnym czasie inteligentny człowiek sam widzi progres. Nie musisz być lekarzem, by samemu dojść do pewnych wniosków. Dociera do ciebie, że jednak nie będzie tak dobrze, jak niektórzy mówili. Albo jak sam miałeś nadzieję. Musisz zaakceptować, że zostaniesz już taki, jakim się widzisz. Że nie będziesz już taki, jakim byłeś.

Złość, brak akceptacji tego jaki jestem, wpływała na moje codzienne funkcjonowanie. Dopiero po jakimś czasie zobaczyłem, że wciąż mogę pewne rzeczy robić, ale już w inny sposób. Jest to dziwne, gdy w wieku 26 lat zaczynasz się uczyć rzeczy, których uczyłeś się w wieku dwóch lat.

Na przykład?

Prosta rzecz: wiązanie butów. Albo inny przykład - jesteś prawo czy leworęczny?

Prawo.

To spróbuj napisać coś lewą ręką. Mniej więcej takiego uczucia doświadczałem. Uczyłeś się tego, gdy byłeś dzieciakiem. Nagle, w wieku 26 lat budzisz się rano i zdajesz sobie sprawę, że jeszcze raz musisz przejść taki proces. Nasz mózg jest tak zakodowany, że pewne rzeczy robimy naturalnie, instynktownie. I pewnego dnia wstajesz, chcesz zawiązać but i nie umiesz tego zrobić. Na początku strasznie się wkurzałem. Próbowałem to robić cały czas tak samo, ale mi nie wychodziło. W końcu zrozumiałem, że muszę znaleźć i zaakceptować nową drogę. Miałem moment, w którym moja głowa nie akceptowała prawej strony mojej ciała.

Sam sobie z tym poradziłeś?

Nie byłem z tym u psychologa, jeśli o to pytasz. Jestem trochę dziwny z charakteru. Czasem charakter nie pomagał mi w życiu i karierze, ale akurat w tym okresie pomógł mi bardzo. By ruszyć naprzód, musiałem zaakceptować nowe życie.

Dużo łatwiej byłoby się poddać. Powiedzieć: było, minęło, pech. Cieszę się, że tego nie zrobiłem, choć momentami nie było łatwo. Jestem bardzo samokrytyczny, ale gdy teraz myślę o tym okresie, to dałbym sobie medal. Na pewno popełniłem w tamtym czasie jakieś błędy, ale patrząc na sytuację, na zdarzenia, na cały ten okres... Dużo łatwiej byłoby się schować, całkowicie zmienić życiową drogę.

Pamiętasz w ogóle tamten dzień? I to, co działo się po wypadku?

Do momentu wypadku pamiętam niemal wszystko. 90 procent. A później, już tylko niektóre fragmenty. I może akurat dobrze.

To, co pamiętam, zostawię dla siebie. To, że wielu rzeczy po wypadku nie pamiętam, pokazuje, że przez dłuższy okres było ze mną niefajnie.

Gdybyś miał opowiedzieć o najtrudniejszej chwili po wypadku, co by to było?

Sporo było trudnych chwil. Opowiem o takiej, która była dla mnie niemal nokautującym ciosem. Przechodziłem rehabilitację, sytuacja poprawiała się. Przez miesiące nie mogłem ruszać palcami, ale praca przyniosła efekty i w końcu mogłem palcami poruszać. W tym momencie poddałem się operacji, która miała jeszcze polepszyć mój stan, a w konsekwencji cofnąłem się w rehabilitacji o siedem miesięcy. Znów nie ruszałem palcami. Coś, co napędzało mnie do dalszej pracy, nagle uleciało. Mam nadzieję, że nigdy czegoś podobnego nie przeżyłeś i nie przeżyjesz.

Na szczęście wiele było też dobrych momentów. Takich, w których wierzyłem, że mogę wrócić do Formuły 1. By sprawdzać swój organizm, za kierownicą siadałem wykonując kolejne kroki. Nie wiem, czy ktokolwiek o tym wie, ale już sześć miesięcy po wypadku wyjeżdżałem o szóstej rano na tor. O takiej porze, bo wiedziałem, że nikt mnie nie zobaczy. To był mały krok. Później stawiałem coraz większe. Nigdy nie wiedziałem, jak na to zareaguje mój organizm. Finalnym krokiem, który dał mi w 100 procentach odpowiedź, że mogę wrócić, były testy z Renault. Przed tym wielkim krokiem było jednak 100 mniejszych, zrobionych przez lata.

Twoje życie to scenariusz na dobrą, hollywoodzką produkcję. Myślałeś tak kiedyś o sobie i tym, co przeżyłeś?

Wiele osób zgłaszało się do mnie, by robić filmy dokumentalne. Nie zdawali sobie chyba jednak sprawy, że aby taki film zrobić, musiałbym to wszystko praktycznie drugi raz przeżyć. A niekoniecznie jest to coś, co chcesz przeżyć ponownie.

Po wypadku, jeśli się na ten temat wypowiadałem, pokazałem tak naprawdę może 10 procent mojego bólu i tego, co mnie spotkało. Na szczęście czas leczy rany.

Tak samo było z moją decyzją w kierunku rajdów, a nie wyścigów. Rana, którą wtedy miałem, była zbyt świeża. Pojechałem na testy do DTMów na początku 2013 roku. Na torze wypadły bardzo dobrze, ale źle się po tych testach czułem. Działo się we mnie coś, co niekoniecznie chciałem czuć.

Działo się to w Walencji. To był ostatni tor, na którym prowadziłem bolid F1. Sam wjazd na tor wywołał we mnie pewne myśli. Wiesz, ja zawsze w F1 startowałem dla pasji. To też praca za super wynagrodzenie, ale dla mnie na pierwszym miejscu zawsze była pasja. Skoro wszystko jej podporządkowujesz, musi mieć dla ciebie wielką wartość. Gdy więc w ułamku sekundy zmienia ci się życie, a po dwóch latach jedziesz na ten tor, to normalne, że w głowie powracasz do środowiska, w którym byłeś. Poszedłem więc w kierunku rajdów, żeby wyczyścić głowę.

Na kolejnej stronie przeczytasz między innymi, dlaczego Robert Kubica od kilkunastu lat nie czyta polskich mediów, dlaczego nie chce rozmawiać o relacjach ze swoim ojcem oraz jak spędził czas podczas pandemii koronawirusa. 

Czytaj inne wywiady autora:
Marcin Gortat: Ogień prawie zgaszony - KLIKNIJ!
Adam Małysz: Prezydentura? Nigdy nie mów nigdy - KLIKNIJ!
Wilfredo Leon: Dar od Boga - KLIKNIJ!
Anna Lewandowska: Dobre miejsce, odpowiedni czas - KLIKNIJ!
Justyna Kowalczyk: Duża sztuka samotności - KLIKNIJ!
Tomasz Gollob: To mój ból - KLIKNIJ!

Polub Sporty Motorowe na Facebooku
Zgłoś błąd
WP SportoweFakty
Komentarze (14):
  • Tomek z Bamy Zgłoś komentarz
    Pawel,zostaw pisanie o F1 Kuczerze. Gosc probuje pisac o zuzlu a ma o tym sporcie takie pojecie jak Olkowicz,Ryczel,Slak,Feddek,Cugowski i lamotte-"najwiekszy znawca speedwaya w
    Czytaj całość
    Europie",ten ktory twierdzi ze Piotr Swist ma tytul IMP seniorow. Laiki i pikniki.
    • Manyek76 Zgłoś komentarz
      Zastanawiam sie skad w was tyle hejtu dla rodaka ktory bez czyichs plecow dostal sie do F1. Moze to zazdrosc, ze Kubi cos osiagnal, podczas gdy wy zmarnowaliscie zycie na brandzlowaniu. Nie
      Czytaj całość
      podoba sie? Nie czytaj, przejdz do pilki albo zuzla. Wypadki mial bo jezdzil na granicy przyczepnosci. Tylko tak sie wygrywa. A po zwyciestwie w Kanadzie, prowadzil w klasyfikacji generalnej, mimo ze BMW bylo 3, albo i nawet 4 sila w stawce. Czepiajcie sie Vettela, ktory jest miernota totalna i mistrzostwa zdowywal bolidem o lata swietlne lepszym od calej reszty. Kto wie? Moze Red Bull jezdzil na autopilocie ;) Ja z calych sil zawsze bede KUBICOWAL Robertowi. Mam nadzieje ze jeszcze poprowadzi bolid ktorym bedzie mogl powalczyc o zwyciestwa.
      • Deymon Zgłoś komentarz
        Panie Kupusta. Przestancie pisać artykuły o człowieku który liznął F1 10 lat temu. Dzień w dzień jakieś bzdury mało kogo interesujace. Czy nie innych sportowców z terazniejszosci o
        Czytaj całość
        ktorych mozna pisac. Mimo sympatii do RK juz sie chce wymiotowac na te wasze wypociny o niczym.
        • jurko Zgłoś komentarz
          Jak dotad jedyny Polak w F1, ale do czołówki nigdy nie należał. Do tego rozbił ponad 10 samochodów. Teraz zbliża się do 40., więc to już chyba koncówka jego działalności w F1.Czas
          Czytaj całość
          na młodszych. Może będa mieli więcej szczęscia.
          • ariglogau Zgłoś komentarz
            a ja lubię p.Roberta -szkoda że urodził się PL -tyle jadu i hejtu co dostał od rodaków to mu nie zazdroszczę wielki talent -niestety pech i koniec marzeń o mistrzostwie świata w F1
            • gizmo1967 Zgłoś komentarz
              Pełen szacun Robert. Ja też przed laty myślałem, że to była lekkomyślność start w feralnym rajdzie. Jednak życie zweryfikowało szybko moje poglądy. Wiem, że dla kogoś pasja jest
              Czytaj całość
              najważniejsza i robi to co kocha. Najgorzej zabić w człowieku marzenia. Wypadek mógłby Ci się przydarzyć nawet na przejściu dla pieszych. Życzę Ci powrotu do F1 w normalnym trybie. Wiem, że Jesteś jednym z największych talentów w F1 i nikt mnie nie przekona że jest inaczej. Oglądam F1 od 1974 roku widziałem świetnych kierowców ale nie wielu z talentem. Zdrowia i samych sukcesów. Jesteś nie tylko wspaniałym kierowcą ale bardzo wartościowym człowiekiem i za to bardzo Cię cenię. Wiem że stać Cię na dobre wyniki w F1 szkoda tylko, że dzisiaj w F1 więcej zależy od bolidu niż od kierowcy
              • Stevie Wonder Zgłoś komentarz
                @kibicpolpl: byznesmen :D udzielił cennych rad :D Sponsor na sponsoring oczywiście hajs kopie w kopalniach złota RPA :)) Cebulak co to niejedno słyszał i mu się wydaje że wie :D))))))
                • lek5 Zgłoś komentarz
                  Robert POWODZENIA
                  • ZX10R Zgłoś komentarz
                    Facet ma poukładane w głowie. Wie czego chce, wie jak z tym żyć, i wie jak żyć bez tego, co stracił. Nie oczekuje od życia zbyt wiele. Mądre podejście.
                    • Miha Rycki Zgłoś komentarz
                      Smiac mi sie chce zalosni polaczki jak placzecie ile to do kubicy doplacacie w paliwie zastanowcie sie ile do rzadu placicie, do f1 nie idzie z tego promil. Lotos sponsorowal holowczyca kuchara
                      Czytaj całość
                      i innych jakos nikt nie plakal a nawet nie zdajecie sobie sprawy ile waszej kasy na nich poszło pewnie tez promil.
                      • Waris Zgłoś komentarz
                        Robert ja mam dużo lat ale jeśli mogę Ci doradzić RÓB SWOJE tzn rób tak jak Ci podpowiada intuicja.A jeśli chodzi o stosunki rodzinne to staraj się je pielęgnować bo zawsze na końcu
                        Czytaj całość
                        zostaje rodzina.Porozmawiaj z Zobim Bońkiem .
                        • Ablafaka Zgłoś komentarz
                          @kibicpolpl: Nie żeby coś ale Orlen poza granicami Polski nie istnieje. Więc trochę kiepska reklama, na samym motosporcie nie zarobią aż tyle, nie wygryzą gigantów z motosportu. Choć z
                          Czytaj całość
                          tym dopłacaniem to niektórzy naprawdę mają... Nie napiszę co bo wyłapie pewnie bana, a tego bym nie chciał. Tankując na Shellu, BP czy Circle K (Statoil) dopłacamy do motosportu, każda z tych firm jest tam obecna i mocno zakorzeniona. To co robi Orlen trochę kiepsko wygląda, to wygląda jak taki typowy sponsoring Roberta Kubicy, ale miejmy nadzieję że dzięki temu motosport w Polsce się ruszy. Byleby tylko Orlen nie skończył finansowania na Robercie, a pomógł też wypromować innych.
                          • kibicpolpl Zgłoś komentarz
                            Uwaga, Polak cebulak pierwszy raz słyszy słowo sponsoring i myśli, że dopłaca do benzyny. Śmiechom nie ma końca. Ale nie ma sie co dziwić, jak dla Polaczka cebulaczka to pierwszy raz w
                            Czytaj całość
                            historii kiedy firma z jego kraju w ogóle istnieje w jakims światowym sporcie. Cały świat ma to już za sobą, a Polaczek cebulaczek "dopłaca do benzyny", bo, jak zwykle, totalnie nie ma pojęcia o tym jak działa świat i na czym polega biznes
                            Zobacz więcej komentarzy (1)
                            Już uciekasz? Sprawdź jeszcze to:
                            ×
                            Sport na ×